24 października 2020, sobota
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Pewnego dnia (opowiadanie) cz. 4





Czarny kot bawi się w słońcu ze swoim cieniem. Podbiega chłopczyk i naśladuje kota. Zwierzę czmycha w krzaki i zabiera ze sobą swój cień. Chłopiec staje i rozpłakuje się, bo jego cień nie chce się z nim bawić tylko stoi nieruchomo w miejscu razem z nim. Czy cień też płacze?


Ze sklepu wybiega mama chłopca, bierze go na ręce i patrzy na mnie podejrzliwie, złowrogo. Nawet nie próbuję tłumaczyć, co tu się wydarzyło.


Nie pada.

Nie pada na wierzących i na niewierzących równo, na niekochanych i na niekochających też, więc nie wzejdzie tęcza, i wiatr nie będzie musiał jej rozganiać, żeby nie kłuła w oczy.


Nie pada na grubych ani na chudych.

Żeby być grubym, to najpierw trzeba być chudym. Wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano. Grubas nadchodzący z naprzeciwka nie zamierza ustąpić mi miejsca na chodniku, idzie jakbym był niewidzialny. Stuknęła mu już czterdziestka, a wciąż ma mięciutkie ciało przekarmionego jedynaka. Schodzę mu z drogi, a on przyjmuje to jako rzecz naturalną.


Nie pada, gdy potrąca mnie jakaś Patrycja z buzią o urodzie kasjerki z francuskiego supermarketu. Omija mnie nie jak osobę, ale tak, jak omija się przepełniony kosz na śmieci: pośpiesznie, w milczeniu, z obrzydzeniem.


To miasto nie będzie należało już do mnie. Gdyby płynęła przez nie rzeka, a po niej jacht pełen najczystszego towaru, to ja nie będę miał z tym nic wspólnego.

Skończył mi się popis.


Basia pojechała do Afryki z jednym panem, żeby trochę pojeździć na słoniu.



CDN



Ilustracja: Insan Manzaralari, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Pewnego dnia (opowiadanie) cz. 5



Stoję na skraju parku. Kiedyś była tu gorzelnia, dochodowy interes, w którym z tanich kartofli robiono drogi spirytus dla połowy kraju. Przylegał do niej skup owoców i warzyw, gdzie można było sprzedać czarne porzeczki; czarne były najdroższe.

Dzisiaj, kiedy minęło 50 lat i przewaliło się kilkanaście rządów, czarne porzeczki są znowu w cenie i sprowadza się je z amerykańskich krajów, takie są ważne. Szkoda, że ojciec nie dożył tych czasów, umarł krótko po tym jak jego plantacja czarnych zbankrutowała. Była tu też baza, tak się mówiło na skup zwierząt. Któregoś dnia zobaczyłem tu rozprutego konia z flakmi wywalonymi na zewnątrz. Gruba okrężnica wydawała mi się ogromna, nie potrafiłem pojąć jak to wszystko mieści się w koniku stukającym kopytkami po bruku, który pokrywał ulicę kocimi łbami, zanim ustąpił czarnemu asfaltowi. Lubiliśmy zachodzić do bazy po zmroku, cała nasza gówniarzeria. Ujeżdżaliśmy byki i świnie zgromadzone tu na dzień przed śmiercią. Kiedyś byk przytrał mi nogę do ściany, nieomal miażdżąc, ale wytrzymałem, zeskoczyłem z niego w aureoli bohatera naszej bandy. Próbuję sobie odtworzyć w głowie to miejsce – gorzelnię i dwa skupy, ale nie pamiętam tamtego obrazu w całości. Udaje mi się odtworzyć tylko wąski kadr filmu, na którym pierwszy raz w życiu wyjmuję nóż w obronie przed stróżem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że właśnie zdobywam zawód na całe życie.


Gorąco. Patrzę jak czas nieśpiesznie wędruje w upale po suchym trawniku miejskiego parku, a tłumy tu zgromadzone pracowicie wypoczywają.


Słońce w końcu zachodzi na zachodzie, wielu już kładzie się spać, bo ma jutro na szóstą, ale Patrycja nie. Uzbrojona w młodość i buzię o urodzie modnego makijażu, Patrycja wyrusza na łowy. Czy kiedy słońce znów wzejdzie na wschodzie, będzie już do kogoś należała? Czy tylko jak zawsze, umęczona zalotami spróbuje odespać i doczłapać do wieczora, by podąć kolejną próbę.


