11 sierpnia 2020, wtorek
Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

Życzliwy

Dziś podobno święto życzliwości, ale to nieprawda. W społeczeństwie wysokorozwiniętym, takim jak Polska, każdy dzień jest świętem życzliwości. Tym razem galeria handlowa, wiadomo, winter is coming, trzeba ciuszek, to sobie znalazłem ciepły i teraz stoję w kolejce do kasy. Sytuacja mało dynamiczna, ale spokojnie, myślę sobie, 6 minut do autobusu, nawet na czworaka bym zdążył, tak że stoję cierpliwie jak rycerz i czas wypełniam uśmiechem, wokół sami fantastyczni ludzie, a pośród nich ona, taka bardzo miła pani, której troszeczkę się spieszy, więc pyta mnie, następnego w kolejce, czy mógłbym ją przepuścić, bo ona tylko koszulkę, a zaraz jej się bilet za parking kończy, wobec czego odpowiadam, że absolutnie żadnego nie ma problemu, proszę śmiało, patrzę na telefon: 4 minuty do autobusu, nawet tip topkami bym zdążył. Pani kładzie koszulkę na ladzie, pik pik, ekspresowa akcja, ale wtedy sobie przypomina, że coś jeszcze miała, że coś tam chyba w przymierzalni zostawiła drobnego, więc mówi, że sekunda, zaraz wracam, i znika wśród ubrań, czas mija, tyk tyk, kolejka pęcznieje, jestem stojącym uśmiechem. Aż wreszcie powraca pani z długiej wyprawy i ewidentnie winter is coming, bo w rękach niesie ciuchów dla całej kurwa rodziny na wszystkie zimy do końca kurwa życia. Myślę sobie: w społeczeństwie wysokorozwiniętym każdy dzień jest świętem życzliwości, więc tylko spoglądam pani ciepło w oczy, a uśmiech nie znika z mojej twarzy, wręcz przeciwnie – z każdą sekundą nasila się, jest coraz pełniejszy, zaczyna przypominać kosę w rękach chłopa.

Klick!!!

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Na dziś

Janek Koza komentarzy: 0

Koza na dziś

Janek Koza komentarzy: 0

Koza na dziś

Bejkwim Kwemiu komentarzy: 0

Listopad



Wieje, wiatr chłoszcze twarze dobre i twarze złe, deszcz potrzebny i wyczekiwany we wsi, teraz siecze skośnymi strugami, wciska się za kołnierz, spływa po skórze lodowatą nitką, okrąża pępek, rozdwaja się do kolan, dociera do stóp, wypełnia zimnem ubłocne buciory, chlupoce. Świst wichury pożera trzask walącego się na chałupę świerku. Nie słychać nic prócz szaleństwa huraganu, nie widać nic; huk powietrza i wody, świat wariuje. Dusze z czyśćca wyszły z ziemi do obmycia. Tańczą, kręcą się, brykają w prysznicu obmywającym brud i zgniliznę odleżyn. Chichocą duszyczki uwolnione, niektóre śpiewają, łączą w korowody wijące wężem pomiędzy chałupami. Nikt nie wychodzi na dwór; żaden wieśniak, żaden pies, kura żadna i kuna nawet i lis też; wszystko siedzi w swoich budach, chałupach, norach i czeka aż skończy się czyszczenie, nikt nie słyszy nic i nie widzi nic, kipi huragan powietrza i wody, w nim dusze radosne zmywają brud grzechu, niewidziane i niesłyszane; ten dzień należy do nich, nie do żywych.

Nic nie trwa wiecznie, żadne szczęście, i nieszczęście też, kończy się dzień, noc zjawia się niespodzianie, tak nagle, jak churaganowa burza nagle znika, zabierając gdzieś daleko swoje bicze wodne, huk błyskawic, szał i wszystkie inne strachy. Na czerni nieba czerwona gwiazda zbliża się do złotej, a gdy ją dostrzega – płoszy się i ucieka. Złota dalej tkwi i świeci, a czerwonej już nie widać. Może to nie gwiadzy, tylko zwyczajne Ufo? Zresztą już ich nie ma: czerwona uciekła, a złota opadła na ziemię, gdzieś w lesie przy wsi. Nikt nie widział, bo wszyscy wyjdą z chałup, bud i nor dopiero rano, gdy czyszczone dusze powrócą do czyśćca, ale nie wszystkie, bo niektóre pofruną już prościutko do nieba.

