16 czerwca 2019, niedziela
Cy Twombly komentarzy: 0

Kiss

Gostyńska 36 komentarzy: 1

Czekając na meble











Mieszkamy teraz w nowym domu, w którym będzie się żyło łagodnie. Jest duży i pusty, meble mają przyjechać dopiero po południu.


Dom jest nad rzeką, w której pływają surowe pstrągi, ale żadnego nie widzieliśmy, bo jeszcze nie byliśmy nad rzeką. W moście jest jedna jedna skrzypiąca deska, którą omijam, a ty nadeptujesz na nią za każdym razem, kiedy przechodzimy na drugą stronę, albo z powrotem. Na razie nie nadepnęłaś ani razu, bo nie byliśmy jeszcze nad rzeką tylko wciąż czekamy aż przyjadą meble. Na ziemi w ogrodzie leżą żółte kule; to nie są arbuzy tylko dynie, na które tutejsi ludzie mówią korbole, ale jeszcze o tym nie wiemy, bo nie spotkaliśmy dotąd nikogo stąd. Na tarasie jest hamak; bujamy się na nim i gapimy na las, malujący się w dali zdrową zieloną plamą. Dzikie zwierzęta produkują tam tropy. Dotąd nie widzieliśmy żadnego, bo meble jeszcze nie przyjechały, więc hamak też. Przybłąka się do nas pies, z dużą raną na karku i ja ją zaszyję, igłą z nitką; to ci się spodoba. Znieczulam psa piwem imbirowym, do którego dodaję spirtys – stopniowo: najpierw łyżeczkę do kubka z piwem, potem dwie, na końcu podaję psu setkę. - Jeszcze nie widziałem psa, który by nie poszedł na piwo – mówię. - Ani kota, który nie poszedłby na pasztetówkę.

- Całkiem, jak ty – kwitujesz, ale zaraz uśmiechasz się zachęcająco, obracając rzecz w żart, żebym nie stracił zapału do pomocy psu.
W każdym razie nasz pies jest zalany i mogę go zaszyć.
Nazywamy go Paszcza, bo składa się głównie z ogromnego pyska, osadzonego na mocnym ciele z żołądkiem. Paszcza zjada dwa kilo mięsa w trzy minuty. Ja też potrafię zjeść tyle mięsa, ale w ciągu trzech dni. Kość z uda byka załatwia w kwadrans. Trochę ci odbija na punkcie tego psa, który w rzeczywistości jest suką; jej też odbija na twoim punkcie, nie odostępuje cię na krok. Jednak, kiedy pojawiam się w polu widzenia, Paszcza odsuwa się na kilka metrów i bierze w ochronę nas obojga; mnie ze wględu na to, że jestem dla ciebie ważny.


Zimą idę z Paszczą przez most. Omijamy skrzypiącą deskę, na którą ty zawsze następujesz. Idziemy do lasu i przynosimy stamtąd bożonarodzniową choinkę, wielką sosnę.

Lepię bałwana przed oknem naszej sypialni. Dajemy mu na imię Karol.


- Dlaczego Karol?! - nacierasz, trochę już podenerwowana tym, że meble tak długo nie przyjeżdżają i pusty dom jest wciąż zbyt obcy, by zacząć nasze nowe życie, które będzie płynęło łagodnie.

- Właściwie nazywa się Czekloadowy Joe – mięknę.
- No, to zupełnie co innego – jesteś zachwycona zmianą, a może tylko tym że ci ustępuję.
- Jest nadziewany, różowym cukrem z arbuzów – podkręcam.
- Wystarczy mi, że jest bałwanem – studzisz.


W świąteczny ranek Czekoladowego Joe kradną złodzieje.


Patrzymy na drogę, na której układają się pierwsze wzory kolorowego dywanu z zaczynających opadać liści. Po drodze nie jedzie żaden samochód, w tym ten z naszymi meblami.

-Ale dlaczego ktoś ukradnie naszego bałwana?! - wybuchasz pretensją w moją twarz.
- Nie mam pojęcia – mówię szczerze, bo jeszcze nie mam żadnej wiedzy o preferencjach tutejszych złodziei.


Na wigilię nieoczekiwanie przyjedzie do nas ciotka Ziuta z daleka, chyba nawet ze stolicy; ciotka Ziuta dała mi kiedyś, na komunię całe sto złotych, najwięcej ze wszystkich, więc automatycznie została wtedy najlepszą ciotką. Ty za nią nie przepadasz, więc ja też jej już nie lubię, solidarnie. Ciotka wysiadła z nowiutkiej, żółtej limuzyny, w żółtej garsonce pani prezes zarządzającej produkcją szkieł kontaktowych do nowoczsnego kontaktu codziennością, z żółtą torebką i w butach też w kolorze limuzyny. Paszcza nadbiegła akurat z lasu z ludzką ręką w pysku, więc ciotka natychmiast zawróciłaa do żółtego auta i odjechała. Nigdy nie dowiedzieliśmy się po co właściwie przyjechała. Paszcza uratowała nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty; naprawdę dobry pies. To, co na pierwszy rzut oka braliśmy za ubłoconą rękę dużej lalki, okazało się udem dzika, na którym pies pozostawił dużo nieobgryzionego mięsa do obgryzienia dla nas. To był troskliwy pies.


Wieczorami lubię grać na gitarze. Ma czerwony lakier i wygodny gryf. Kupiłaś mi ją pod choinkę. Ale zanim spadnie śnieg, tutejsi ludzie będą zbierać grzyby. Wszyscy. Chociaż niektórzy wcale nie lubią zbierać grzybów, jednak zbierają, żeby nie wytykano ich palcami.


Drogą przejeżdża traktor z przyczepą do zbierania siana. Wzory z liści układa w inne wzory. Ciężarówka z naszymi meblami wciąż nie nadjeżdża

- Ja lubię kurki – oznajmiam. - W śmietanie – bo chcę, żebyś nie miała nic przeciw zbieraniu grzybów przez tutejszych ludzi, bo pasowłoby mi żebyśmy wrośli w to nowe miejsce, które zczyna mi się podobać. Nigdy nie jadłem kurek, ale brzmię przekonująco.
- Wolę rydze – słyszę twój głos.
- Jak one wyglądają?
- Białe nogi w rudawym kapeluszu, sedno smaku, perwersja po prostu, pasuje panu?
- Mówią, że ludzie z tartaku wytną wszystkie drzewa w lesie i nie będzie już grzybów.
- Nie trzeba od razu wierzyć we wszystko, co mówią – w twoim głosie pobrzmiewa nadzieja, też chcesz żeby wszystko zostało tu tak, jak będzie, gdy dotrą wreszczie nasze meble i zaczniemy tu żyć łagodnie.


