20 lipca 2019, sobota
Gostyńska 36 komentarzy: 0

Remont




Budzi nas remont ulicy. Pod naszym oknem robotnicy nie mówią tylko wrzeszczą, bezceremonialnie spluwają na ziemię i są zainteresowani wszystkim, tylko nie robotą. Będą się tym zajmowali do końca dniówki.


- Powiedz im coś – żądasz.

- Wtedy musiałbym się do nich odezwać – ostrzegam.


- A, to nie – rezygnujesz.


Spoglądam na zegarek; słońce wzejdzie dopiero za czterdzieści minut, rozlega się rumor, ciężka wywrota wysypuje tony pokruszonych kamieni parę metrów od naszego łóżka, tyle że za murem sypialni, odpala silnik wielkiej koparki na gąsienicach, robotnicy rozsypują się w tyralierę, atakują wszystkim, co mają pod ręką, kilofem, łopatą, szlifierką, kafarem, brakiem matury, zębów, nieczytaniem, zaraz tu wejdą i nas zjedzą.

- Zwariuję... - zakrywasz głowę poduszką.


Wstaję z prędkością pocisku, moment, i łapię w lustrze odbicie człowieka ubranego w dres, adidasy i ochraniacze na ręce, widać, że gość jest gotów zabić.


- Pojedźmy stąd gdzieś, w jakieś lepsze miejsce – zatrzymuje mnie twój głos.


Przyglądam ci się; kołyszesz się teraz na łóżku, splecione dłonie obejmują kolana podciągnięte pod brodę, buzia uśmiechnięta, rozbawiona: - Dobra, spójrzmy na to tak: to są robotnicy, którzy mają na szóstą, więc nie pojmują, że ktoś może nie mieć na szóstą. W ogóle nie zrozumieją dlaczego zaraz wybijasz im zęby. Wrócą do domu, a tam synek się spyta, tatuś, a czemu nie masz ząbków, a bo mi taki jeden łobuz wybił, a czemu ci wybił tatuś, bo mu chciałem ulicę wyremontować, żeby miał ładnie przed domem – wstajesz, przeciągasz się. - Pojedźmy gdzieś.


Śniadanie jemy w innym, cichym skrzydle domu. Biorę kluczyki z parapetu. Jest już jasno, ale pada. Nie leje, tylko pada, za to deszcz ze śniegiem. Siadamy wygodnie w naszym ciepłym aucie, odprowadzają nas zazdrosne, złowrogie spojrzenia moknących robotników. Posyłasz im całusa przez szybę, na dobry dzień. Udają, że tego nie widzą. Świat ludzi, którzy mają na szóstą, i tych, co nie mają, to są dwie różne planety. Nie ma czego zazdrościć tym, co mają na szóstą. Dlaczego ktoś to dla nich wymyślił, dlaczego im to zrobił? Oj, nie był to Piotruś Pan ani Pipi Langstrumpf.


Dojeżdżamy do oranżerii. Na parkingu stoją luksusowe auta, naprawdę wypasione limuzyny. Co robią ich właściciele, na takim odludziu? Znajdujemy wolne miejsce, parkujemy i wysiadamy, do butów przykleja się mokra, śnieżna breja. Dzwonimy, drzwi otwierają się, bucha gorąca fala tropiku. Krok przez próg i ze środka zimy wkraczamy w centrum lata. Witają nas Kali i Mea. Nie są już młodzi, jak w Pustyni i w puszczy, ale wciąż wyglądają na takich, co jeszcze wszystko potrafią zrobić wkoło siebie sami. Kali zaprasza do chaty z suszonego błota, ogrodzonej zeribą z kolczastej akacji, Mea częstuje marynowanymi nóżkami gnu. Do picia mają tylko wodę, za to do woli. Daktyli nie mają, skończyły się; Mea tłumaczy, że ich ojciec Sienkiewicz, po Noblu za Quo vadis w ogóle trochę jakby o nich zapomniał. Zlatują się papużki, które Kali przepędza packą na muchy. Rozlega się ryk lwa.


- Tu nie być lew – uspokaja Kali i pokazyje na głośniki rozwieszone na baobabie. - My puszczać rano i we wieczór – wyjaśnia – tak mieć w umowa o dzieło.


Pytam o Tadeusza.


- Bwana Tadeusz być w inny sektor, wy musieć iść dalej – instruuje Kali. - Dać paciorki dla Mea i iść dalej.


Wyjmujesz z włosów wsówkę i podjesz Meii, a ona pokazuje palcem na twoją broszkę, więc broszkę też dajesz Meii.


- Dobre ludzie – uśmiecha się Kali i razem z Meą zaczynają macać, obracać w placach, wąchać, badać paciorki. Możemy już sobie iść.


Jesteśmy w szklarni. W wielkiej oranżerii Tadeusza, którą kazała wybudować dla niego mama, żeby Tadziu mógł w spokoju ćwiczyć pasaże na trąbce. Krótko przed wojną, mama ukończyła konserwatorium w Wiedniu i dorobiła się pozycji kobiety zjawiskowej. Zgromadziła fortunę komponując dla wiedeńskich filharmoników. Jeden z nich uczynił ją mamą Tadzia. Szklarnia miała najpierw wielkość ogrodu i rosła w niej łąka z kwiatami kolorowymi latem i zimą, a Tadziu przechadzał się boso po trawie ćwicząc pasaże na trąbce, z dala od zgiełku, śniegu, kolegów i innych pokus. Szyby oddzielały go od innej koncepcji pojmowania rzeczywistości niż ta, którą wymyśliła dla niego mama. Potem dobudowano oszkolone skrzydło z sadzawką i wodospadem, później następne, z tropikiem, palmami i papugami, a jeszcze później z piramidami, murem chińskim i tak dalej. Tadziu przechadzał się, zwiedzał rozrastający się świat. Z czasem stał się dużym Tadeuszem, a szklarnia rozrosła się do wielkości osiedla pod szkłem. Zarzucił granie na trąbce, bo zarządzanie tak wielką oranżerią wymagało coraz więcej czasu, aż w końcu pochłonęło go całkowicie.


- To oni?... - nie dowierzasz, gdy dochodzimy do basenu z palmami i leżakami. Diego Maradona i Mike Tyson wczasują się w cieniu kapelusza parasola z trzciny cukrowej i grają w makao. Diego pali cygaro, osobiście przesłane jeszcze przez Fidela Castro, a Mike nie pali.


- To wy?... - pytam.

- I wciąż jesteśmy bardzo sławni – chełpi się Diego, nawet nie próbując wciągać brzucha, taki się czuje sławny.


- Co ty wiesz o sławie, nie rozśmieszaj mnie. Makao! - Mike pozostaje z ostatnią kartą i rozdziawia w złym uśmiechu paszczę tak, żeby słońce padając na złotą jedynkę porażało odbiciem oczy Maradony.


Diego rzuca karty i wrzeszczy coś w gwarze argentynskiej chuliganerii z przedmieść slumsów.

Kłócą się kto więcej milionów dolarów przepuścił na uciechy, czyli o to, kto lepiej żył. Krzyczą na siebie z zajadłością starców, którzy mają już za sobą wszystko, a przed sobą nic wartościowego do stracenia.


- Mogłabym żyć w luksusie i wcale by mnie to nie zepsuło – objawiasz mi na ucho, gdy oni kłócą się o to, czyje życie było lepsze.

- I chciałabyś, żeby faceci umierali dla ciebie? - pytam zdumiony.


- Skąd?! Wolałabym żeby dla mnie żyli – prostujesz moje myślenie.


Tyson doskakuje do Maradony, ale noga zaplątuje mu się w szlauch i zamiast znokautować, zwala się tylko na grubasa. Obaj lądują w basenie. Dwie stare, zużyte pokraki, które strawiły życie dla uciechy innych, teraz w lazurowej wodzie. Natychmiast pojawia się Renia Kowalczyk z Plichtowa i rzuca im ratunkowe kółko.