Wracam do domu.


Żyje jak pies, ten pan. Samotny jak pies, i zdechnie jak pies – powiedzieliby ludzie, gdyby akurat nie poszli sobie stąd wszyscy w jakieś lepsze miejsce, gdzie dzieją się ciekawe historie i są powody do śmiechu, a jak nie ma to pośmieją się bez powodu, żeby więcej wesołości było na świecie, i dla zdrowia pośmieją się własnego, które złoży się na ogólny przyrost zdrowia, który sprzyja odkrywaniu nowych powodów do śmiechu.

Basia pojechała do Afryki z jednym panem, żeby trochę pojeździć na słoniu. Niestety, byłem nieciekawy, nie wyglądałem jak słoń.


Obudził się pewnego dnia i miał 60 lat -myślę biorąc z lodówki kompot z mirabelek. Widział już wszystko, co było i co będzie – gryzę kawał wołowiny obłożony kiszonym ogórkiem. Rozważam możliwość zjedzenia śledzia, ale potrzeba śledzia okazuje się tak nikła, że bez trudu udaje mi się ją zwalczyć.

Dawno strcił wszystko to, co chciał mieć... – odkładam śledzia do lodówki; śledź jest w occie, nie popsuje się, może poczekać do jutra, o ile będzie jakieś jutro, choć pewnie tak, bo zawsze było, więc co ma nie być, skoro się do niego przyzwyczaiłem - ... więc teraz może sięgnąć po wszystko, bez obawy, że straci cokolwiek z tego czego już nie ma.
Sięgam jednak po śledzia; po co czekać do jutra na to, co można mieć teraz?


Gdybym miał szczeniaka, powiedziałbym małemu pieskowi, że jutro znów będzie dzień, a on by mi uwierzył i zasnął, więc jutro musiałoby przyjść. Ale nie mam małego pieska.



Ilustracja: Insan Manzaralari, Klick!!!

Jaś Mc Gregor komentarzy: 0

Polska złota jesień

Karol Mroziński komentarzy: 0

Napisał:






Biegnę sobie ulicą. Och! jak biegnę. A ze mną pies. On też och! Biegniemy. Rzucam piłeczkę. Pies za nią biegnie. Och! Jak biegnie. Mówię mu:

- Aportuj, Fajfus.


A on mówi:

- Nie mam pojęcia, jakie mechanizmy behawioralne wykształcone na drodze ewolucji mojego gatunku każą mi aportować tę piłeczkę, ale będę ją aportował jak pojebany w przedni płat mózgowy.
I leci za piłeczką. I aportuje jak pojebany w przedni płat mózgowy.


A zza rogu wyjeżdża samochód. Zatrzymuje się koło mnie, otwierają się drzwi. Za kierownicą siedzi mój znajomy, poeta Andrzej Rojidowicz.
- Wsiadaj - mówi do mnie.
- OK - odpowiadam.
- A ja? - pyta mój pies, Fajfus Fajfusowicz.
- Ty też wsiadaj - mówi And.
- O Jezu, Jezu - cieszy się pies. - Szybko, szybko! Wskakuję do samochodu, będę jechał, będę jechał samochodem. Ależ tu zaraz pojadę.


Jedziemy. Szybko jedziemy. Coraz szybciej. Pytam Anda, czemu jedziemy tak szybko.
- Musimy się rozpędzić do określonej prędkości, żeby cofnąć się w czasie - odpowiada.
- Żeby co zrobić?
- Tak jest! - cieszy się mój pies. - Cofamy się, cofamy w czasie. Ależ zaraz się cofniemy, cofniemy się w czasie jak pojebani jacyś. Tak, tak, tak!
- A po co chcesz się cofnąć w czasie? - pytam Anda.
- Żeby zabić Hitlera.
- O, kurwa - cieszy się mój pies. - Zabijemy Hitlera. Ależ go zabijemy. Zajebiemy chuja. Tak, tak, tak!


And rozpędza samochód jeszcze bardziej. Przed szybą zaczyna coś błyskać, jakieś światła świecą, jakieś błyskawice trzaskają. Zatrzymujemy się. Przed maską samochodu stoi koń. Stoi i gapi się na nas.
- Gdzie my jesteśmy? - pytam Anda.
- W Wiedniu, w roku 1908.
- Och żesz Chryste, Jezusie Przenajukrzyżowańszy - cieszy się mój pies. - Jesteśmy w Wiedniu, chłopaki. W pierdolonym Wiedniu jesteśmy!
- Możesz się już zamknąć? - mówię do psa.
- Oj, dobra - odpowiada. I pluje przez okno.