Odkryjemy na naszym strychu dwa nietoperze i wpadniesz w zachwyt. Od razu myślisz o nich jak o parze, chociaż wyglądają tak samo. W gruncie rzeczy powinny być parą; wszak świat – jeśli ma mieć jakiś sen – musi składć się z par, inaczej przestanie istnieć, bo się nie będzie odnawiał. Dla mnie są to dwa nietoperze, a kiedy zaczynam myśleć o nich jak o parze, na strychu zamieszkuje sowa i nietoperze znikają; nie dowiemy się, czy wywędrowały, bo nie lubią sowy, czy po prostu ona tak je polubiła, że od razu zjadła.


Zachodzimy na tutejszy cmentarz i urzeka cię się powaga tego miejsca.

- Kto wie, może chciałabym tu zostać? - powiesz to tak, że odbiorę to jako decyzję.
Alejkę dalej trafiamy na bójkę grabarzy nad świeżo napoczętym dołem: dwie agresywne miernoty atakują trzecią, która opędza się od nich łopatą. Uderzam grabarzy ciężkim słowem, ale to nie robi na nich wrażenia, ignorują mnie, co odbiorę jako manifestację braku szacunku dla nas; cała trójka dostaje po pysku – lubię popisywać się przed tobą bydlęcą siłą, jednak na tobie to żadnego wrażnia nie robi.
- Na pewno tu nie zostanę, to bardzo niespokojne miejsce.
Kiedy wrcamy do domu, na niebie świecą dwie gwiazdy, duża i mała. Duża zbliża się do małej i połyka ją, stając się jedną, jeszcze większą, bardzo dużą gwiazdą. Wygląda to niesprawiedliwie, ale trzeba przyznać, że nowa gwiazda prezentuje się zjawiskowo.
Rano wiatr przygania do nas woń ciepłego chleba, które piecze tutejszy piekarz. Jesteśmy tu, gdzie chcieliśmy być, wszystko dzieje się jak powinno, życie biegnie łagodnie.


Słychać narastający warkot wielkiej ciężarówy. Nadjeżdżają nasze meble! Sunący po drodze olbrzym podrywa z niej wzorzysty dywan i rozrzuca liście na chybił trafił. Zatrzymuje się przed bramą naszego pustego domu czekającego na wypełnienie treścią. Wysiada kierowca i dwóch pomocników, słychać szczęk zamków ciężkich wrót z tyłu paki. Patrzymy jak powoli suną do góry, wpuszczając do mrocznego wnętrza coraz więcej słońca.

- To nie są nasze meble... - słyszę twój łamiący się głos.
- To nie są nasze meble! - krzyczysz rozpaczliwie jak ktoś, kto zobaczył coś, co nie może być prawdą, obracasz się i odchodzisz niema.
Wskakuję na pakę potrącając jednego z pracowników, który właśnie pochylał głowę nad odwiniętą z papieru świeżą kanapką. Zęby są tuż tuż, ale nie zdołają dopaść chleba, bo wypada z dłoni i toczy się pod ciężarówkę.
Rzeczywiście, to nie są nasze meble. Wszystkie rzeczy są obce, należą do innych ludzi, to nie jest nasze życie.
Zeskakuję z ciężarówki i idę do ciebie.
- To nie są nasze meble – powtarzasz drżącym głosem, a ja nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć, bo skończył mi się popis.
Tyle tu mieliśmy do przeżycia, myślę i otaczam cię ramieniem. Nigdy nie zaszyję rany na karku psa, który się do nas nie przybłąka, więc nie nazwiemy go Paszcza, a on, właściwie ona, bo to miała być suka, nie obroni nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty, bo ciotka nie przyjedzie, dlatego że nas tu zwyczajnie nie będzie. To nie są nasze meble, to nie jest nasz dom, więc to nie mogło być nasze życie. Wsiadamy do mojego auta i odjeżdżamy. Nikt nas nie żegna, jak nikt nie witał; nikt nie będzie nas wspominał. Przyspieszam i samochód podrywa chmary liści, które wkrótce opadną, układając się w nowe wzory, ale my już ich nie zobaczymy.


Rysunek Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria

HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 39


Ludzie prości trzymają psy przykute łańcuchami do budy. Ale nie dlatego, że są takie cenne, i boją się, żeby nikt im ich nie ukradł; po prostu dziadowie trzymali psy na łańcuchu, więc i oni przykuwają łańcuchem do budy. Wszyscy ludzie prości trzymają psy na łańcuchu, ale nie wszyscy ludzie prości są tacy sami: jedni głosują na taką partię, a inni na przeciwną. Jednak niezależnie od tego która partia wygra, ludzie prości dalej będą trzymać psy na łańcuchu. Świnie zaś, zamykają w chlewie, żeby stały w gnoju na betonie.

- Ale też wtedy szczury nie obżerają im ogonów, bo szczur nie wytrzyma takiego fetoru jak świnia.
- Ty też trzymasz świnie na betonie w gnoju?

- Ja nie! Ja lubię świeże powietrze, takie więcej czyste żeby było.

Bibliotekarka, która pilnuje książek w bibliotece mówi, że na hodowlę świń powinny mieć pozwolenie wyłącznie starsze panie, które mają już czas, wyczycie i zrozumienie dla każdego żywego stworzenia. Pod żadym pozorem i za żadne skarby nie powinno się pozwalać prostym, okrutnym chłopom hodować świń. Ci powinni żyć z ogrodowizny, a hektarowi z okopowych i zbóż.

Jedna pani nastawia na telefonie budzik co pół godziny, bo lubi kiedy telefon do niej dzwoni, a gdy jest w towarzystwie, to odbiera i gada do kawałka plastiku, jakby po drugiej stronie co najmniej burmistrz w sprawie państwowej zagadywał, a może i Deniro najnowszymi dyrdymałami z Hollywood dowcipkował. I wielu zazdrości tej pani, że takie ma branie.

- Wulgarne!
- Ale i taka jest prawda, że nikt nie przepada za tą bidulą, taka jest przemądrzała odrażająco, że ciężko za nią przepadać, to chociaż sobie sama do siebie zadzwoni, pogada, poopowiada i od razu wie, co tam nowego w świecie słychać.

Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.

Mówią, że sikorka potrafi zjeść tyle, ile sama waży, ale jeśli tobie to się nie udaje, to się nie przejmuj; obyśmy tylko takie problemy mieli. Pchła jest taka zdolna, że skoczy sto razy dalej, niż sama mierzy; są tacy, którym to daje do myślenia, ale jeżeli tobie nie udaje się wpaść w zachwyt nad tym, czy tamtym, nie przejmuj się, tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Bohumil Hrabal komentarzy: 0

Piękna rupieciarnia

Fragment książki Bohumila Hrabala „Piękna rupieciarnia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.