Rozlega się ryk lwa, bardzo naturalnie i z bardzo bliska, więc oni za nic nie chcą wyjść z wody.


- Nie ma się czego bać, to tylko Kali podpuszcza lwa przez głośniki – uspokajam, ale oni trzymją się środka basenu kurczowo zacumowani do kółka Reni.


Do opuszczonego stolika zlatują papużki i wyjadają z misy orzeszki oraz suszone bakalie. Renia odpędzą je packą na muchy. Po chwili ptaki wracają i Renia znów je odpędza. Sytuacja stabilizuje się: papużki przylatują i odlatują, Renia macha packą z przerwami, Diego i Mike niezmiennie tkwią na środku basenu zacumowani do kółka. Nuda.


- Chodźmy sprawdzić, co będziemy robić w jakimś ciekawszym miejscu – proponujesz.


Mijamy polankę, na której Krystyna Pawłowicz trzepie głową do rapowej wersji Let"s Dance Bowiego, przy niej trzepie Marszałek Terlecki, ale on do Maanamu trzepie. Każde ma na głowie swoje słuchawki, więc każde może trzepać po swojemu. Łączy ich mocna wiara granicząca z przekonaniem, że nikt tego nie zobczy, bo po to tutaj najpewniej przyjechali, więc my nie chcemy ich widzieć, żeby nie psuć im chwili bycia sobą; drobimy dalej cichym truchtem.


Dalej też nie ma Tadeusza. Jest preria u stóp Gór Skalistych, i jest Winnetou. Stoi oparty o skałę, obgryza paznokcie, jest nieogolony. Słynną strzelbę nabijaną złotem odstawił pod krzak opuncji. Na nasz widok mobilizuje się, wyszarpuje tomahawk zza pasa oraz zardzewiały nóż.


- Zdąć wam skalpy z głów, blade twarze?! - oferuje indiańską usługę tonem oprawcy pewnego swych racji.

- Chyba dawno nikt pana nie spoliczkował, panie Winnetou – stwierdzasz i popychasz mnie przed siebie.


- I co teraz? - pytam.

- Tylko żartowałem – Winnetou mięknie. - Żarty muszą być, mam to w umowie o dzieło.


- Zaraz, zaraz... pan tu się nie oczyszcza z balastu złogów rzeczywistości jak przystało na gwiazdę umęczoną sławą, tylko wynajmuje się za pieniądze dla atrakcji, jak reklamowy banan?

- W sumie robota jak każda, idzie wytrzymać, a tam, za szybą, wiadomo... dobry Indianin, to martwy Indianin. Po co mam się pchać tam, gdzie mnie nie lubią, skoro wszyscy pchają się tu, żeby mnie polubić? I jeszcze dają napiwki... - Winnetou zawiesza wrok na mnie


- Dać panu pięć złotych?...

- Wolałbym dziesięć – zwierza się Apacz.


- Dam piątkę, za to w gotówce – daję monetę Winnetou.

- Jak w gotówce, to nawet może i być – bierze piątkę, nagryza, sprawdzając czy nie fałszywa i chowa do woreczka z lekami. - Nie idźcie tą drogą, bo prowadzi do muru chińskiego, a tam trzymają smoka z Komodo. Teraz śpi, a gdy go obudzicie, to nic go nie zatrzyma, bo ma mózg jaszczurki, nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, żadne pięć złotych. Skręćcie tu, w prawo, to obejdziecie głupie bydlę.


Rozlega się ryk lwa. Raz za razem. Właściwie lew wrzeszczy bez przerwy. Winnetou wsuwa do uszu zatyczki. My nie mamy zatyczek. W końcu ryk milknie.


- Albo Kali się znów upił, albo mu się taśma zacięła – Winnetou wyjmuje ztyczki, patrzy na nas badawczo. - Daliście mu coś?

- Tylko paciorki dla Mei – informujesz.


- Więc znowu taśma. Dawno powinni wymienić mu tego grata na jakiegoś sidika albo cyfrówkę, jak pragnę deszczu, no!

- Spotkamy Tadeusza, to mu to zasugerujemy – obiecujesz.


Skręcamy w prawo, żeby wodzowi Apaczów nie było przykro, a potem idziemy w obojętnym kierunku, jednak za głosem fortepianu, tam, skąd zaczyna narastać. Trudno jeszcze rozstrzygnąć czy w klawisze stuka dziecko, czy naciska je ręka mistrza o wyrafinowanej wyobraźni. Zaraz wszystko się wyjaśni. Z preri skręcamy we francuską alejkę, dorożkarz oferuje podwiezienie, zbyt nachalnie, żebyś zechciała skorzystać. Daję mu na odczepnego pięć złotych, on spogląda na mnie wzrokiem pod tytułem: I co ja se mam kupić za te pięć złotych? Dochodzimy do fontanny w paryskim stylu, przy której ustawiono biały fortepian. Gertruda Stein improwizuje na nim – tak jak ma w zwyczaju – wyłącznie po białych. Ubrane na biało: Lady Gaga oraz Beyonse, słuchają rozanielone, pociągają białe winko, kręcą rytmicznie dupkami i odważnie podśpiewują refreny. Gertruda Stein sprawia wrażenie zachwyconej, że może akompaniować takim fajnym, młodym panienkom ślicznym i obcować z młodymi, a one czują się wyróżnione mogąc podśpiewywać do akompaniamentu takiej zabytkowej intelektualistki. Przyjemnie jest patrzeć na wszysztkie te panie, które schowały się do oranżeri przed wścibskim okiem świata i wyglądają teraz na bardzo zadowolone, świadcząc sobie wzajemnie usługi leczące prywatne deficyty; naprawdę odprężający widok.


Anielski nastrój psuje wtargnięcie Madonny Do Robienia Pieniędzy – wchodzi w podartym podkoszulku i dżinsach z agrafkami wbitymi w szelki. Lady Gaga i Beyonse w białych wdziankach do loży, są zdegustowane, nie potrafią ukryć zazdrości o to, że Madonna też chce pokręcić dupką do akompaniamentu Gertrudy Stein, a Gertruda wyraźnie nie ma nic przeciwko, bo nieprzerwanie improwizuje po białych. Padają ostre słowa, rękoczyny wiszą w powietrzu. Na szczęście pojawia się Alicja B. Toklas i propponuje wszystkim filiżankę herbaty i po bułeczce, za dramo. To rozładowuje emocje. My też dostajemy herbatę i bułeczki. Zwabiona wonią chrupiącego pieczywa zjawia się jeszcze – nie wiadomo skąd – Marry Pickford. W ten sposób wszyscy zjadamy po bułeczce. Alicja nie je z nami; zgodnie z protokołem zje później sama, to co zostanie. Nie narzeka jednak, bo dzięki odgrywaniu służebnej roli jest przecież najsłynniejszą Alicją świata, słynniejszą nawet od Alicji z krainy czarów, ta Alicja B. Toklas. Przynajmniej w pewnych kręgach.


Podjedliśmy, popiliśmy, pożartowalismy z paniami, a do resztek zleciały się papużki, które Alicja B. Toklas odpędziła packą na muchy. Wszystkie znakomitości bardzo chciały dać nam swój autograf, bo byliśmy jedyną publicznością, ale nie mieliśmy na czym go wziąć, więc musieliśmy pozostawić panie niespełnione.


I to już by mógł być koniec tej historii, bo choć idziemy dalej, a potem jeszcze dalej, to nigdzie nie spotykamy Tadeusza. Spotykamy tylko Cruellę de Mon gawędzącą z Ireną Dziedzic na środku tropikalnego bajora. Cruella i Irena siedzą sobie na wielkim talerzu wiktorii królewskiej, czyli amazońskiej lilii wodnej, a ich stopy zanurzone w wodzie organicznej pracowicie obgryzają stada kolorowo egzotycznych rybek. Damy opędzają się od natrętnych papużek packami na muchy i zabijają czas narzekaniem.