Wysiadamy z samochodu. Idziemy na rynek. And wskazuje mi jakiegoś młodego mężczyznę, który siedzi przy sztalugach i maluje upasionego wąsacza w meloniku. A na kolanach wąsacza siedzi brodaty karzeł i gryzie białą kiełbasę.
- To Hitler - mówi And.
- Który? - pytam.
- Ten malarz.
- OK.

Podchodzimy do Hitlera. And wyjmuje rewolwer i strzela.
- To za Baczyńskiego - mówi And. I strzela jeszcze raz. - A to za Gajcego.
- Scheiße - mówi Hitler. I pada na bruk. - Nun ist die Kacke am Dampfen. Scheiss drauf, ich hol' die Bullen. Das pisst mich an! Du gehst mir voll auf den Sack!
- Dobra, wracamy - mówi And. I kłania się upasionemu wąsaczowi i karłowi.


- Psiakrew, kurde bela, Wilhelmie - mówi upasiony wąsacz do karła. - Ja rozumiem, że chujowy był z niego malarz, ale żeby od razu coś takiego.
- Ja także nic z tego nie rozumiem - odpowiada karzeł. - Ale zajebiście dobra ta kiełbasa.
- No dobra, rzeczywiście. Udała się w tym roku.
- Tak jak i ogórki.
- Ogórki i konfitury.
- A smalec? Smalec się udał?
- Smalec niestety nie.
- A to pech.

Klick!!!

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

 

Opowiadaniwe bez morału

 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu
się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek.

Człowiek prawie zawsze ustępował i w ten sposób

udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców

ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki,

reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe

okoliczności.

 

Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił

o audiencję u tyranika rządzącego krajem, podobnego

wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu

generałów, sekretarzy i filiżaneczek czarnej kawy.

— Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa —

powiedział człowiek. — To bardzo ważne, bo na poczekaniu

nie przyjdą panu na myśl, a przecież wypada powiedzieć

je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie

nabrały historycznego znaczenia.

— Przetłumacz, co powiedział — rozkazał tyranik swemu

tłumaczowi.

— Mówi po argentyńsku, ekscelencjo.

— Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem?

— Wasza Wysokość doskonale zrozumiał — powiedział

człowiek. — Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu

pańskie ostatnie słowa.

 

Ciąg dalszy, Klick!!!

Gertruda Stein (1874 - 1946) komentarzy: 0

Fotoreportaż

 




Gertuda Stein sportretowana przez Picassa, 1906r, obecnie w Metropolitan Museum of Art, NYC,
Klick!!!

 

 

 




Polubiłam fotografów, jeden z nich przyszedł do mnie

i powiedział że kazano mu zrobić kilka moich zdjęć do

fotoreportażu. Fotoreportaż zdziwiłam się a co to jest,

fotoreportaż odparł to jakie cztery albo pięć zdjęć ukazujących

człowieka w akcji. A co by pan chciał

żebym robiła. No cóż zaproponował, tam leży pani walizeczka

lotnicza może by ją pani zaczęła rozpakowywać,

och odparłam ta robota należy do panny Toklas ja tego

nie potrafię, no więc powiedział tam jest telefon może by

pani do kogoś zatelefonowała, dobrze odparłam ale widzi

pan ja nigdy nie telefonuję, to też zawsze robi panna

Toklas, no to co pani proponuje zapytał, no cóż odparłam

mogłabym zdejmować albo nakładać kapelusz, albo

nakładać albo zdejmować płaszcz, lubię wodę więc mogę
wypić szklankę wody, świetnie zgodził się niech pani to

robi i podczas gdy to robiłam on mnie fotografował a nazajutrz

zobaczyłam w gazecie fotoreportaż o sobie.