Noc teraz czarna, straszna, bezgwiezdna, ale ciepła, parna. Znikają wszystkie kształty, a powrócą dopiero ze świtem i znów będzie można zobaczyć wszystko.


Ktoś stoi, ale nie widać kto to. Pod dębem stoi, którego w ciemności nie widać, a dąb ten, wielki, przy wjeździe do wsi stoi od wieków. Tyle, że wioski teraz nie zobaczysz; wszystko zamalowane gęstą smołą nocy na najczarniejszą czerń. Czy to jakaś dusza spóźniona pod dębem została, niedoczyszczona deszczem huraganowym za dnia? Oj, nie dusza to do czyszczenia, ani dobra już, ani jeszcze zła; ten co pod dębem stoi, na złotej gwieździe tu przybył, zjawił się, by urządzić czyszczenie na ziemi.

Sekale, starszy wioski, przepowiadał jego przyjście, ale został wyśmiany przez młodych. Dzisiaj ci młodzi są już starzy, tak starzy, jak był Secale, gdy go wyśmiewali. Śpią teraz w chałupach, bo noc czarna i straszna, i ich kobiety śpią i dzieci i wnuki, i rogacizna śpi i nierogacizna też, nawet psy i koty, bo nikomu i niczemu nie chce się w taki czas oczu otwierać; taką noc najlepiej przespać, nic nie widzieć, nie słyszeć nic, jakby nic się nie stało - to może i nie stanie się nic. A rano wzejdzie słońce i znów wszystko będzie jak było, jak zawsze, jak powinno. Śpią więc oni, gdy on pod dębem już stoi. A nawet go tam nie ma, bo ruszył, więc pod dębem go być nie może już. Gdzie się podział? Dokąd zmierza? A kto to wie, i na co komu ta wiedza? Lepiej spać, nie wiedzieć i nie słyszeć nic. Rano znów wstanie słońce, bo lubi pierwsze, przed wszystkimi wstawać, i będzie dzień jak co dzień, bo co ma nie być, skoro zawsze był.

A najpierwsza, zaraz po słońcu, wstanie Gabrysia, żeby jej nikt w łóżku ksiądza proboszcza nie zobaczył, i wybiegnie z plebani na drogę i speszy się, bo na jakiegoś nieznajomego wpadnie zaspana.
- A, bo właśnie byłam wielebnemu rozpalić przed śniadaniem – zacznie się tłumaczyć, ale on wcale nie będzie słuchał tych pierdół tylko pójdzie dalej.
- Coś takiego – pomyśli Gabrysia odprowadzajc go podejrzliwym wzrokiem – żeby tak rychło rano po wsi łazić? To nieprzyzwoite jest kompletnie, kurwa jego mać, złamasie jeden ty!