W ostatnią niedzielę sierpnia chodziłem po lesie z radyjkiem tranzystorowym, nasłuchując wszystkich możliwych wiadomości. Zląkłem się jak diabli, gdy o trzynastej Wiedeń podał, że mnie i jeszcze kilkudziesięciu innych pisarzy pobito i wywieziono w nieznanym kierunku. Prezes Pen Clubu Arthur Miller złożył protest w tej sprawie. A ponieważ przez całe popołudnie nie usłyszałem ani jednej wiadomości, która by zdementowała tę z godziny pierwszej, ba, przeciwnie, podano kolejne szczegóły, że wywieźli nas niezidentyfikowani osobnicy przebrani za sanitariuszy, zacząłem z tego wszystkiego popadać w lekką demencję, nie będąc zdementowanym, dementowałem się sam, że być może spaceruję po lesie, śniąc o tym, że jestem związany w kij i wywożą mnie karetką w nieznanym kierunku, bez klauzuli wyjazdowej, bądź też że uprowadzili mnie fałszywi sanitariusze i teraz leżę na podłodze karetki, śniąc o tym, że spaceruję po lesie. I jak tu się potem dziwić, że w grudniu, w pewnej wsi w Górach Orlickich, nie zdziwił mnie widok kilku świeżo wykopanych grobów. Grabarz wyjaśnił mi później, że w tej okolicy, gdy chwyci mróz, ziemia zamarza na kość, a wtedy kopać w niej to straszna mordęga, dlatego zawczasu wypatruje, kto jest na wylocie, i kopie mu grób, zanim ziemia stwardnieje na amen, obywając się bez klauzuli wyjazdowej w postaci aktu zgonu. A skoro tak, to już zupełnie nie ma się co dziwić, że wczoraj spotkałem przyjaciela, który zdziwił się, że co jeszcze tu robię. Kiedy zapytałem, co ma na myśli, czy to, że jestem jeszcze na tym świecie, czy też to, że jestem jeszcze w kraju, odparł, że wiedział, że jestem cały i zdrów, ale myślał, że już wyjechałem, że, krótko mówiąc, dałem dyla. Powiedziałem mu, że nie mam bladego pojęcia, dlaczego jego zdaniem powinienem był wyjechać. Przyjaciel odparł, że każdy porządny człowiek, jeśli dotychczas nie wyjechał, powinien mieć przygotowaną klauzulę wyjazdową, ponieważ w razie gdyby sytuacja w kraju stała się niepewna jak pogoda w marcu, że w takim wypadku porządny człowiek nie powinien kłaść uszu po sobie, tylko starać się wyjechać.

Całość - Klick!! do źródła

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria


HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 35



Nie wszystkie dzieci mają zabawki, ale wszystkie lubią się bawić. Dorośli też lubią się zabawić, najchętniej przy wódce. Jeden pan nie pije już dosyć długi czas, i jeżeli się teraz nie napije, to ten czas stanie się jeszcze dłuższy. Oj, nie jest on z tych, co odkładają ważne rzeczy na jutro albo na poniedziałek; on wie, że tak mało się dzieje właśnie dlatego, że za dużo wszyscy odkładają na jutro, a przecież każdy zasługuje na wszystko, zaraz i natychmiast.


Mówią, że przez alkohol można stracić wszystko. Ale nie trzeba od razu wierzyć w to co mówią, bo nie każdy może stracić wszystko przez alkohol, bo na przykład nie ma nic do stracenia i nigdy niczego takiego nie miał. Trzeba się naprawdę ciężko nacharować najpierw, żeby móc stracić wszystko przez alkohol.


- Można pić, panie Darku, bo wódka jest dla ludzi przecież. Tylko trzeba pić na zdrowie i koniecznie dobrze się wyspać. Nie ma nic gorszego jak się nie wyspać: człowiek staje się niecierpliwy dla innych, opryskliwy, niewyrozumiały i niedobry, po prostu wstrętny. Ludzi stresowuje obcowanie z osobą niewyspaną.


Tymczasem ludziom w życiu przeważnie o nic nie chodzi, sprawiają wrażenie jakby tylko chcieli jakoś przebrnąć przez dzień i mieć go już za sobą, a potem biorą się za kolejny do odhaczenia. Jak za ciężką robotę do wykonania, którą najchętniej mieliby już za sobą. A potem się dziwią w chwili śmierci: - Łooo... to już koniec? Tylko tyle, to wszystko? Nic więcej już?


Nie żyje już wujek Janek Pomidor, i ojciec wujka Janka, a dziadek mój, już nie żyje, pradziadka nawet nie zdążyłem zobaczyć, a ojciec tego pradziadka jest nieżywy nawet bardziej, bo dłużej. Na świecie jest coraz więcej ludzi nieżywych, niż żywych. Nieżywi rozmnażają się skuteczniej niż żywi.


- Zawsze tak było?

- A po co ci ta wiedza?


Żona redaktora jeździ z nim na wszystkie uroczyste okoliczności proszone, i jest dobrze wytrenowana do roli tła, ale nie pije, bo tak jest taniej, nie trzeba wydawać na taksówkę powrotną. Wieczorne mycie zębów jest niezmiernie ważne. Naczelny miejskiej gazety twierdzi nawet, że najważniejsze. Dużo, dużo praktyczniejsze niż poranne mycie zębów, jest ich wieczorne mycie.


- Stosuje pan, redaktorze, szczotkowanie wzdłuż szczelin międzyzębowych, czy woli ruchy szczoteczkowe w poprzek?

- Ja stosuję gruntowne mycie zębów, bez szczoteczki. Do zmywania używam sprawdzonych preparatów spirytusu w czterdziestoprocentowych roztworach, zawsze białych, nigdy kolorowych. Kolorowe są może i dobre dla zębów, ale ciężkie na żołądek.


- Czy nie szkodliwe owe preparaty na jelyto?

- Na jelyto stosuję osłonowo wrotycz tudzież różyczkę dziką w nalewkach, przez naszą znamienitą blogerkę dietetyczną Gabrysię serwowanych.


- Czy przez Tę Gabrysię?

- Tak. I Bóg ci zapłać Gabrysiu.


- Dziękuję za wywiad, redaktorze.

- Proszę. I z Bogiem.


To mówił naczelny gazety, ale większość z nas nawet nie ma w życiu okazji, żeby coś powiedzieć od siebie, coś stworzyć swojego, dobrego albo zaledwie wyjątkowego. Większość nawet nie wie, że coś takiego można by zrobić czy powiedzieć; po prostu wychodzi codziennie do pracy rano, wraca wieczorem, pouprawia trochę jakieś życie towarzyskie czy małżeńskie w przerwach od roboty, a pewnego dnia umiera. I nawet nie ma pretensji, bo nie wie, że taka okazja powinna być, i taka szansa powiedzenia czegoś od siebie powinna w życiu każdego człowieka istnieć.