Gertruda Stein „Autobiografia Każdego z nas”, tłumaczyła Mira Michałowska, Czytelnik, Warszawa 1980, strona 262 (napisane około 1936 roku)



O improwizowaniu po białych


Następnie pojechałyśmy do Cleveland i to też było

przyjemne, Cleveland było pierwszym amerykańskim

miastem które było bardzo brudne powiedziano nam

dlaczego ale już nie pamiętam, pamiętam tylko że ulice

były brudne. Nie zamieszkałyśmy w samym mieście powiedziano

nam że będzie nam lepiej w podmiejskim hotelu,wszyscy byli
sympatyczni w każdym razie jednej

osobie która powiedziała nam że marzy o jakiejś rozrywce
poradziłam żeby improwizowała na fortepianie
bo ja to bardzo lubię. Zapytała mnie jak to robię więc

wyjaśniłam jej że trzeba grać jednocześnie obiema rękami
wyłącznie na białych klawiszach, czarne klawisze

brzmią zbyt harmonijnie poza tym nie wolno brać akordów

bo akordy są zbyt nastrojowe należy więc grać wyłącznie
na białych klawiszach obiema rękami naraz przy

tym zupełnie obojętne jest co która ręka robi ale należy

stale patrzeć na klawiaturę, zobaczy pani to bardzo mila

rozrywka. Powiedziała że spróbuje, każdy to potrafi

chociaż może nie wszyscy, mnie to bardzo bawi.

A potem wsiadłyśmy do samolotu i poleciałyśmy do

Waszyngtonu to znaczy do Baltimore.(str 274 - 275)

 

 

 

Piotr Parda komentarzy: 0

1. września: wymazywacz

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Książka,


Książka, którą napisałem, żeby mieć na narkotyki i dziwki
, Marek Raczkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, cena 39 zł



Magda Żakowska pyta, Raczkowski odpowiada

fragmencik - str 163:


(…)
A ja myślę, że jeśli mężczyzna pójdzie

raz na jakiś czas na mecz, to potem jest

zdrowszy.

- Ja również. Ale znajdź mi mężczyznę,

który chodzi na mecze i jednocześnie mógłby

być moim przyjacielem. Ja takiego nie widzę.

I doświadczenie podpowiada mi, że od takiego

mężczyzny - przy ogromnej nawet bliskości,

jaką byłbym w stanie z nim osiągnąć - usłyszę

po pewnym czasie rzewną historię o tym,

jak bardzo podle są kobiety i jak źle go traktują,

a na starość skończymy, grając razem w totolotka.

Dziękuję bardzo za takie zdrowie.


To jest chyba stereotyp. Tomasz Lis chodzi

na mecze. I Jerzy Pilch!

- Ale Jerzy Urban nie chodzi na mecze.

Mój przyjaciel od taksówkarza - nigdy w życiu

na meczu nie był. Ja nigdy nie byłem na meczu.

Czy twoim zdaniem Witold Gombrowicz

chodziłby na mecze i podniecał się futbolem?

A może Witkacy? A Żeromski?


Albo Schulz?

- Właśnie! Schulz! On by najwyżej oglą -

dał tenis kobiet. Albo ping-ponga! Wyobraźmy

sobie trzech panów: Schulza, Witkacego i Gombrowicza

w Krakowie, jak idą razem na mecz.

Najebany kompletnie Schulz krzyczy: ,,Wisła

chuje!", a Witkacy z Gombrowiczem idą za

nim pochłonięci rozmową, bo omawiają bramki.

(…)





fragmencik - str 170


- Ile razy coś zgubiłem i pytałem ją (babcię Marka ) czy

tego nie widziała gdzieś może, odpowiadała:

,,Tak! Żydzi nieśli na kiju!". Często zresztą słowo

,,Żyd" pojawiało się u niej w negatywnym kontekście,

ale żartem. To był taki niewinny przedholocaustowy

antysemityzm. Dzisiaj na miejscu

Żyda pojawiłby się pewnie u niej Rumun

albo Arab. Zauważyłaś, ze Arab stał się takim

współczesnym Żydem? Znowu mainstreamowe

media próbują nas wszystkich przygotować na

to, że jest grupa - Arabowie - potężnie szkodliwa,

którą w końcu będziemy musieli zajebać.

 

Jeszcze o książce, którą polecamy - Klick!!!

Sławomir Mrożek (1930 – 2013) komentarzy: 0

Rozmowy chłopów

wyjęte z „Indyka"
sztuki Sławomira Mrożka z 1960 roku

Foto od HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER  Klick!!!

 

Pierwsza rozmowa chłopów

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś

mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała

do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie".

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest

dobrze, krowo?" A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie

jest dobrze" — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę

poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi,

a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie,

aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co...

CHŁOP I Jjiii tam...

CHŁOP III E, mówicie...