- Coraz więcej rodzi się tych młodych i nic na to nie można poradzić, kochana – utyskuje Irena. - Naprawdę. I to jest taka prawda, że naprawdę, mówię ci...

- I każdy udaje każdego, a wszystko udaje wszystko – mówi po chwili Cruella. - Dzisiaj, żeby być kimś, to trzeba być nikim.


- Skąd ty bierzesz te swoje mądrości? - Irena najwyraźniej rozpoczyna wywiad z Cruellą, bo inaczej rozmawiać już nie umie.

- Cóż, znałam wielu, a w tym takiego jednego, że mówię ci...


- I?...

- Wytworzyliśmy razem wiele pięknych wspomnień, naprawdę każdemu życzę. O, na początku cudnie się z nim wytwarzało wspomnienia.


- I?...

- Musiał być ze mną żonaty, i to długo, żeby okazać się potworem.


- Zdradzał...

- Żartujesz, która by wytrzymała porównanie z Cruellą de Mon?


- Więc co?

- Zdziadział, po prostu zdziadział, nie potrafił o mnie zadbać, zapewnić komfortu luksusu. Zawsze dostrzegał okazję wtedy, kiedy go już ominęła. Doszło do tego, że nawet musiałam zagrać w filmie z psami, wyobrażasz sobie – dla dzieci!!!


- Oni wszyscy w końcu okazują się tacy beznadziejni...

- A żebyś wiedziała, kochana.


- Przepraszam... - wtrącam się – głównie po to, żeby wiedziały, że są przez na słyszane, bo przecież nieładnie podsłuchiwać – nie widziały panie gdzieś Tadeusza?


Irena Dziedzic przygląda mi się czujnie, jakby porównywała z listem gończym, a Cruella przemawia tak, żebym od razu poczuł się winny:

- Gdybyś zapytał mnie o Batmana, to może jeszcze bym miała ci coś do powiedzenia; dlaczego właściwie nie pytasz o Batmana, tylko zadajesz pytanie, na które ja nie znam odpowiedzi?


- Mówiłam ci, rodzi się teraz tyle tych młodych, że nic nie można na to poradzić, sama widzisz jak trudno być dzisiaj kobietą – przypomina Irena Dziedzic.

- Prawda, mówiłaś – potwierdza Cruella i panie powracają do rozmowy, jakby nas tu w ogóle nie było.


- A nie wie pani gdzie jest teraz Batman? - dajesz do zrozumienia, że jednak wciąż tu jesteśmy.

- Nie mam pojęcia! - Cruella łaskawie rzuca jeszcze na nas spojrzenie osoby przekonanej, że inni istnieją na tym świecie wyłącznie po to, żeby podać jej kostkę lodu do łyski.


- A myślałam, że kto jak kto, ale pani będzie wiedziała chociaż tyle – mówisz tonem, w którym wyczuwam żal, że nie ma tu drzwi, którymi można trzasnąć. - Szkoda.


Odchodzimy, czyli ruszamy dalej, ale zdaję sobie sprawę, że wracamy, choć inną drogą. I na tej drodze widzimy Bono. Spaceruje nieśpiesznie, a nad jego głową kołują papużki. Ma ciemne okulary, żeby nic nie wiedzieć, i słuchawki na uszach, żeby nie słyszeć niczego. Nie wącha kwiatków, których nie widzi, ale nas, owszem, dostrzega. A kiedy nas zauważa, próbuje szybko skręcić w jakąś boczną dróżkę, niestety nie ma akurat żadnej, więc udaje, że nas nie widzi, bo takie ważne myśli mu się teraz w głowie myślą, że pochłaniają go całkowicie.


- Dzień dobry, panie Bono – pozdrawiasz go uśmiechem przechowywanym specjalnie na wyjątkowe okazje.

- Słucham?!... - Bono zrywa słuchawki z głowy i staje w pozie człowieka zaskoczonego, wyrwanego z najgłębszych głębi, do których dostęp mają jedynie wybrańcy.


- Dzien dobry – powtarzasz. - Czy mógłby pan uczynić mi tę grzeczność i coś zaśpiewać specjalnie dla mnie?

- Proszę pani... – Bono robi teatralną pauzę, zdejmuje okulary dla podkreślenia wagi tego, co powie, spogląda na ciebie, potem w górę, i znów na ciebie – do śpiewania, to ja muszę mieć kontrakt, i to bardzo duży kontrakt, inaczej nie potrafię już zaśpiewać – zakłada z powrotem okulary. Odchodzi, a z nim aureola żółtych papużek nad głową, może kanarków.


- Chcę już pojechać do domu – mówisz. - Obejrzeć Pszółkę Maję na dużym ekranie, zrobić makaron na cieplo z bolońskiem, albo zamówić niezdrową pizzę i zapalić w oczekiwaniu na dostawę.

- Naprawdę?


- Albo schabowego. O! Ty wytłuczesz, a ja usmażę, a potem kawa i słodzkie, co?


Rozlega się dzwonek mojego telefonu: Tadeusz.


- Nie ma mnie – informuje jego głosem kawałek plastiku przyłożony do ucha.

- A gdzie jesteś?
- Nie wiem, bo mnie nie ma.


- Chcę do domu – to twój głos.

- Muszę kończyć – zamykam telefon.


- Nudzi mi się. Tu się nic nie dzieje.

- Bo tu się nic nie ma dziać. W tej oczyszczalni pod szkłem wszyscy się oczyszczają, to może spróbujmy też. Wolisz to, co się dzieje poza tym akwarium?


- Wolę do domu. Obejrzymy pszczółkę Maję, zrobię kopytka, może schabowe....

- Zostańmy jeszcze, zajdźmy pod piramidy, albo może do Australii z kangurami, kto wie jacy znani tam się oczyszczają – kuszę.


Nie odpowiadasz od razu, idziemy w milczeniu, wiem że masz rację. Wkraczamy w dziwaczną scenerię, chyba filmową, widzimy Batmana i Spajdermena. Superbohaterzy wymieniają się ciuszkami, więc nie podchodzimy, nie przeszkadzamy. Chcąc nie chcąc łapiemy strzępy wypowiadanych zdań: jaka ładna pelerynka... a twoja maseczka, oj!... te rękawiczki akasamitne takie... leginsy, że pomarzyć... ten kombinezon z czarnej skóry fajny bardzo, mogę dotknąć?...


Parę kroków i Australia. Jest rudy kopiec Kościuszki, ale nie ma kangurów. Może dlatego, że są płochliwe, a po sąsiedzku mają miniaturę amerykańskiego city, po którym przechadza się albinos w marynarce, w taki sposób, że od razu czuje się, że zależy mu by wyglądać na takiego, którego boją się wszyscy, a on nie boi się nikogo, takiego, co może ludziom wszystko, a oni nie mogą mu nic, i w ogóle udaje mu się więcej niż innym, a okazje czekają na niego za każdym rogiem ulicy, jak na zbawiciela.


- Wracamy – decydujesz ze spokojem, z gatunku tych niepodlegających dyskusji, charakteryzujących człowieka pewnego swoich racji.


Wracamy.