Słońce znów wzeszło rano i zajdzie wieczorem, jutro ten dzień będzie już tylko dniem minionym. Wspomnieniem, w którym wystąpimy w roli głównej, albo jako tło. Można to wziąć pod uwagę przy rannym myciu zębów. O ile ma się nawyk porannego mycia, o ile ma się jeszcze zęby.


- Dzisiaj w parafii dzień skupienia dla mężczyzn, jutro odnowienie przyrzeczeń małżeńskich dla matek z czternastej róży różańcowej, a znowu pojutrze koronka do miłosierdzia bożego oraz nowenna plus adoracja w kaplicy adoracji. Takie są ważne ogłoszenia parafialne dla naszej parafii, ale pan oczywiście, panie Darku o tym nie poinformuje...

- Poszło. W całości.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria

HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 25, 26


Niedaleko apteki, przy jedynym skrzyżowaniu ze światłami w mieście, mieszka jeden pan, który rozpala w kominku tylko po to, żeby żonie było za gorąco. A nie jest wcale brzydka ta żona; mogłaby nawet uchodzić za ładną wśród brzydkich.

- Musiała mu nieźle dopiec, że tak ją teraz przypieka - w sklepie U Ulki właśnie ta sprawa otwiera dyskusję.

- Chyba lepiej, niż gdyby ją zdradzał z inną, nie? - zauważa Pan Tadeusz z Pańskich Chałup. - I taniej, bo zdrada więcj kosztuje niż drewno.

- A znowu ja, to od piętnastu lat śniadania nie jadłem – ujawnia Jerzyk, też z Pańskich; zresztą wszyscy tu teraz obecni są z Pańskich Chałup, poza Ulką, bo Ulka jest z Bloków.

- A czemu ty śniadań nie jadasz Jerzu, co?
- Bo mi się nie chce. Mi się wcale tak nie chce w ogóle, że szkoda gadać.

- A twoja myśli, że na złość nie jesz, nie?
- Nie jestem żonaty akurat, dzięki Bogu.

- A, to cię musiałem chyba z Heniem pomylić.
- Z jakim Heniem?

- Z tym, co cię pomyliłem.
- Chyba, że tak, bo już myślałem, że z jakimś łachudrą.


Codziennie, w samo południe aptekarzowa wychodzi na łąkę z psem...

- Czy z tym, co go ciągnęła aż z Afryki, żeby był taki jak Saba z „W pustyni i w puszczy”?
- Z tym samym.

… i dochodzi daleko, pod wiklinowe zagajniki za zakrętem rzeki. Tam czeka na nią kawaler, z którym aptekarzowa całuje się aż przez półtora kwadransa, ale na więcej mu nie pozwala, ponieważ chce, żeby jutro też przyszedł, bo lubi się całować, a woli z kawalerem, niż z mężem, który utyka na jedną nogę i ma brodę, a kawaler nie utyka, zawsze jest ogolony i opowiada fajne dyrdymały. W tym czasie pies korzysta z wolności, ale nie sieje spustoszenia wśród rzecznych bobrów, bo w dzień śpią w niedostępnych norach; po prostu zażywa ruchu na świeżym powietrzu ile wlezie, a zimą produkuje na śniegu tropy większe od wilczych. Po wycałowaniu kawaler posłusznie oddala się do auta ukrytego wśród zespołu szkółek leśnych w pobliskim drzewostanie iglastym, a aptekarzowa odprowadza psa do domu. Gotuje pełnowartościowy obiad z dwóch dań, do tego koniecznie patisony, bo mąż przepada, i buraczki z czosnkiem albo kompot z gruszek bądź mirabelek, zależy. Zostawia psa w domu i idzie naprzeciwko do apteki. Odbiera kulawego męża, też aptekarza, i pod rękę przeprowadza przez ulicę. Dalej spacerowym krokiem dochodzą do domu na ciepły obiad. Pies wita pana jak oszalały, by zaraz uwalić się w drzwiach kuchni czekając na resztki.

- Dobrze, że psy nie gadają.
- Pies ma cały świat w nosie.

- W nosie?
- No, głównie z węchu się składa.


rysunek: Andrzej Bobrowski


Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria


HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 30, 31


Wszyscy powinni być młodzi i bogaci. Ale nie każdy jest młody i nie wszyscy są bogaci.
Jedna pani jest bardzo brzydka, chociaż chciałaby być ładna, jak wszystkie co mają branie w mieście. Ale kompletnie nie ma brania i nic nie można na to poradzić. A jeden pan, który jest bardzo niski, chciałby być bardzo wysoki, ale też nie można nic na to poradzić, więc jest wciąż bardzo niski. Brzydka pani wcale nie jest głupia i nawet ma samochód, a i ten pan też ma samochód, na dodatek nowy. A niektórzy wcale nie mają samochodu. Chociaż bardzo by chcieli mieć samochód. Ale nie ma tu czasu dalej o tym, bo już idą basista Ruszkiewicz i gitarzysta Dolata, i co za traf, znowu we własnych osobach idą.


- A nie napiłby się pan z nami?

- A dlaczego ja miałbym się z wami napić?


- Bo wtedy my byśmy się razem z panem napili.

- A nie możecie się napić beze mnie?


- Bez pana nie możemy się napić z panem.


Wieczór już, wszyscy wychodzą z domów żeby się zabawić, ale zabawi się niewielu. Zandecki też wychodzi się zabawić, do dobrego sklepu U Ulki jak na skrzydłach go niesie, a tam Ulka we własnej osobie znad jakiejś gazety oczy zaczytane unosi i zagaja tekstem:


- A ty wiesz Zandecki, że ty jesteś homo sapiens?

- Ale mi tu pani Ulka przyszkro przyszła, no bym się ani nie spodziewał. Żeby takie coś we mnie?... Więcej tu już nie przyjdę. Piwo se mogę na mieście kupić i obalić kulturalnie, w chałupie.


Zandecki na nerwie z dobrego sklepu U Ulki wypada – prosto pod auto. Ale nie na śmierć zostaje przejechany, tylko na pół śmierci.


Jest niepokojący stan szajby; poziom holesterolu na świecie jest wciąż wyższy niż poziom inteligencji. Ludzie bardzo się śpieszą, z jednego miejsca w którym się nudzą, do innego, w którym będą się nudzić. I chcą tam się znaleźć natychmiast, żeby nie tracić czasu na bzdury. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy uważaja, że ich to nie dotyczy. Najmniej wypadków na świecie powodują kierowcy Rolsrojsów.


- Niepijący?