- Biegnij spać Gabrysiu, biegnij, albo ci łeb urwę – odpowie jej ten nieznajomy, nie obracając się i nie zatrzymując. Albo będzie jej się tylko zdawało, że tak jej powie, co za różnica. W każdym razie, słońce już tak się rozbudza, że zaraz pierwszy kogut zapieje, a po nim wszystkie. Więc i komendantowi policji pora wracać od jednej pani we wsi do siebie, do powiatu. Komendant stary, łysy, ale wciąż tłuściutki, a ta pani mu noce umila za darmo, bo jej męża przymknął, poaresztował troszeczkę pod wymyślonym pretekstem i obiecał zwolnić, jak ona mu wystarczająco zadośćuczyni. Koń ciągnie bryczkę komendanta, a ciężko ma, bo nie dość że pasażer tłusty, to koła i kopyta grzęzną w mazi błota po wczorajszym potopie czyszczącym dusze czystości spragnione. Komendant podcina konia batem, smaga do żywego mięsa. Na nic. Zasapało się komendancisko, potówki mu wystąpiły, okrywa się kocem, żeby wilka nie złapać w tym stanie, albo gorszego wirusa. A tu ktoś stoi przy drodze, gapi bezczelnie.
- A ty co kurwa stoisz?! Dalej, łap się i popychaj, ale mi już! Pókim dobry – ordynuje komendant i baranieje, bo nieznajomy podchodzi, owszem, ale wyrywa zaskoczonemu pitolet z kaburki, wyprzęga umęczonego konia i odchodzi z nim, dokąd, a kto go tam wie?
- Oż ty cycu! - wrzeszczy komendant. - Poczekaj, tylko dojadę na komendę! Już ja cię przecwelę, suko niedocwelona, doigrałeś się. Gdybym miał gnata w ręce, to byś mi tu inaczej zatańczył!
Nieznajomy odwróca się, rzuca pistoletem we wrzeszącą głowę komendanta, która odrywa się od reszty i wpada w kałużę. Zapada cisza. Wkrótce przerywa ją lament sójki, ale wiadomo, sójki lubią się poskarżytć na to, że nie udało im się odlecieć tam, dokąd się wybierały, więc skarga sójki jest tak naturalna, jak rechot żab na wiosnę i pozostaje niezauważona.

Ciąg dalszy niebawem

Redakcja komentarzy: 0

I znów śpimy o godzinę dłużej

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

23 października

Dom rodzinny odwiedzam rzadko, więc jak już jestem, to nie zdążę ściągnąć butów a już słyszę: „O, Kubuś, jak już jesteś, to myśmy wykupili HBO Go i trzeba by zainstalować na wszystkich urządzeniach". Raz to jest HBO Go, innym razem NC+ nie śmiga, jeszcze innym poanulować subskrypcje z ostatnich 10 lat albo poprzestawiać kanały w telewizorze wg nowego wzoru. Od progu więc mówię, że spokojnie, kochani, IT Kubuś już na posterunku, poproszę listę problemów.


Tym razem zainstalować HBO Go na wszystkich telewizorach. Takie rzeczy to ja instaluję na śniadanie, więc jedną ręką dziobię ciasto, drugą odpalam tv, otwieram wyszukiwarkę, wklepuję hbo spacja go enter. Wtedy okazuje się, że telewizor w sypialni niepodpięty pod internet. No dobrze, gdzie jest hasło? Hasło tutaj. Długie i skomplikowane, ale spokojnie, przyjechałem na 4 dni. Okej, jest internet. Wyszukuję apkę. Nie, jednak nie ma internetu. Jeszcze raz hasło, ciągle nic, więc restart router, jeszcze raz hasło, dobra, kurwa, teraz jest na pewno. Hbo spacja go enter. I wtedy się pokazuje, że trzeba zaktualizować system. Oczywiście, że trzeba. Zawsze trzeba zaktualizować system, inaczej będzie niezaktualizowany i umrze jakiś kotek w Palo Alto. No więc aktualizuję, mijają lata, w mojej głowie zdążyłem się ustatkować, założyć rodzinę i na wakacjach w Rio wyrywa mnie z hibernacji dopiero wołanie mojego wyimaginowanego synka, że hbo spacja go enter, tato. Wpisuję raz jeszcze, ale nie ma takiej aplikacji, wpisz ponownie. No jak to, kurwa, nie ma, skoro zaktualizowałem system? Wyłączam, włączam, sprawdzam czy w międzyczasie nie pojawiła się nowa aktualizacja, ale wszystko up to date, więc one more time: hbo spacja go enter. I dalej ni chuja, więc co, więc google: „telewizor sony gdzie jest kurwa aplikacja hbo go?". I czytam. I okazuje, że nie tylko ja, że jest nas więcej, którzy w odwiedzinach u swoich starych wpadli w tę samą matnię frustracji. A odpowiedź jest prosta: nie ma Hbo Go dla telewizorów Sony, sorry. No dobra, a więc obstrukcja. Ale nie po to mnie tutaj zatrudnili, żebym teraz wszystkich rozczarował. Mówię, że spokojnie, w sypialni się może nie da, ale w salonie jest drugi telewizor, więc poproszę tylko szklankę wody, wilgotny ręcznik i już jestem w zonie, i po raz dziesiąty wpisuję 12 literowe hasło do internetu na pilocie, na którym można klikać tylko w prawo, bo coś się w pilota stało. Kosztuje mnie to trochę emocji, trochę ciężkich oddechów nosem, ale w końcu dochodzimy do momentu, w którym jest internet, więc piłka wciąż w grze. I wtedy co, i wtedy zaktualizować system, nie inaczej, więc znów jestem w Rio, a mój wyimaginowany synek pływa między rafami na dmuchanym rekinku i z katatonii wybija mnie dopiero głos mojej matki, która mówi, że chyba się zaktualizowało. No to całe szczęście, to teraz będzie mogło nie zadziałać coś innego. I wtedy okazuje się, że nie ma takiej aplikacji na telewizor Philips. Owszem, jest taka aplikacja na telewizor Samsung, jest na telewizor LG, a na telewizorze Philips można zainstalować TVN Player. Świetnie. Na chuj mi TVN Player? I wtedy następuje przebłysk mojego hakerskiego sprytu: przecież jest w tym domu stary Xbox. Xbox 360. Podpiąć Xboxa pod telewizor, na Xboxa ściągnąć HBO Go i jeszcze przed obiadem wszyscy będziemy się z tego śmiać przy „Czarnobylu". I jak pomyślałem, tak zrobiłem: kabel jeden, kabel drugi, internet, hasło, jeszcze raz hasło, aktualizacja, co tak długo, dobra, wyszukiwarka: HBO SPACJA GO ENTER KURWA. I co? Jest Netflix. Jest Amazon. Jest nawet Hulu, TVN Player i Ipla. Nie ma HBO Go. Nie ma i nie będzie. Z powodu ejdżyzmu. W styczniu 2019 roku firma HBO przestała aktualizować aplikację na starsze konsole. Mój trud skończony. IT Kubuś defeated. I kiedy myślę, żeby sobie ten kabel od Xboxa w trzeciej godzinie mojej wizyty w domu owinąć szczelnie wokół szyi i wziąć długi rozbieg, to wtedy przychodzi ojciec, kładzie mi rękę na ramieniu i mówi:


- Kubuś, jak już skończysz, to mamie na tablecie przestał działać youtube.

Całość, Klick!!!

Richard Brautigan komentarzy: 0

Upadek sombrera. Opowieść japońska




Richard Brautigan, pisarz amerykański, popełnił samobójstwo w 49 roku życia. Napisał "Łowienie pstrągów w Ameryce" i parę jeszcze rzeczy - wśród nich "Upadek sombrera" - które nie odniosły już sukcesu, co może dziwić, bardzo.


Przeczytaj fragmenty:





Richard Brautigan, Upadek sombrera. Powieść japońska, Wydawnictwo Tenaten, Warszawa 1992, przekład Jan Zieliński


fragmenty

str. 5 - 9
Sombrero


Sombrero spadło z nieba i wylądowało na głównej ulicy miasteczka tuż przed burmistrzem, jego kuzynem i pewnym bezrobotnym. Ostre pustynne powietrze wygoliło dzień do czysta. Niebo było błękitem ludzkich oczu, które na coś czekają. Nie istniał najmniejszy powód, żeby sombrero miało spaść z nieba. Nie przelatywał akurat samolot ani helikopter, nie przypadało też tego dnia żadne święto religijne.


Pierwsza łza uformowała mu się w prawym oku. To oko zawsze pierwsze zaczynało płakać. Po nim ruszało lewe. Uznałby, że to ciekawe, gdyby wiedział, że prawe oko pierwsze zaczynało płakać. Lewe oko przystępowało do płaczu tak szybko po prawym, że nie wiedział, które zaczęło pierwsze, ale to było zawsze prawe.


Był wprawdzie bardzo spostrzegawczy, nie na tyle jednak, żeby wiedzieć, które oko pierwsze zaczęło płakać. Jeśli w ogóle na podstawie tak drobnej informacji można budować definicję percepcji.