 

Wracamy do domu. Robotnicy zakończyli już remont ulicy: posadzili jedno małe drzewko w miejsce czterech wiekowych olbrzymów, jakie wykarczowali z korzeniami. Nie uszkodzili kanalizacji ani rur wodociągowych – jest woda, w dodatku ciepła, w sam raz na oczyszczającą kąpiel.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

You Tube komentarzy: 0

Ładna grafika

Dorota Masłowska komentarzy: 0

W podróży, przystanek Święto Niepodległości (fragment)

Do Warszawy wracam późno, ulice wciąż nabuzowane są niedawną celebracją niepodległości; na dworzec przyjeżdża po mnie mój chłopak, by pomóc mi uniknąć niepotrzebnych znajomości. Potencjał tych ostatnich jest duży: w okolicach Centralnego trwa swoisty karnawał, hordy już bardzo nacelebrowanych, ale ciągle niesytych młodych mężczyzn aktywnie szukają tam okazji do dalszej celebracji. Tak właśnie stojąc na przystanku, stajemy się świadkami spektakularnej bójki dwóch nawalonych typów z gościnnym udziałem równie nawalonej kobiety, która z kaskaderską brawurą z rozbiegu rzuca się to na swojego partnera (Kurwa, Dominik!), zwanego dalej roboczo Dominikiem, to na jego adwersarza (Odpierdol się od niego, chuju!), zwanego dalej Chujem. Alkohol drażni ego, podsyca wyobraźnię, obniża zwrotność i celność. Figury walki stają więc się coraz bardziej fantastyczne, inspirowane jakimiś widzianymi dawno albo wcale filmami kung-fu; kopy chybione, ale pełne zawijasów, bluzgi tak zawiłe, że nieartykułowalne grzęzną w rozbitych ustach. I w pewnym momencie, gdy żylasty Dominik drobi kogucimi kroczkami w kierunku Chuja, skupiony lub usiłujący się skupić, z pięściami gotowymi do powąchania, z głową jaszczurczo zwieszoną i wysuniętą, widzę, po prostu widzę, to znaczy wiem, że nie widzę – ale NIEMALŻE widzę REPTYLIAŃSKI GRZEBIEŃ na jego karku, przysięgam. (Ciekawa też jest postawa nas, zwykłych ludzi stojących na przystanku, którzy obserwujemy to wszystko znużeni, spoglądając na telefony, wymieniając zmęczone spojrzenia, w jakiejś beznadziei czy może właśnie nadziei, że zaraz wybuchną z głośnym bum! wśród swądu siarki, zostawiając tylko nadpalone wylinki). (Wreszcie koniec; jeszcze kilka kontrolnych bluzg i szamotanin, i dziewczynie udaje się wepchnąć Repto-Dominika do przejścia podziemnego. Chuj za to wraca, jakby niepewien wyniku, licząc na opinie, recenzje, gratulacje, uwagi techniczne, wyrazy solidarności. Nie doczekawszy się ich, zaczyna aktywnie szukać rozmówcy, powiernika, u którego mógłby zdeponować swoją narrację o tym, co się stało, intuicyjnie opowieścią próbując kontynuować to, czego nie mogły skończyć zmylone etanolem pięści. I oczywiście kogo wybiera, nie muszę mówić („ale wykurwiłem mu mordo, aż mnie ręka jeszcze boli, całą pięść mam zdartą, takiego dzwona dostał, mordo")).


Całość Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Spacerując (opowiadanie)

 



Szliśmy sobie bezwstydnie gapiąc się na gołe drzewa, które jesień rozebrała z liści. Nieoczekiwanie napotkaliśmy tęgawą panią bez pieska. Powiedziała nam dzień dobry i my powiedzieliśmy dzień dobry, zamieniliśmy parę słów. Była zdumiona, kiedy dowiedziała się, że nie zamierzamy mieszkać w blokach.

- Jak to? Przecież to takie wygodne – argumentowała. - Nie ma nic lepszego na starość, niż przenieść się do bloków.
- Ale nie jesteśmy jeszcze starzy – powiedziałaś, a ja nie zaprzeczyłem.


- Chyba, że tak... - rozmowa wyglądała na zakończoną.



Ruszyliśmy dalej drogą obsadzoną gołymi drzewami. Prowadziła do jeziora. Nagle przebiegł pies z butem w pysku. Zobaczył nas i przebiegł jeszcze raz, żeby pochwalić się zdobyczą. Pies był niewiele większy od buta. Spojrzeliśmy w dół na stopy – to nie mógł być nasz but, bo wszystkie były na swoim miejscu. Pies przeparadował jeszcze raz przed nami, po czym uznał, że nie jesteśmy najwdzięczniejszą publicznością i pobiegł gdzieś poszukać lepszej. Jednak nie sprawiał wrażenia zawiedzionego i merdał wesoło ogonem. Prawdopodobnie był to pierwszy but w jego życiu i niełatwo mu było rozstać się z radością jego posiadania.


Na końcu drogi natrafiliśmy na jezioro z kaczkami, łyskami, myszołowem, trzcinami i rybami. Była w nim też woda. Na brzegu siedział pan z wędką. Wyglądał na gościa, który potrafi pędzić bimber nawet z rabarbaru.


Weszliśmy na molo. Podpłynął perkoz. Dostrzegł nas i błyskawicznie zanurkował. Wynurzył się daleko, na krawędzi zasięgu naszego wzroku. Rozległ się odgłos pracującej piły. Jeden z miejscowych dorobkiewiczów stawiał płot wokół swojego domu wczasowego. Dom był nuworyszowski, stylizowany na dworek. Z gładkiej tafli jeziora poderwała się spłoszona para łabędzi. Najpierw długo startowała, nabierała rozpędu, aż wzbiła się w powietrze. Patrzyliśmy jak łabędzie oddalają się i wznoszą coraz wyżej, aż stopiły się z bielą nieba i zniknęły z naszego życia.


Na piaszczystej płyciźnie plaży pływały tysiące drobnych jazgarzy, główna atrakcja turystyczna dla ważniaków, którzy przyjadą tu latem, żeby rybki obgryzły im paznokcie u nóg. Teraz jazgarze są bezrobotne i kłębią się tłumnie, jak ludzie przed urzędem zatrudnienia w czasach kryzysu.


Z przybrzeżnych chaszczy wystawił łeb lis. Nie był rudy tylko srebrny. Ale może to był kot. Zeszliśmy z mola i przeszliśmy obok dworku, przy którym pracował dorobkiewicz z piłą. Spojrzał na nas wzrokiem człowieka, przez którego ptaki odlatują stąd do ciepłych krajów.


Idąc ścieżką wzdłuż zalesionego brzegu, doszliśmy do starej, suchej topoli. Na jej czubku siedział kormoran i gapił się na ciebie. Minęliśmy topolę i zaczęliśmy się oddalać, a kormoran wciąż siedział na jej czubku nieruchomo i dalej gapił się, z tym, że teraz na mnie. Nie wiadomo, po co to robił. Prawdopodobnie nie miał nic innego do roboty. Możliwe, że była to ukryta kamera.


Doszliśmy do okazałego domu w stanie surowym, który jakiś prezes zaczął budować z rozmachem w lesie, zanim przestał być prezesem. Porzucona betoniarka z wypełnioną gruszką, która skamieniała wiele lat temu, wskazywała że budowę przerwano nagle. Zamiast dachu na stropie wyrosły już brzozy, do których po ścianach wspinały się bluszcze na wyścigi z powojami. Teraz w solidnych, omszałych murach bez okien mieszkały wspomnienia, dla nas niedostępne. Postanowiłem wejść do środka i sprawdzić czy nie ma tam wisielca, bo było to idealne miejsce do tego, żeby się powiesić. Nie było wisielca. Znalazłem tylko konserwę z terminem ważności, który upłynął dwanaście lat temu.


Mieliśmy już iść dalej, gdy wśród gęstwiny krzaków zarastających dziedziniec dostrzegłem studnię. Zajrzałem w jej czeluść, żeby

sprawdzić czy nie ma tam porzuconego noworodka. Nie było.


- Nie wiem po co ludzie stawiają takie twierdze – powiedziałaś i poszliśmy stamtąd.