- Jeszcze jak, ale mało ich bardzo, margines społeczny można powiedzieć ci rolsrojsowcy, więc nie są w stanie wielu wypadków powodować.


- Jeszcze nie widziałem w naszym mieście wypadku Rolsroysa.

- A widzisz!?


Mieciu Kaczmarek, podpuszczony przez kolegów z pracy: jak daleko rzuci krawężnikiem, rzucił tak wysoko, że zadarte do góry głowy koledzy pospuszczali, bo im szyjki ścierpły, a krawężnik nie chciał spaść.


- I co?...

- Spadł.


- Ooo?!...

- A ty coś myślał, cycu?


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Jim apRoberts komentarzy: 0

maluje

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Remont




Budzi nas remont ulicy. Pod naszym oknem robotnicy nie mówią tylko wrzeszczą, bezceremonialnie spluwają na ziemię i są zainteresowani wszystkim, tylko nie robotą. Będą się tym zajmowali do końca dniówki.


- Powiedz im coś – żądasz.

- Wtedy musiałbym się do nich odezwać – ostrzegam.


- A, to nie – rezygnujesz.


Spoglądam na zegarek; słońce wzejdzie dopiero za czterdzieści minut, rozlega się rumor, ciężka wywrota wysypuje tony pokruszonych kamieni parę metrów od naszego łóżka, tyle że za murem sypialni, odpala silnik wielkiej koparki na gąsienicach, robotnicy rozsypują się w tyralierę, atakują wszystkim, co mają pod ręką, kilofem, łopatą, szlifierką, kafarem, brakiem matury, zębów, nieczytaniem, zaraz tu wejdą i nas zjedzą.

- Zwariuję... - zakrywasz głowę poduszką.


Wstaję z prędkością pocisku, moment, i łapię w lustrze odbicie człowieka ubranego w dres, adidasy i ochraniacze na ręce, widać, że gość jest gotów zabić.


- Pojedźmy stąd gdzieś, w jakieś lepsze miejsce – zatrzymuje mnie twój głos.


Przyglądam ci się; kołyszesz się teraz na łóżku, splecione dłonie obejmują kolana podciągnięte pod brodę, buzia uśmiechnięta, rozbawiona: - Dobra, spójrzmy na to tak: to są robotnicy, którzy mają na szóstą, więc nie pojmują, że ktoś może nie mieć na szóstą. W ogóle nie zrozumieją dlaczego zaraz wybijasz im zęby. Wrócą do domu, a tam synek się spyta, tatuś, a czemu nie masz ząbków, a bo mi taki jeden łobuz wybił, a czemu ci wybił tatuś, bo mu chciałem ulicę wyremontować, żeby miał ładnie przed domem – wstajesz, przeciągasz się. - Pojedźmy gdzieś.


Śniadanie jemy w innym, cichym skrzydle domu. Biorę kluczyki z parapetu. Jest już jasno, ale pada. Nie leje, tylko pada, za to deszcz ze śniegiem. Siadamy wygodnie w naszym ciepłym aucie, odprowadzają nas zazdrosne, złowrogie spojrzenia moknących robotników. Posyłasz im całusa przez szybę, na dobry dzień. Udają, że tego nie widzą. Świat ludzi, którzy mają na szóstą, i tych, co nie mają, to są dwie różne planety. Nie ma czego zazdrościć tym, co mają na szóstą. Dlaczego ktoś to dla nich wymyślił, dlaczego im to zrobił? Oj, nie był to Piotruś Pan ani Pipi Langstrumpf.


Dojeżdżamy do oranżerii. Na parkingu stoją luksusowe auta, naprawdę wypasione limuzyny. Co robią ich właściciele, na takim odludziu? Znajdujemy wolne miejsce, parkujemy i wysiadamy, do butów przykleja się mokra, śnieżna breja. Dzwonimy, drzwi otwierają się, bucha gorąca fala tropiku. Krok przez próg i ze środka zimy wkraczamy w centrum lata. Witają nas Kali i Mea. Nie są już młodzi, jak w Pustyni i w puszczy, ale wciąż wyglądają na takich, co jeszcze wszystko potrafią zrobić wkoło siebie sami. Kali zaprasza do chaty z suszonego błota, ogrodzonej zeribą z kolczastej akacji, Mea częstuje marynowanymi nóżkami gnu. Do picia mają tylko wodę, za to do woli. Daktyli nie mają, skończyły się; Mea tłumaczy, że ich ojciec Sienkiewicz, po Noblu za Quo vadis w ogóle trochę jakby o nich zapomniał. Zlatują się papużki, które Kali przepędza packą na muchy. Rozlega się ryk lwa.


- Tu nie być lew – uspokaja Kali i pokazyje na głośniki rozwieszone na baobabie. - My puszczać rano i we wieczór – wyjaśnia – tak mieć w umowa o dzieło.


Pytam o Tadeusza.


- Bwana Tadeusz być w inny sektor, wy musieć iść dalej – instruuje Kali. - Dać paciorki dla Mea i iść dalej.


Wyjmujesz z włosów wsówkę i podjesz Meii, a ona pokazuje palcem na twoją broszkę, więc broszkę też dajesz Meii.


- Dobre ludzie – uśmiecha się Kali i razem z Meą zaczynają macać, obracać w placach, wąchać, badać paciorki. Możemy już sobie iść.


Jesteśmy w szklarni. W wielkiej oranżerii Tadeusza, którą kazała wybudować dla niego mama, żeby Tadziu mógł w spokoju ćwiczyć pasaże na trąbce. Krótko przed wojną, mama ukończyła konserwatorium w Wiedniu i dorobiła się pozycji kobiety zjawiskowej. Zgromadziła fortunę komponując dla wiedeńskich filharmoników. Jeden z nich uczynił ją mamą Tadzia. Szklarnia miała najpierw wielkość ogrodu i rosła w niej łąka z kwiatami kolorowymi latem i zimą, a Tadziu przechadzał się boso po trawie ćwicząc pasaże na trąbce, z dala od zgiełku, śniegu, kolegów i innych pokus. Szyby oddzielały go od innej koncepcji pojmowania rzeczywistości niż ta, którą wymyśliła dla niego mama. Potem dobudowano oszkolone skrzydło z sadzawką i wodospadem, później następne, z tropikiem, palmami i papugami, a jeszcze później z piramidami, murem chińskim i tak dalej. Tadziu przechadzał się, zwiedzał rozrastający się świat. Z czasem stał się dużym Tadeuszem, a szklarnia rozrosła się do wielkości osiedla pod szkłem. Zarzucił granie na trąbce, bo zarządzanie tak wielką oranżerią wymagało coraz więcej czasu, aż w końcu pochłonęło go całkowicie.


- To oni?... - nie dowierzasz, gdy dochodzimy do basenu z palmami i leżakami. Diego Maradona i Mike Tyson wczasują się w cieniu kapelusza parasola z trzciny cukrowej i grają w makao. Diego pali cygaro, osobiście przesłane jeszcze przez Fidela Castro, a Mike nie pali.


- To wy?... - pytam.

- I wciąż jesteśmy bardzo sławni – chełpi się Diego, nawet nie próbując wciągać brzucha, taki się czuje sławny.


- Co ty wiesz o sławie, nie rozśmieszaj mnie. Makao! - Mike pozostaje z ostatnią kartą i rozdziawia w złym uśmiechu paszczę tak, żeby słońce padając na złotą jedynkę porażało odbiciem oczy Maradony.


Diego rzuca karty i wrzeszczy coś w gwarze argentynskiej chuliganerii z przedmieść slumsów.

Kłócą się kto więcej milionów dolarów przepuścił na uciechy, czyli o to, kto lepiej żył. Krzyczą na siebie z zajadłością starców, którzy mają już za sobą wszystko, a przed sobą nic wartościowego do stracenia.


- Mogłabym żyć w luksusie i wcale by mnie to nie zepsuło – objawiasz mi na ucho, gdy oni kłócą się o to, czyje życie było lepsze.

- I chciałabyś, żeby faceci umierali dla ciebie? - pytam zdumiony.


- Skąd?! Wolałabym żeby dla mnie żyli – prostujesz moje myślenie.


Tyson doskakuje do Maradony, ale noga zaplątuje mu się w szlauch i zamiast znokautować, zwala się tylko na grubasa. Obaj lądują w basenie. Dwie stare, zużyte pokraki, które strawiły życie dla uciechy innych, teraz w lazurowej wodzie. Natychmiast pojawia się Renia Kowalczyk z Plichtowa i rzuca im ratunkowe kółko.


Rozlega się ryk lwa, bardzo naturalnie i z bardzo bliska, więc oni za nic nie chcą wyjść z wody.


- Nie ma się czego bać, to tylko Kali podpuszcza lwa przez głośniki – uspokajam, ale oni trzymją się środka basenu kurczowo zacumowani do kółka Reni.


Do opuszczonego stolika zlatują papużki i wyjadają z misy orzeszki oraz suszone bakalie. Renia odpędzą je packą na muchy. Po chwili ptaki wracają i Renia znów je odpędza. Sytuacja stabilizuje się: papużki przylatują i odlatują, Renia macha packą z przerwami, Diego i Mike niezmiennie tkwią na środku basenu zacumowani do kółka. Nuda.


- Chodźmy sprawdzić, co będziemy robić w jakimś ciekawszym miejscu – proponujesz.


Mijamy polankę, na której Krystyna Pawłowicz trzepie głową do rapowej wersji Let"s Dance Bowiego, przy niej trzepie Marszałek Terlecki, ale on do Maanamu trzepie. Każde ma na głowie swoje słuchawki, więc każde może trzepać po swojemu. Łączy ich mocna wiara granicząca z przekonaniem, że nikt tego nie zobczy, bo po to tutaj najpewniej przyjechali, więc my nie chcemy ich widzieć, żeby nie psuć im chwili bycia sobą; drobimy dalej cichym truchtem.


Dalej też nie ma Tadeusza. Jest preria u stóp Gór Skalistych, i jest Winnetou. Stoi oparty o skałę, obgryza paznokcie, jest nieogolony. Słynną strzelbę nabijaną złotem odstawił pod krzak opuncji. Na nasz widok mobilizuje się, wyszarpuje tomahawk zza pasa oraz zardzewiały nóż.


- Zdąć wam skalpy z głów, blade twarze?! - oferuje indiańską usługę tonem oprawcy pewnego swych racji.

- Chyba dawno nikt pana nie spoliczkował, panie Winnetou – stwierdzasz i popychasz mnie przed siebie.


- I co teraz? - pytam.

- Tylko żartowałem – Winnetou mięknie. - Żarty muszą być, mam to w umowie o dzieło.


- Zaraz, zaraz... pan tu się nie oczyszcza z balastu złogów rzeczywistości jak przystało na gwiazdę umęczoną sławą, tylko wynajmuje się za pieniądze dla atrakcji, jak reklamowy banan?

- W sumie robota jak każda, idzie wytrzymać, a tam, za szybą, wiadomo... dobry Indianin, to martwy Indianin. Po co mam się pchać tam, gdzie mnie nie lubią, skoro wszyscy pchają się tu, żeby mnie polubić? I jeszcze dają napiwki... - Winnetou zawiesza wrok na mnie


- Dać panu pięć złotych?...

- Wolałbym dziesięć – zwierza się Apacz.


- Dam piątkę, za to w gotówce – daję monetę Winnetou.

- Jak w gotówce, to nawet może i być – bierze piątkę, nagryza, sprawdzając czy nie fałszywa i chowa do woreczka z lekami. - Nie idźcie tą drogą, bo prowadzi do muru chińskiego, a tam trzymają smoka z Komodo. Teraz śpi, a gdy go obudzicie, to nic go nie zatrzyma, bo ma mózg jaszczurki, nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, żadne pięć złotych. Skręćcie tu, w prawo, to obejdziecie głupie bydlę.


Rozlega się ryk lwa. Raz za razem. Właściwie lew wrzeszczy bez przerwy. Winnetou wsuwa do uszu zatyczki. My nie mamy zatyczek. W końcu ryk milknie.


- Albo Kali się znów upił, albo mu się taśma zacięła – Winnetou wyjmuje ztyczki, patrzy na nas badawczo. - Daliście mu coś?

- Tylko paciorki dla Mei – informujesz.


- Więc znowu taśma. Dawno powinni wymienić mu tego grata na jakiegoś sidika albo cyfrówkę, jak pragnę deszczu, no!

- Spotkamy Tadeusza, to mu to zasugerujemy – obiecujesz.


Skręcamy w prawo, żeby wodzowi Apaczów nie było przykro, a potem idziemy w obojętnym kierunku, jednak za głosem fortepianu, tam, skąd zaczyna narastać. Trudno jeszcze rozstrzygnąć czy w klawisze stuka dziecko, czy naciska je ręka mistrza o wyrafinowanej wyobraźni. Zaraz wszystko się wyjaśni. Z preri skręcamy we francuską alejkę, dorożkarz oferuje podwiezienie, zbyt nachalnie, żebyś zechciała skorzystać. Daję mu na odczepnego pięć złotych, on spogląda na mnie wzrokiem pod tytułem: I co ja se mam kupić za te pięć złotych? Dochodzimy do fontanny w paryskim stylu, przy której ustawiono biały fortepian. Gertruda Stein improwizuje na nim – tak jak ma w zwyczaju – wyłącznie po białych. Ubrane na biało: Lady Gaga oraz Beyonse, słuchają rozanielone, pociągają białe winko, kręcą rytmicznie dupkami i odważnie podśpiewują refreny. Gertruda Stein sprawia wrażenie zachwyconej, że może akompaniować takim fajnym, młodym panienkom ślicznym i obcować z młodymi, a one czują się wyróżnione mogąc podśpiewywać do akompaniamentu takiej zabytkowej intelektualistki. Przyjemnie jest patrzeć na wszysztkie te panie, które schowały się do oranżeri przed wścibskim okiem świata i wyglądają teraz na bardzo zadowolone, świadcząc sobie wzajemnie usługi leczące prywatne deficyty; naprawdę odprężający widok.


Anielski nastrój psuje wtargnięcie Madonny Do Robienia Pieniędzy – wchodzi w podartym podkoszulku i dżinsach z agrafkami wbitymi w szelki. Lady Gaga i Beyonse w białych wdziankach do loży, są zdegustowane, nie potrafią ukryć zazdrości o to, że Madonna też chce pokręcić dupką do akompaniamentu Gertrudy Stein, a Gertruda wyraźnie nie ma nic przeciwko, bo nieprzerwanie improwizuje po białych. Padają ostre słowa, rękoczyny wiszą w powietrzu. Na szczęście pojawia się Alicja B. Toklas i propponuje wszystkim filiżankę herbaty i po bułeczce, za dramo. To rozładowuje emocje. My też dostajemy herbatę i bułeczki. Zwabiona wonią chrupiącego pieczywa zjawia się jeszcze – nie wiadomo skąd – Marry Pickford. W ten sposób wszyscy zjadamy po bułeczce. Alicja nie je z nami; zgodnie z protokołem zje później sama, to co zostanie. Nie narzeka jednak, bo dzięki odgrywaniu służebnej roli jest przecież najsłynniejszą Alicją świata, słynniejszą nawet od Alicji z krainy czarów, ta Alicja B. Toklas. Przynajmniej w pewnych kręgach.


Podjedliśmy, popiliśmy, pożartowalismy z paniami, a do resztek zleciały się papużki, które Alicja B. Toklas odpędziła packą na muchy. Wszystkie znakomitości bardzo chciały dać nam swój autograf, bo byliśmy jedyną publicznością, ale nie mieliśmy na czym go wziąć, więc musieliśmy pozostawić panie niespełnione.


I to już by mógł być koniec tej historii, bo choć idziemy dalej, a potem jeszcze dalej, to nigdzie nie spotykamy Tadeusza. Spotykamy tylko Cruellę de Mon gawędzącą z Ireną Dziedzic na środku tropikalnego bajora. Cruella i Irena siedzą sobie na wielkim talerzu wiktorii królewskiej, czyli amazońskiej lilii wodnej, a ich stopy zanurzone w wodzie organicznej pracowicie obgryzają stada kolorowo egzotycznych rybek. Damy opędzają się od natrętnych papużek packami na muchy i zabijają czas narzekaniem.


- Coraz więcej rodzi się tych młodych i nic na to nie można poradzić, kochana – utyskuje Irena. - Naprawdę. I to jest taka prawda, że naprawdę, mówię ci...

- I każdy udaje każdego, a wszystko udaje wszystko – mówi po chwili Cruella. - Dzisiaj, żeby być kimś, to trzeba być nikim.


- Skąd ty bierzesz te swoje mądrości? - Irena najwyraźniej rozpoczyna wywiad z Cruellą, bo inaczej rozmawiać już nie umie.

- Cóż, znałam wielu, a w tym takiego jednego, że mówię ci...


- I?...

- Wytworzyliśmy razem wiele pięknych wspomnień, naprawdę każdemu życzę. O, na początku cudnie się z nim wytwarzało wspomnienia.


- I?...

- Musiał być ze mną żonaty, i to długo, żeby okazać się potworem.


- Zdradzał...

- Żartujesz, która by wytrzymała porównanie z Cruellą de Mon?


- Więc co?

- Zdziadział, po prostu zdziadział, nie potrafił o mnie zadbać, zapewnić komfortu luksusu. Zawsze dostrzegał okazję wtedy, kiedy go już ominęła. Doszło do tego, że nawet musiałam zagrać w filmie z psami, wyobrażasz sobie – dla dzieci!!!


- Oni wszyscy w końcu okazują się tacy beznadziejni...

- A żebyś wiedziała, kochana.


- Przepraszam... - wtrącam się – głównie po to, żeby wiedziały, że są przez na słyszane, bo przecież nieładnie podsłuchiwać – nie widziały panie gdzieś Tadeusza?


Irena Dziedzic przygląda mi się czujnie, jakby porównywała z listem gończym, a Cruella przemawia tak, żebym od razu poczuł się winny:

- Gdybyś zapytał mnie o Batmana, to może jeszcze bym miała ci coś do powiedzenia; dlaczego właściwie nie pytasz o Batmana, tylko zadajesz pytanie, na które ja nie znam odpowiedzi?


- Mówiłam ci, rodzi się teraz tyle tych młodych, że nic nie można na to poradzić, sama widzisz jak trudno być dzisiaj kobietą – przypomina Irena Dziedzic.

- Prawda, mówiłaś – potwierdza Cruella i panie powracają do rozmowy, jakby nas tu w ogóle nie było.


- A nie wie pani gdzie jest teraz Batman? - dajesz do zrozumienia, że jednak wciąż tu jesteśmy.

- Nie mam pojęcia! - Cruella łaskawie rzuca jeszcze na nas spojrzenie osoby przekonanej, że inni istnieją na tym świecie wyłącznie po to, żeby podać jej kostkę lodu do łyski.


- A myślałam, że kto jak kto, ale pani będzie wiedziała chociaż tyle – mówisz tonem, w którym wyczuwam żal, że nie ma tu drzwi, którymi można trzasnąć. - Szkoda.


Odchodzimy, czyli ruszamy dalej, ale zdaję sobie sprawę, że wracamy, choć inną drogą. I na tej drodze widzimy Bono. Spaceruje nieśpiesznie, a nad jego głową kołują papużki. Ma ciemne okulary, żeby nic nie wiedzieć, i słuchawki na uszach, żeby nie słyszeć niczego. Nie wącha kwiatków, których nie widzi, ale nas, owszem, dostrzega. A kiedy nas zauważa, próbuje szybko skręcić w jakąś boczną dróżkę, niestety nie ma akurat żadnej, więc udaje, że nas nie widzi, bo takie ważne myśli mu się teraz w głowie myślą, że pochłaniają go całkowicie.


- Dzień dobry, panie Bono – pozdrawiasz go uśmiechem przechowywanym specjalnie na wyjątkowe okazje.