- Czy to sombrero? - spytał burmistrz. Burmistrz zawsze mówi pierwszy, zwłaszcza jeśli nie uda mu się osiągnąć w polityce wyższej pozycji niż burmistrz małego miasteczka.

- Tak - odparł jego kuzyn, który sam chciałby zostać burmistrzem.

Bezrobotny nic nie powiedział. Czekał, z której strony zawieje wiatr. Nie

chciał się wychylać. Być bezrobotnym w Ameryce to nie żarty.

- Spadło z nieba - powiedział burmistrz, spoglądając na nieskazitelnie czyste błękitne niebo.

- Tak - powiedział kuzyn burmistrza.


Bezrobotny nic nie powiedział, ponieważ miał nadzieję na pracę. Nie chciał zaprzepaścić choćby najniklejszej szansy. Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli tylko grube ryby będą się wypowiadać.


Trzej mężczyźni rozejrzeli się wokoło w poszukiwaniu powodu, dla którego sombrero miałoby spaść z nieba, ale nic nie znaleźli; bezrobotny też nie znalazł żadnego powodu.


Sombrero było nowiutkie.

Leżało na ulicy, dnem skierowane ku niebu. Rozmiar: 18,5.


- Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.


Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby dla niego dobry.

Teraz łzy płynęły z obojga oczu.

O, Boże...


Sięgnął ręką do maszyny do pisania, jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, co zapina rozporek nieboszczykowi leżącemu w trumnie i wyciągnął kartkę, zawierającą wszystko, co powyżej napisano, z wyjątkiem własnego płaczu, z którego zresztą nie zdawał sobie sprawy, ponieważ płakał ostatnio tak często, że było to jakby wypicie szklanki wody, co nieraz robi się odruchowo, nie będąc nawet spragnionym i czego się potem nie pamięta.


Podarł kartkę zawierającą wszystko, co przed chwilą przeczytaliście na temat sombrera. Podarł ją starannie na wiele malutkich kawałków, które następnie rzucił na podłogę.


Następnego ranka zacznie pisać od nowa o czymś, co nie będzie miało nic wspólnego ze spadającym sombrerem.


Jego praca polegała na pisaniu książek. Był znanym amerykańskim satyrykiem. Trudno znaleźć księgarnię, która by nie miała co najmniej jednej jego książki.


Dlaczego więc płakał?

Czy sława nie wystarcza?

Odpowiedź jest całkiem prosta.

Jego przyjaciółka, Japonka, odeszła.

Po prostu go porzuciła.


Taki był powód jego łez, jakie zaczęły płynąć, już nie pamiętał z którego oka, powód płaczu, jaki stał się jego chlebem powszednim, odkąd porzuciła go ta Japonka.


W niektóre dni płakał tyle, że myślał, iż mu się to śni.




Japonka


Kiedy Yukiko spała, jej włosy spały obok, długie i japońskie. Ona sama nie wiedziała, że jej włosy śpią. Proteina też potrzebuje odpoczynku. Yukiko o tym nie myślała. Jej myśli były w zasadzie bardzo proste.

Rano czesała włosy.

To była pierwsza rzecz, jaką robiła po przebudzeniu. Zawsze czesała je bardzo starannie. Czasem na czubku głowy, zgodnie z japońską tradycją, robiła sobie kok. Czasem zostawiała włosy rozpuszczone, sięgały jej wówczas do pupy.

W San Francisco było parę minut po dziesiątej wieczór. Krople deszczu znad Pacyfiku uderzały w szybę koło łóżka, ale ona ich nie słyszała, pogrążona we śnie. Z reguły spała wyśmienicie i potrafiła sypiać bardzo długo, dwanaście godzin albo i dłużej, lubując się w tym, jakby naprawdę robiła coś innego, spacerowała albo gotowała obiad. Jeść też lubiła.

Kiedy on darł kartkę papieru, zawierającą słowa o spadającym z nieba sombrero, ona spała, a jej włosy spały obok niej - długie i ciemne.

Włosy śniły, że jest rano i że ona starannie je czesze.

Jeszcze kilka fragmentów, Klick!!!