Dobrnęliśmy do ścieżki okalającej jezioro i ruszyliśmy dokończyć okrąg. Już przy plaży, ale po stronie przeciwnej do tej, z której wyszliśmy, zobaczyliśmy jeszcze jednego wędkarza: trzy kije wbite w ziemię, czwarta wędka w rękach, unoszona co chwilę dla sprawdzenia stanu robaka konającego w męczarniach na haczyku. Miałem ochotę go spoliczkować, więc mu się przyjrzałem; był to człowiek o wyglądzie tak przeciętnym, że aż trudnym do opisania, bez żadnych znaków szczególnych, czegokolwiek, co by go wyróżniało, pozwalało się na nim skupić, a co dopiero wkurzyć. Poszliśmy dalej nie zatrzymując się. Nawet nas nie zauważył, tak był pochłonięty byciem sobą.


Znów znajdujemy się na plaży, a tam but porzucony przez psa. Rozglądamy się, ale psa nie ma. But jest duży, męski, w środku skarpetka, ale bez nogi.


Przy molo dziewczyna i chłopak. Nie widzą nas jeszcze, bo patrzą na jezioro. Ona ma dłonie splecione na jego ręce. Kiedy nas dostrzega, szybko puszcza jego rękę, jakby trzymanie jej było czymś niestosownym.


Piasek plażowy wysycony jesienną wilgocią przykleja nam się do butów, gdy wracamy na parking do samochodu. Otrzepujemy buty na asfaltowej ścieżce dla rowerzystów i matek z dzieckiem. Na rowerze przelatuje Madonna. Mało na nas nie wpada, tak pedałuje. Ma czapkę, kaptur i ciemne filmowe okulary zasłaniajce pół twarzy, żeby nie można było jej rozpoznać, co od razu czyni ją jeszcze bardziej rozpoznawalną.


- To była Madonna? - nie dowierzasz.

- Tak.


- Ta Madonna do zarabiania pieniędzy?

- Tak.


- Ale co ona tutaj robi?

- A co my tu robimy?


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ostatni orzech (opowiadanie)

...


Na Kurzej Górze nie ma żadnej góry. Są za to kury. W żadnej lodówce filet z kury nie zachowuje świeżości tak długo jak w kurze, dlatego kury tygodniami wałęsają się po podwórzach, surowe, zawsze świeże, gotowe na niedziele i święta. Pilnują ich psy przykute łańcuchem do budy. Przy budzie zawsze stoi garnek. Na Kurzej Górze nie ma dwóch takich samych garnków; każdy jest inaczej obtłuczony. Do garnków ludzie czasem nalewają wodę, a czasem wrzucają resztki z obiadu. Na Wigilię psy dostają rybę: łeb z karpia albo skórę z makreli. Na Kurzej Górze są trzy kapliczki z Bozią, w planach jest czwarta, bo ludzie tutejsi marzą o królestwie niebieskim, by tam osiągnąć życie wieczne.

Codziennie nad Kurzą Górą słońce wschodzi rano na wschodzie, a zachodzi wieczorem na zachodzie, i nigdy mu się nie pomyli. Co parę lat ludzie tutejsi idą na wybory, głosować na partię, która obiecuje najwięcej. Każda partia obiecuje wszystko, co chcą, ale oni i tak potrafią wybrać, tacy są mądrzy.

Latem jest tutaj gorąco, a zimą jest zimno i zamarza woda, ale tylko psom w garnkach, bo ludziom nie zamarza, tacy są mądrzy. Dużo ptaków śpiewa latem na Kurzej Górze, ale nikt nie wie jakie konkretnie, bo te ptaki są małe i niejadalne, więc nieciekawe zupełnie. Kiedy pada, koty wracają do domów, ale niektóre nie wracają. Nie wiadomo czy mokną, bo nikt się aż tak nie interesuje kotami, żeby wyjść na deszcz i sprawdzić czy kot moknie czy nie. Na Kurzej Górze mieszkają Jaś i Małgosia. Są już trochę schorowani. I nie robią z tego problemu. Mieszkają tu też inni schorowani ludzie, którzy też nie robią problemu. Przeważnie kobiety tutejsze chorują na choroby damskie, a mężczyźni na typowe męskie. Wszyscy chorzy na Kurzej Górze leczą się lekarstwami z ulotki, które są bardzo dobre, bo na nic nie szkodzą.

Ludzi z Kurzej Gory nie pokazują w telewizji, nie można o nich przeczytać w gazecie, nie bywają celebrytami, nie są znani, podziwiani, nie zazdrości im się. Ale oni nie marzą wcale o tym, żeby być celebrytami, nawet nie wiedzą, że mogliby, choć przecież celebrytą może być każdy. Na Kurzej Górze nie mieszka żaden z naszych znajomych, ani stamtąd nie pochodzi.

Stąd nikt nie wyjeżdża żeby zrobić światową karierę, bo takie kariery można sobie obejrzeć w telewizji, więc po co jechać, skoro można sobie pooglądać gotowe, już zrobione. Wygodnie, na kanapie z podusią pod plecami. Jedna pani, jeszcze nie schorowana, wyjechała co prawda i zrobiła karierę kosmetyczki – nikt, jak ona, nie potrafił z takim znastwem, umiejętnością i zamiłowaniem wycisnąć pryszcza, wydłubać żałobę zza paznokcia, wyrwać włosy z nosa pięknym paniom i pięknym panom. Kosmetyczkowała aż miło! Miała naprawdę duże wzięcie, zdobyła uznanie i wyrobiła dobrą markę dla wszystkich dziewczyn z Kurzej Góry, które chciałyby pójść w jej ślady, ale żadna jakoś nie poszła. Nikt nie wyjeżdża stąd chętnie, ale Jaś powiedział pewnego dnia: Dzisiaj wybiorę się do miasta. I wybrał się do miasta. Tam znalazł na ulicy kamyczek i zaczął go kopać bez celu. Kamyk potoczył się do kratki kanalizacji i wpadł do środka, więc Jaś poszedł dalej, próbując przypomnieć sobie, gdzie zaparkował samochód. Wkrótce udało mu się, odnalazł auto i powrócił nim na Kurzą Górę. Tu z łatwością odszukał swój dom i Małgosię, która już na niego czekała z obiadem. Zjadł sam, bo ona zjadła już wcześniej.

Mówisz, że chcesz zobaczyć to miejsce na własne oczy. W sumie, moglem się tego spodziewać po tobie. Sięgam po paczkę na stole, wyjmuję jednego, zaciągam się bez entuzjazmu. Na podwórzu cztery gawrony siedzą na łysym drzewie i czekają, aż spadnie ostatni orzech, zwisający z cienkiej jak nić gałązki, na której nie sposób przysiąść by go porwać. Gaszę, nie sięgam po następnego. Idę do kuchni po kluczyki, zgarniam je z parapetu. Ty stoisz już w drzwiach gotowa.

Dwie mrówki akurat pobiły się o kawałek liścia morwy, gdy mijamy tablicę: Kurza Góra - czarna doznała urazu głowy, a ruda złamała nogę. Za tablicą są latarnie, ławeczki, chodnik, a po drugiej stronie sosnowy las; ulica wygląda jak promenada wiodąca do morza z plażą, tylko że tu nie ma plaży ani morza, są domy z numerami. Przed jednym z nich, przy drodze stoi człowiek z rękami założonymi do tyłu na plecy w geście Napoleona, ale to nie jest prawdziwy Napoleon – duży, otyły, właściwie brzuchaty, wygląda na swoje lata: pomiędzy 40 a 70. Nie wiadomo jak długo tak stoi. Stara się nie patrzeć w naszą stronę, ale widać, że kontroluje wszystko. Każesz zatrzymać auto. Wysiadasz.

- Dzień dobry – podajesz rękę Napoleonowi z Kurzej Góry.
- Dzień dobry pani, jestem Jaś – mówi ten człowiek, ujmuje twoją rękę i całuje dłoń nie starając się nawet wciągnąć brzucha.

- Co pan robi, panie Jasiu? - słyszę twój głos, wysiadając z samochodu.
- Stoję, proszę pani.

- Aha.
- Lasowałem wapno, tam w dole – Jaś pokazuje gestem na obejście, którego nie widać zza wysokiego parkanu – a teraz stoję i czekam aż się dobrze zlasuje.

- Aha.
- Tak to jest, trzeba czekać – wydaje mi się, że Jaś wypina swój brzuch, pragnąc podkreslić jego posiadanie, wobec braku czegoś takiego u mnie.

- Aha – powtarzasz, demaskując zakłopotanie, zbicie z tropu, zawstydzenie tym, że ktoś jest dumny z czegoś, o co nie śmiałabyś go podejrzewać, myśląc o nim nawet najgorzej jak umiesz.
- A długo tak się będzie lasować to wapno? - przychodzę ci z pomocą.

- Zależy. Czasem szybciej, a czasem trzeba czekać do wiosny, aż się przemrozi przez zimę – Jaś objaśnia tonem pedagoga, poirytowanego trochę, że nie wiemy takich oczywistości.
- To my pojedziemy – biorę cię pod prawe ramię i kieruję do samochodu.

- Zaraz, zaraz! - Jaś chwyta cię za ramię lewe, łapie za rękę, całuje w dłoń: - Miło było panią poznać, szerokiej podróży – mówi i powraca do postawy Napoleona na posterunku, pilnującego zlasowania się wapna w dole.
- Do widzenia panie Jasiu, na wiosnę, do zobaczenia! - mówisz już z ruszającego samochodu, uśmiechając się najserdeczniej przez uchylone okno do człowieka stojącego przed domem przy drodze. On nie reaguje ekstatycznie, ani bez entuzjazmu; dla niego rozmowa jest zakończona, nie będzie silił się na jej podtrzymywanie; w każdym razie nie wygląda, żeby był zainteresowany trwonieniem czasu na takie bzdury.

- Ty tego nie zrozumiesz – mówisz po jakimś czasie, kiedy dojeżdżamy do skrzyżowania kończącego Kurzą Górę.
- Powiedz lepiej, czy skręcamy, czy jedziemy prosto? - pytam rzeczowo, wymagająco, bo trzeba podjąć ludzką decyzję.

- A on tam będzie stał na swoim posterunku... - wzdychasz opierając łokieć na poręczy podgrzewanego fotela i kręcąc palcem włosy za uchem w loczek. - Taki jest naturalny, kompletny, pewny swoich racji, bezwstydny...
- Niektóre życia są udane, a niektóre mniej – skręcam w lewo.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic wartego rozmowy. W każdym razie, dwa razy dwa równa się cztery, w każdym języku i wszędzie: w Paryżu, Moskwie i na Kurzej Górze też.

Przed wjazdem do miasta zatrzymują nas bariery opuszczone na przejeździe kolejowym. W jedną stronę mknie pośpieszny wypełniony ludźmi, w przeciwną pędzi expres też wypełniony ludźmi. Jednym i drugim bardzo się śpieszy. Najprawdopodobniej wielu spośród mknących ludzi przegląda teraz gazety, które dla innych stanowią dowód ich prostactwa, a ci z kolei kartkują takie, które kompromitują ich w oczach tych pierwszych.

Z któregoś pędzącego okna wystrzeliwuje skóra z pomarańczy, przelatuje kilkanaście metrów, uderza o ziemię, koziołkuje po chodniku i nieruchomieje u stóp jegomościa oczekującego na uniesienie barier. Jegomość podnosi skórę, przygląda się jej, wącha i wrzuca do pustego kosza na śmieci. Skóra jest pierwszym śmieciem w tym koszu.

Pociągi już przejechały, zabierając ze sobą rumor, gwałt i huk. W umiarkowanej ciszy słychać odgłosy roztrząsacza obornika pracującego na podmiejskim polu.

Bariery unoszą się, przejeżdżamy przez tory. Wkrótce znajoma ulica, stoimy na czerwonym, ruszamy na zielonym.

Na podwórzu, cztery gawrony wciąż siedzą na łysych gałęziach i czekają aż spadnie ostatni orzech. Przypominają mi się dwie mrówki ranne w pojedynku o liść morwy, jedyne, na co mogą liczyć to to, że w nocy nie przyjdzie pierwszy tegoroczny mróz. O Napoleona jestem spokojny, poradzi sobie, w najgorszym razie schowa się w domu, gdzie nie zamarza woda, ale mrówki?! Które są w zasadzie jedną kroplą wody okrytą hitynowym pancerzykiem?


Rysynek - Andrzej Bobrowski

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Na bieżąco, po przegranym meczu z Czechami




Po kryzysie inowrocławskim Świdnica to był miniraj. Miałam w pokoju 10 ręczników i jacuzzi, a to że z niego nie korzystałam o tym nikt nie musi wiedzieć i proszę byście i wy o tym nie mówili, zwłaszcza moim wrogom.


Miałam telefon i mogłam dzwonić, gdzie tylko chciałam, na recepcję, ile tylko chciałam. Mój pokój właściwie składał się z dwóch pokoi i to nie był problem, żeby przebywać w każdym mniej więcej po równo i mieć z tego jeszcze więcej.

Spotkanie bardzo miłe, choć kto był ten wie, że w pewnym momencie zniknął prowadzący i musiałam sama siebie moderować, sama ripostować swoje żarty. Ostatecznie wyrekompensował się tym, że zaprowadził mnie do lokalu, gdzie po przegranym meczu z Czechami siedzieli trzej mężczyźni w wieku około 40-140 lat w triadzie: mały średni duży. Tworzyli swojego rodzaju pełnię, a ich zęby poskładane wszystkie razem mogłyby może dać komplet uzębienia dorosłego człowieka.
Rolę pierwiastka żeńskiego odgrywała w tym kosmosie pani Jola, zawodowa asystentka alkoholika, z twarzą profesjonalnie nieprzeniknioną po kilkudziesięciu latach wysłuchiwania pijackiego pierdololo. Mówili do niej: mamuniu.
Zgromadzeni wszyscy razem wokół telewizora prezentującego hity z lat 90tych, otumaniali się cierpliwie, niegwałtownie, metodycznie, solidarnie. Panowała kosmiczna, wręcz wyzywająca nuda; „nie jesteśmy tu po to, by coś robić!”- krzyknęłaby. Gdyby tylko jej się chciało.
Mężczyźni byli bardzo mili i dali mi Rafaello. Na koniec życzyli nam bardzo wiele razy STOSUNKOWO udanego wieczoru i widać było jak bardzo lubią swój firmowy żart i nie ma potrzeby wymyślać żadnego nowego, a nawet mogłoby to być szkodliwe.

Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ostatnia tegoroczna mucha













Siadaliśmy już do kolacji, kiedy przyszli jacyś ludzie i powiedzieli że są patriotami, więc czy mogliby dostać herbaty.


Ale bez cukru! - zaprotestowali, gdy obok filiżanek postawiłaś cukiernicę, tę po babci, którą wyjmujemy tylko dla gości. - Bo cukrownie są w rękach obcych, więc nie trzeba ich wspierać.


Owszem, chętnie zjedzą kanapkę, ale żeby nie była na białym chlebie tylko lepiej na ciemnym, razowym. Poszedłem do spiżarni i przyniosłem czarny chleb. Zrobiłaś po kanapce na razowym, a dla nas na białym chrupiącym. Nie powiedzieli tego, ale wyczuwało się, że bardzo by chcieli nam to powiedzieć: - Chrupiące z marketu jest niedobre; markety należą do obcych!


Pojedli, popili, poszeptali między sobą i zaczęli się wiercić na krzesłach. Czy jesteśmy dumni z tego, że żyjemy w kraju, w którym oni są patriotami, zapytali. Z kurnika wyjrzała kura i rozdarła się obwieszczając na około że zniosła jajko. Wziąłem chleb ze stołu i odniosłem do spiżarni. Przy okazji wyjrzałem na dwór, żeby sprawdzić czy nie kręcą się jeszcze inni patrioci. Wracając zamknąłem drzwi do domu na klucz i schowałem go do kieszeni.


Gdy wróciłem, powtórzyli że są patriotami, więc chcieliby zobaczyć jak tutaj żyjemy.

- Gdybyście chcieli już wyjść to musicie wziąć klucz z mojej kieszeni - poinformowałem.
Nie chcieli jeszcze wyjść, zapytali czy możemy im ugotować kartofle, które przynieśli w teczce. Położyli na stole cztery kartofle: - To są kartofle jednego patrioty z lokalnej społeczności, a nie sprowadone od obcych, więc trzeba je jeść, bo tego wymaga nasze dobro wspólne - pouczyli tonem kaznodziei.


- Naprawdę jesteście Patriotami? - zapytałaś. - Macie na to jakieś legitymacje?

- O tak! Proszę bardzo... - pokazali legitymacje.
Widać było, że są dumni, że je mają, jakby to były bardzo ładne legitymacje, chciaż to wcale nie były ładne legitymacje. Mimo, że te legitymacje nam się nie podobały, powiedzieli, że my też moglibyśmy mieć takie same. Przypomniałem, że gdyby chcieli już wyjść, to mogą wziąć klucz z mojej kieszeni, ale nie słuchali, woleli zostać, przemawiać – bo przecież nie rozmawiać - i zobaczyć jak tutaj żyjemy: czy mamy flagę, a czy mamy dzieci? Bo trzeba mieć dzieci. Powiedziałaś, że ci się nudzi, a dokładnie powiedziałaś tak: - Ech, nudzi mi się już to – i wyszłaś pooglądać telewizor. Zostaliśmy sami, ja i patrioci.


Za ich plecami, tam gdzie czubek fikusa pamiętającego moją mamę dotykał sufitu, poruszył się pająk. Przeszedł po nitce sieci do kokonu z napoczętą wczoraj muchą, wyciągnął słomkę, popił, po czym wrócił z powrotem na miejsce z którego wyszedł. Może sikał teraz, albo robił kupę? Ale nigdy nie widziałem pająka robiącego kupę, więc kto go tam wie, co teraz robił. Zamiast tego, co mógł zrobić, zaczął się opuszczać po nitce w dół, prawdopodobnie po ostatnią tegoroczną muchę, zwabioną aromatem tłuszczu, łoju, łupieżu, czy tylko ciężkoprzystojną męską wonią bijącą z czupryn patriotów. Pająk był coraz bliżej muchy, a ona była coraz bliżej głów, nieświadomych dramatu, jaki ma się rozegrać.


- I co teraz? - zapytałem.


Zaczęli się wiercić i szeptać między sobą.


- To my już pójdziemy – oświadczyli, schowali kartofle z powrotem do teczki i wyszli przez drzwi, które otworzyłem kluczem wyjętym z kieszeni. Kiedy wróciłem, muchy już nie było w salonie. Prawdopodobnie poszła razem z patriotami. Pająk powrócił grzecznie na swoje miejsce. Poszedłem do pokoju, w którym oglądałaś telewizję, puszczali dokument o pisarzu, który umarł. Nazywał się Philp Roth. „Istnieją przecież szczęśliwi ludzie. Dlaczego nie mieliby istnieć?", mówił z ekranu Philip Roth, jakby wciąż żył. Tymczasem nie żył już.


Powiedziałaś, że masz ochotę na bułeczkę z miodem spadziowym. Poszłaś do kuchni, a potem wróciłaś. Dla mnie też przygotowałaś. Usiadłaś obok i zjedliśmy po bułeczce.

- A gdyby tak można było znaleźć się w dowolnie wybranym, najlepszym momencie swojego życia, tak na pstryk, to gdzie byś chciała teraz być? – zapytałem jeszcze przedsennie.
- Czy ja wiem... teraz, kiedy pozbyliśmy się już ostatniej muchy, tu jest całkiem miło.




Rysunek: Andrzej Bobrowski

Wiesław Myśliwski komentarzy: 0

Rozmawia

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Początek reszty naszego życia (opowiadanie)




Wysiadam z pociągu na stacji. Nowej, betonowej. Już bez drzew kasztanowych, cierpliwie i szczodrze rozdających cień ludziom dobrym i ludziom złym; każdemu ile chciał. Wracam z pracy, z wielkiego miasta. Jeszcze jestem uzbrojony w marynarkę, krawat i teczkę. Solidna teczka ma skówki zamków lśniące złotem na tle czarnej skóry, w środku upakowane papiery ważne oraz jeszcze ważniejsze, i pióro do robienia wrażenia, takie za pół pensji. Marynarka w dobrym gatunku i właściwie dobrany krawat nadają mi zwodniczy wygląd człowieka, z którym trzeba się liczyć, któremu się zazdrości, wszystkiego.



Spoglądam na palące słońce, stawiam czarną teczkę na betonie peronu, zdejmuję marynarkę, strzepuję, strząsam z siebie resztki pracy. Krawat chowam do kieszeni, przerzucam marynarkę przez ramię, biorę teczkę i ruszam po dworcowym betonie do skrótu wydeptanego w chwastach sięgających kolan. Ścieżka prowadzi do rzeki, w której kiedyś dawno łowiłem ryby, przeważnie płocie, klenie, okonie, czasem trafił się karp, a nawet lin. Bywało, że łowiłem z Władkiem, który właściwie był już wtedy dorosły. Nie łowię już ryb, nie wiem co robi teraz Władek. Pije jak wszyscy, czy nie pije już, bo umarł?


Przełażę przez dziurę w płocie zdziczałego sadu, potem balansuję na zgliszczach przegniłego mostu - z jego poręczy skakliśmy kiedyś do wody na główkę - i jestem na drugim brzegu, w lesie kukurydzy. Kukurydza rośnie szybko; przez cztery miesiące lata musi wystrzelić z ziarna na dwa metry. Chodzę wiosną przez gołe pole a jesienią wracam do domu przez zielony las. Mógłbym wracać do domu przez miasto po chodnikach gładkich jak asfalt, ale nie wracam do domu przez miasto.


Docieram kukurydzą do stawów, wspinam się na górę usypaną z wybranej pod stawy ziemi. Na wierzchołku czyjś kot zasadził się w zielsku ma myszy. Nie ucieka na mój widok; przypada tylko mocniej do ziemi i stara się wyglądać jakby go tu wcale nie było. Udaję, że go nie widzę. Schodzę z góry w stronę ogródków działkowych. Mogę stąd już zobaczyć moje osiedle.


Widzę ciebie. Mijasz ostatnie zabudowanie, schodzisz z asfaltu na drogę do działkowych ogrodów, idziesz w moją stronę, przyspieszasz, przez mostki nad rowami nad już biegniesz – coś się stało? Zaniepokojony puszczam się biegiem w twoją stronę.


- Nic się nie stało – mówisz zdyszana. - Wybiegłam do ciebie.


Skręcamy w prawo, w stronę łąki, tam, gdzie psy wyprowadzają ludzi z osiedla na spacer. Łąka jest teraz pusta. Tylko myszołów, patrolujący okolicę z kopy usypanej przez kreta, podrywa się w górę na nasz widok. Z zagajnika zachwaszonej wikliny dochodzi rumor; coś ucieka przedzierając się przez chaszcze.


- Sarna – uspokajam, i jesteś uspokojona.


Idziemy sobie, wędrujemy i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna. Jeszcze teczka. Melinuję ją w trzcinowej trawie i zostawiam. Dochodzimy do wielkich topoli porastających obydwa brzegi rzeki. Niektóre mają pnie obgryzione przez bobry. Z wody podrywają się kaczki krzyżówki, razem z nimi biała czapla. Spłoszymy je jeszcze raz, ale to będzie już daleko za miastem, teraz rzeka skręca w prawo, a wielkie topole ustępują miejsca skarlałym olchom. Wkrótce te też znikną i tylko gdzie niegdzie na brzegach pojawi się czeremcha albo wiklina. Rzeka płynie przez wielką trawiastą równinę, po której suną dwie ludzkie postaci.


Z nieba słychać pokrzykiwania żurawi. Odpowiada im wrzaskliwy chór gdzieś daleko na równinie. Stado sunące po niebie ląduje właśnie tam, skąd nawołuje je chmara zbierająca się na odlot do ciepłych krajów. Nie widzimy stąd żórawi, podchodzimy bliżej i przykucamy, żeby nie spłoszyć szarej pierzastej masy zbitej z setek takich samych ptaków. Ale one i tak podrywają się do lotu. Szara chmura ciągnie za sobą cień, podążający za nią po równinie rozgrzanej słońcem.


Jesteś zmęczona. Rozkładam marynarkę jak koc. Układamy się i patrzymy sobie w niebo. Spoglądam na zegarek; moi koledzy z pracy najpewniej siedzą jeszcze w salonie konferencyjnym i

radzą, żeby dopasować nowe rozwiązania do starych problemów.


- Poznałem dzisiaj człowieka, który usiłowuje zliczyć ile razy człowiek otwiera i zamyka oczy, zanim zamknie je po raz ostatni – mówię.

- I co?


- Wciąż liczy.

- Lubię kiedy zabawiasz mnie takimi bzdurami. I nie musimy się donikąd spieszyć – dotykasz mojej dłoni, i moja dłoń dotyka twojej.


Ziemia zwalnia, świat zatrzymuje się, czas przestaje istnieć; czy zapamiętasz to tak samo jak ja?


Cisza. Na palcu twojej nogi przysiada motyl. Rozkłada brązowe skrzydła z pawim okiem i wystawia je do słońca. Za chwilę odleci, rozpocząć resztę swojego życia. Jak długo żyje motyl? O, już poleciał.


Z nieba dochodzą krzyki. Kto nas woła?! Zakrywasz się moją koszulą, ja zrywam się gotów na wszystko... To tylko balon. Przelatuje wysoko nad nami, a jego załoga pozdrawia nas głośno i życzy dużo szczęścia. Macham do ludzi, których nie widzę; stąd ich obecność ma wielkość piłki do siatkówki.


- Z kierownikiem świata, poproszę... – wypuszczasz z siebie powietrze, uśmiechasz się, i ja też. Wszystko znów zaczyna się dziać jak powinno.


Znowu idziemy, wędrujemy sobie i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna.


Woda w rzece jest tu tak czysta, że widać ciemne sylwetki ryb. Stoją obok siebie bez ruchu, łbami pod prąd, tylko białe obwódki pysków poruszają się miarowo. Rozlega się plusk, ryba wyskakuje ponad wodę, łapie motyla, pożera i wraca na swoje miejsce w ławicy.


- To nie był nasz motyl... - w twoim głosie czai się pytanie.

- Nasz był większy – uspokajam, a ty mi wierzysz.


Gapimy się na rzekę, stoimy nieruchomo; dwa elementy krajobrazu. Na wodę opadają lądujące kaczki. Ryby rozpierzchają się, ale po chwili znów formują ławicę w tym samym miejscu. Dlaczego akurat tutaj, czy to jest ich dom?


- Zostań ze mną – słyszę twój głos.


Dotykasz ręką mojej twarzy. Ten ruch powoduje, że kaczki podrywają się z furkotem. Ryby rozpierzchają się i znów wracają.


- Jestem z tobą.

- Ale na resztę życia.


- A kiedy zamierzasz rozpocząć resztę życia?

- Z tobą? Natychmiast!


Zrywa się wiatr. Uderza jak ściana, nagle, nawet nie zdążyło zgasnąć słońce i dalej świeci. Trawa, siano i liście atakują, jakby poderwał je pędzący po autostradzie tir. Wczepiasz się we mnie a ja osłaniam nas marynarką. Zaraz nadciągną chmury, niebo rozerwą błyskawice, zaczną chłostać bicze wodne; świat wariuje w ułamku minuty.


Jednak chmury nie nadciągają, nieba nie drą błyskawice; to nie była burza. Co to było? Wciąż świeci słońce, ławica ryb jest na swoim miejscu, białe pyski poruszają się tak samo, jak gdyby nigdy nic. Wyjmuję z twoich włosów kawałki siana i liście.


- Mocne – mówię. - Mocne otwarcie reszty naszego życia – uśmiecham się.

- Buzi... - stajesz na palcach, a ja pochylam się.


Wracamy brzegiem rzeki. Jesteś głodna. Masz ochotę na naleśnik ze szpinakiem i naleśnik z dżemem na deser, ja wolę kotlet, ale solidarnie zgadzam się na naleśniki, pod warunkiem, że będą z serem. Dogania nas łódź do koszenia wodorostów w rzece, powracająca do miasta. Kosiarz zwalnia i pyta, czy podwieźć. Wsiadamy, mimo że nie prezentuje się malowniczo jak gondolier wenecki. Prujemy toń z mocą stu koni rasy bosch, galopujących na rufie w żółto-czarnym silniku. Brzeg oglądany z lustra wody wygląda dziko jak na filmie o krokodylach. Pełno w nim wykrotów, nor, w których na pewno czają się potwory, albo tylko bobry, ale żadnego nie widzimy, chociaż ich ślepia na pewno nas śledzą z ciemnych czeluści. Płoszymy tylko zaskrońca, a pod koniec jazdy piżmaka, może nutrię?


Wysiadamy przed miastem. Niedaleko miejsca, w którym zamelinowałem czarną teczkę ze złotymi skówkami, wypełnioną papierami ważnymi oraz jeszcze ważniejszymi. Zamieszkały już na niej dwa ślimaki wyglądające na parę, chociaż jeden jest biały w czarne paski, a drugi żółty w brązowe paski.


- Koniec randki – przekadam parę na wilgotną trawę.


Mijamy ogródki działkowe, za mostkami schodzimy ze ścieżki na osiedlowy asfalt. Zakładam marynarkę, zawiązujesz mi krawat; wyglądamy jak wszyscy, w każdym razie jak wielu chciałoby wyglądać: facet, któremy się powodzi i dziewczyna z marzeń. Upierasz się żeby nieść moją teczkę; bo chcę, mówisz. Biorę cię na barana, niesiesz moją teczkę, a ja niosę ciebie. Zrywasz czerwone jabłko zwisające z gałęzi nad czyimś płotem. Odgryzasz połowę i ja też odgryzam połowę.


Widać już brzozy rosnące przed naszym wejściem; zaraz przejdziemy w ich cieniu do ogrodu z wielkim orzechem, który ojciec posadził pod okiem dziadka, na swoje dziesiąte urodziny. Rozgrzewasz patelnię na naleśniki, ja wieszm marynarkę na wieszaku, torbę stawiam tam, gdzie łatwo ją znajdę jutro, gdy zaspany będę wychodził na pociąg do pracy w wielkim mieście.

Wychodzę na ogród po pietruszkę, w cieniu orzecha śpi Włodzinek, kot sąsiadów. Unosi głowę, a upewniwszy się, że to tylko ja, opuszcza ją z powrotem. Tutejsi ludzie wystawiają pod garażami butelki po piwie, a Włodzinek robi codziennie obchód i oblizuje szyjki butelek, czy jest już pijany?
Przez otwarte okno w kuchni bije słodkawa woń gorącego ciasta. Jestem tu, gdzie chcę, rzeczy dzieją się jak powinny, reszta naszego życia toczy się niespiesznie.


Gdzieś na świecie szacowne grono starych cyników gorączkowo debatuje komu najkorzystniej przyznać tegoroczną nagrodę pokojową, gdzieś indziej jacyś ludzie spuszczają na głowy innych ludzi bomby z napalmem; mam cały świat w dupie.



Rysunek: Andrzej Bobrowski