- Słucham?!... - Bono zrywa słuchawki z głowy i staje w pozie człowieka zaskoczonego, wyrwanego z najgłębszych głębi, do których dostęp mają jedynie wybrańcy.


- Dzien dobry – powtarzasz. - Czy mógłby pan uczynić mi tę grzeczność i coś zaśpiewać specjalnie dla mnie?

- Proszę pani... – Bono robi teatralną pauzę, zdejmuje okulary dla podkreślenia wagi tego, co powie, spogląda na ciebie, potem w górę, i znów na ciebie – do śpiewania, to ja muszę mieć kontrakt, i to bardzo duży kontrakt, inaczej nie potrafię już zaśpiewać – zakłada z powrotem okulary. Odchodzi, a z nim aureola żółtych papużek nad głową, może kanarków.


- Chcę już pojechać do domu – mówisz. - Obejrzeć Pszółkę Maję na dużym ekranie, zrobić makaron na cieplo z bolońskiem, albo zamówić niezdrową pizzę i zapalić w oczekiwaniu na dostawę.

- Naprawdę?


- Albo schabowego. O! Ty wytłuczesz, a ja usmażę, a potem kawa i słodzkie, co?


Rozlega się dzwonek mojego telefonu: Tadeusz.


- Nie ma mnie – informuje jego głosem kawałek plastiku przyłożony do ucha.

- A gdzie jesteś?
- Nie wiem, bo mnie nie ma.


- Chcę do domu – to twój głos.

- Muszę kończyć – zamykam telefon.


- Nudzi mi się. Tu się nic nie dzieje.

- Bo tu się nic nie ma dziać. W tej oczyszczalni pod szkłem wszyscy się oczyszczają, to może spróbujmy też. Wolisz to, co się dzieje poza tym akwarium?


- Wolę do domu. Obejrzymy pszczółkę Maję, zrobię kopytka, może schabowe....

- Zostańmy jeszcze, zajdźmy pod piramidy, albo może do Australii z kangurami, kto wie jacy znani tam się oczyszczają – kuszę.


Nie odpowiadasz od razu, idziemy w milczeniu, wiem że masz rację. Wkraczamy w dziwaczną scenerię, chyba filmową, widzimy Batmana i Spajdermena. Superbohaterzy wymieniają się ciuszkami, więc nie podchodzimy, nie przeszkadzamy. Chcąc nie chcąc łapiemy strzępy wypowiadanych zdań: jaka ładna pelerynka... a twoja maseczka, oj!... te rękawiczki akasamitne takie... leginsy, że pomarzyć... ten kombinezon z czarnej skóry fajny bardzo, mogę dotknąć?...


Parę kroków i Australia. Jest rudy kopiec Kościuszki, ale nie ma kangurów. Może dlatego, że są płochliwe, a po sąsiedzku mają miniaturę amerykańskiego city, po którym przechadza się albinos w marynarce, w taki sposób, że od razu czuje się, że zależy mu by wyglądać na takiego, którego boją się wszyscy, a on nie boi się nikogo, takiego, co może ludziom wszystko, a oni nie mogą mu nic, i w ogóle udaje mu się więcej niż innym, a okazje czekają na niego za każdym rogiem ulicy, jak na zbawiciela.


- Wracamy – decydujesz ze spokojem, z gatunku tych niepodlegających dyskusji, charakteryzujących człowieka pewnego swoich racji.


Wracamy.

 

Wracamy do domu. Robotnicy zakończyli już remont ulicy: posadzili jedno małe drzewko w miejsce czterech wiekowych olbrzymów, jakie wykarczowali z korzeniami. Nie uszkodzili kanalizacji ani rur wodociągowych – jest woda, w dodatku ciepła, w sam raz na oczyszczającą kąpiel.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

You Tube komentarzy: 0

Ładna grafika

Dorota Masłowska komentarzy: 0

W podróży, przystanek Święto Niepodległości (fragment)

Do Warszawy wracam późno, ulice wciąż nabuzowane są niedawną celebracją niepodległości; na dworzec przyjeżdża po mnie mój chłopak, by pomóc mi uniknąć niepotrzebnych znajomości. Potencjał tych ostatnich jest duży: w okolicach Centralnego trwa swoisty karnawał, hordy już bardzo nacelebrowanych, ale ciągle niesytych młodych mężczyzn aktywnie szukają tam okazji do dalszej celebracji. Tak właśnie stojąc na przystanku, stajemy się świadkami spektakularnej bójki dwóch nawalonych typów z gościnnym udziałem równie nawalonej kobiety, która z kaskaderską brawurą z rozbiegu rzuca się to na swojego partnera (Kurwa, Dominik!), zwanego dalej roboczo Dominikiem, to na jego adwersarza (Odpierdol się od niego, chuju!), zwanego dalej Chujem. Alkohol drażni ego, podsyca wyobraźnię, obniża zwrotność i celność. Figury walki stają więc się coraz bardziej fantastyczne, inspirowane jakimiś widzianymi dawno albo wcale filmami kung-fu; kopy chybione, ale pełne zawijasów, bluzgi tak zawiłe, że nieartykułowalne grzęzną w rozbitych ustach. I w pewnym momencie, gdy żylasty Dominik drobi kogucimi kroczkami w kierunku Chuja, skupiony lub usiłujący się skupić, z pięściami gotowymi do powąchania, z głową jaszczurczo zwieszoną i wysuniętą, widzę, po prostu widzę, to znaczy wiem, że nie widzę – ale NIEMALŻE widzę REPTYLIAŃSKI GRZEBIEŃ na jego karku, przysięgam. (Ciekawa też jest postawa nas, zwykłych ludzi stojących na przystanku, którzy obserwujemy to wszystko znużeni, spoglądając na telefony, wymieniając zmęczone spojrzenia, w jakiejś beznadziei czy może właśnie nadziei, że zaraz wybuchną z głośnym bum! wśród swądu siarki, zostawiając tylko nadpalone wylinki). (Wreszcie koniec; jeszcze kilka kontrolnych bluzg i szamotanin, i dziewczynie udaje się wepchnąć Repto-Dominika do przejścia podziemnego. Chuj za to wraca, jakby niepewien wyniku, licząc na opinie, recenzje, gratulacje, uwagi techniczne, wyrazy solidarności. Nie doczekawszy się ich, zaczyna aktywnie szukać rozmówcy, powiernika, u którego mógłby zdeponować swoją narrację o tym, co się stało, intuicyjnie opowieścią próbując kontynuować to, czego nie mogły skończyć zmylone etanolem pięści. I oczywiście kogo wybiera, nie muszę mówić („ale wykurwiłem mu mordo, aż mnie ręka jeszcze boli, całą pięść mam zdartą, takiego dzwona dostał, mordo")).


Całość Klick!!!