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)



Druga rozmowa chłopów

CHŁOP I Zaś u Macieja zaskroniec wpadł do barszczu.

CHŁOP II I co?
CHŁOP I Ano nic. Maciej odłożył łyżkę i powiada: ,,Nie będę jadł".

CHŁOP III I nie jadł?

CHŁOP I Ano nie.

CHŁOP II Dobrze powiedział

(chwila milczenia)

CHŁOP III Może by zaorać co...

CHŁOP I A co?

CHŁOP III Ano, czy ja wiem... Choćby i pole...

CHŁOP I liii...

CHŁOP III Albo co...

CHŁOP II Eeeee...

(podnoszą dzbany)




Trzecia rozmowa chłopów

CHŁOP I Zasię jeden był silny okrutnie.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, zadziwił ci się on raz, aż się za głowę złapał...

CHŁOP III To i co, że się złapał za głowę? Nie dziwota.

CHŁOP I Poczekajcie krzynę. Złapał ci się on, a jako że

silny był okrutnie, głowa mu w rękach została.

CHŁOP II Musi w szyi był słaby.

CHŁOP I W szyi był słaby, ale za to w rękach silny.

CHŁOP III Silnym też nie jest dobrze.

CHłOP II Może by coś skosić?

(pauza)

CHŁOP I A co, na ten przykład?

CHŁOP II Ano, co z brzega. Może być i trawa.

CHŁOP III Eeee...

CHŁOP II Albo co insze...

CHŁOP I Aaaale...

CHŁOP II Ja ino tak...

(podnosą dzbany)




Czwarta rozmowa chłopów

CHŁOP III Idę ci ja raz, patrzę, a tu siedzi baba na

cmentarzu.

CHŁOP I E, nie mówilibyście.

CHŁOP III Kiedy prawdę mówię. Ale to jeszcze nic.

CHŁOP II A co ta baba?

CHŁOP III Ano, trzyma nogi w kałamarzu.

CHŁOP I lii... I co?

CHŁOP III Ano, zwyczajnie. Przyszedł duch.

CHŁOP II Duch?

CHŁOP III Duch.

CHŁOP I I co ten duch?

CHŁOP III Babę w brzuch...

CHŁOP II Ooo!

CHŁOP I A baba co?

CHŁOP III Baba w krzyk.

CHŁOP II Jak to baba.

CHŁOP I A duch?

CHŁOP III A duch znikł.

(pauza)

CHŁOP I Może by wyhodować co?

CHŁOP III A co, jakby już?

CHŁOP I Co podleci. Choćby i świnię.

CHŁOP II Eee, też mówicie...

CHŁOP I No to co insze. Może być i świnia futerkowa...

CHŁOP III Yyyy...

CHŁOP I Albo co...

CHŁOP II Eeee...

(podnoszą dzbany)




Piąta rozmowa chłopów

CHŁOP I Zasię u mnie indyk się ożenił z kurą.

CHŁOP II Ale?

CHŁOP III Jakże to?

CHŁOP I Ano, zwyczajnie. Na początku to nawet nie

chciał, jeno gulgotał. Alem go wziął na bok i przetłumaczył.

CHŁOP II I chciał?

CHŁOP I Coby miał nie chcieć? Ino pilnować go trzeba.

Jak ino go nie doglądam, to się tarza w pokrzywach

i nic nie robi.

CHŁOP II A kura?

CHŁOP I Kura jak kura. Jajko zniosła.

CHŁOP III Z indykiem?

CHŁOP I A coby nie z indykiem? Przecie mówię, żem mu

przetłumaczył.

CHŁOP III E, powiadacie!

CHŁOP I A coby miał nie powiadać? Cała bieda tylko

w tym, że nie jest ci ono okrągłe. (wyjmuje zza pazuchy

biały stożek i kładzie na stole)

CHŁOP II (oglądając) W samej rzeczy, spiczaste jakieś...

CHŁOP III A wyjdzie z niego co?

CHŁOP I A coby nie miało wyjść? Wyjdzie.

CHŁOP II A co?

CHŁOP I A kto to może wiedzieć? Poczekać trza.

CHŁOP III No, to poczekamy.

CHŁOP II Ano, poczekamy.

CHŁOP I No, to czekajmy...

(podnoszą dzbany)


Indyk
Sławomir Mrożek
za „Utwory sceniczne Sławomir Mrożek”
Wydawnictwo Literackie Kraków 1963
Foto za HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER