14 sierpnia 2018, wtorek

Magdalena Haromszeki

A-Z (opowiadanie, premiera!)




Zapisałam każde jej słowo. Potem przyszedł Maciek i zapalił w piecu. Od kilku dni było bardzo zimno. Na oknach mróz wymalował kwiaty, dzięki czemu nie musiałam co rano oglądać brudu na podwórku. Nie wiem, gdzie śnieg jest biało niebieski i pięknie odbija się w świetle księżyca. Śnieg, który znam, jest mocno przyozdobiony w żółte esyfloresy i szaro-czarny od węgla. Ale za to w zimie jest cicho. To czas domowych libacji. Życie w naszej kamienicy płynie powoli i monotonnie, zmieniając się nieznacznie w zależności od pory roku. Kiedy do budynku naprzeciwko wprowadziła się A., moje życie stopniowo zaczęło się zmieniać. Rutyna zamieniła się w rytuały — kładłam się spać dużo później i nie wstawałam już tak wcześnie, jak kiedyś. Od 5 lat nie wychodziłam z domu. Po ulicy mogłabym się wprawdzie poruszać na wózku, ale w naszej kamienicy nie ma windy, a mieszkamy na czwartym piętrze. Początkowo nie mogłam zrozumieć jak ktoś taki jak ona, może przesiadywać w domu. Młoda, zdrowa kobieta. Do tego piękna. Dzięki temu, że mieszkała dwa piętra niżej w domu po drugiej stronie podwórza i bardzo rzadko zasłaniała okna, mogłam po prostu ją podglądać. Z czasem nauczyłam się też rozpoznawać jej nastroje. Szyby jej okien mieniły się zimnych błękitem ekranu komputera. Zawsze tak samo ścieliła łóżko, układała poduszkę i odkładała pusty kubek na parapet. Dzień w dzień te same, podobne ruchy, automatyczne, jakby silniejsze od niej. Potem, tuż przed spaniem, zawsze niezależnie od pogody, otwierała okno i spoglądała w lewo i w prawo. Codziennie tak samo. Dopiero potem zrozumiałam, że to nie było bezcelowe, że był w tym ukryty sens — jej rzeczywistość.


W noc sylwestrową, podobnie jak rok temu A. była w domu. Szyby jej pokoju jak zwykle były sino niebieskie, a ona siedziała na łóżku z telefonem w ręku i płakała.


Maćka nie było w domu już od kilku godzin. Poszedł z kolegami nad rzekę zobaczyć sztuczne ognie. Był moim młodszym bratem i jedyną rodziną.


Chwile po północy usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Nie mógł to być Maciek, było za wcześnie. Przestraszyłam się, że coś mu się stało. W drzwiach stało dwóch pijanych sąsiadów z piętra niżej. Jeden z nich powiedział, że założył się z chłopakami, że napije się z kulawą i zatańczy. Weszli, zanim zdążyłam zamknąć drzwi. Poczułam mocny zapach alkoholu i potu, jeden z nich popchnął mnie i wózek wjechał w stolik, na którym stała choinka. Zaczęli śmiać się głośno i śpiewać. Po chwili wywiązała się między nimi szarpanina. Byłam przerażona. Kiedy jeden z nich podszedł do mnie i chwycił mnie za włosy, zaczęłam krzyczeć. Nagle do mieszkania wbiegła A. razem ze swoim ojcem. Pierwszy raz przyjrzałam jej się z bliska. Miała szaroniebieskie oczy. Od razu pomyślałam sobie, że taki sam kolor mają szyby jej pokoju. Nawet chciałam jej to powiedzieć, ale się powstrzymałam. Mężczyzna wyprowadził intruzów — prosiłam go, żeby nie dzwonił po policję. Bałam się, że będą się potem mścić.


A. została ze mną do powrotu Maćka. Zaparzyła herbatę, usiadła przy stole w kuchni i zapytała nagle, czy nie napiłabym się z nią szampana. Uśmiechnęła się przy tym, ale oczy miała smutne. Po chwili wróciła z butelką i wielkim kapeluszem, jaki można zobaczyć w teatrze telewizji. Siedziałyśmy tak ponad dwie godziny. W międzyczasie uczesała mnie w dobieranego i pozbierała potłuczone bombki. Wydawało mi się dziwne, że ktoś taki jak ona spędza Sylwestra w domu. Kiedy zapytałam ją o to, trochę się zmieszała. Powiedziała mi, że jest ktoś, bez kogo nie chce się bawić, kto mieszka daleko i nie mogą się teraz zobaczyć.


Po tej długiej nocy spałam do południa. Po przebudzeniu leżałam, jeszcze przypominając sobie wszystko. W wyobraźni starałam się odtworzyć jej twarz, ruchy, uśmiech. Będąc u mnie, często spoglądała na telefon, ale nie tak, jakby chciała już wyjść. Wyraźnie czekała na wiadomość.


Ten Sylwester wszystko zmienił. A. machała do mnie ze swojego okna, często przychodziła na herbatę i opowiadała mi o swoich podróżach i spotkaniach z nim, z Z. Miewała zmienne humory, czasami była podekscytowana, czasami nieobecna. Bywało, że wyjeżdżała na kilka dni lub tygodni. Na lotnisko lub dworzec zawsze odwoził ją ojciec. Czasami z dnia na dzień. Były też tygodnie, kiedy w ogóle nie wychodziła z domu. A. miała obsesje na punkcie wysyłania Z. małych paczuszek, zawierających kartki, ozdoby choinkowe, figurki, zdjęcia, słodycze. Idąc na pocztę, machała do mnie kopertą i uśmiechała się rozpromieniona. Kiedy przyszła wiosna, pewnego dnia po prostu kazała mi się ładnie ubrać, uczesała mnie, umalowała i oznajmiła, że jedziemy na spacer. Początkowo nie chciałam nawet o tym słyszeć. Nie należę do najchudszych i żeby mnie znieść, trzeba by kogoś poprosić. A. powiedziała, że ma dla mnie niespodziankę i przewróciła oczami. Za chwilę do mieszkania weszło dwóch mężczyzn, tych samych, którzy złożyli mi wizytę w Sylwestra. Tym razem byli ogoleni i mocno zmieszani. Na podwórku A. założyła mi na głowę ogromny kapelusz, który widziałam już wcześniej. Powiedziała, że jedziemy na działki. Na kolana położyła mi worek suchej kociej karmy i pojechałyśmy tak drogą wzdłuż torów. Tam opowiedziała mi, że poznała Z. na moście w Pradze i kapelusz jest prezentem od niego. Dzień był słoneczny, piłyśmy truskawkowe wino, gęste jak syrop, jadłyśmy ciastka i karmiłyśmy działkowe koty. A. opowiadała mi o wąskich uliczkach miast na południu Europy, szeptach i płaczu zasłyszanym w autobusach podczas wielogodzinnych podróży, o tym, jak całuje człowiek, który kocha naprawdę i historię kobiety, która co tydzień nagrywa się na video i wysyła kasety dzieciom do Polski, żeby nie zapomniały, jak wygląda. W tych opowieściach było tyle życia, że poczułam nagle, że moje jest nic nie warte, bo nie ma w nim już nawet cierpienia. A. była zakochana do szaleństwa. Powiedziała mi, że czasami idąc ulicą, udaje, że trzyma go za rękę.


W kwietniu nie widywałam jej zbyt często. Przygotowywała się do wyjazdu na wymianę studencką. Zdziwiło mnie, że nawet się ze mną nie pożegnała.


Potem zdarzyło się coś, w co nie mogłam uwierzyć. A. wiernie wysyłając upominki Z., tym razem kupiła coś wartościowego nie tylko emocjonalnie. Przesyłkę trzeba było nadać listem poleconym. Po kilku tygodniach listonosz przyniósł tę samą paczkę oznakowaną stemplem „adresat nieznany". A .była wtedy u mnie i farbowała mi włosy. Zobaczyła przez okno listonosza, krzyknęła, że teraz to ona dostała paczkę i wybiegła, zostawiając otwarte drzwi i mnie z na wpół wysmarowaną farbą głową. Po chwili zniknęła w bramie kamienicy. Wtedy zobaczyłam ją po raz ostatni uśmiechniętą.


Na drugi dzień w jej pokoju nie świeciło się światło. Trzeciego dnia wieczorem widziałam, jak jej rodzice wyjmują z szafy jej ubrania, siadają przy jej biurku, otwierają szuflady. Przestraszyłam się, że coś się stało. Maciek nic nie wiedział. Oni byli tutaj stosunkowo nowi i zupełnie inni niż reszta sąsiadów – skryci, wyraźnie niepijący i chodzili do pracy.


Czwartego dnia przyszedł do mnie jej tato. Powiedział, że musimy porozmawiać, usiadł przy stole w kuchni i poprosił, żebym zrobiła mu kawy. Opowiedział mi historię A. i dlaczego się tu przeprowadzili. A. od lat chorowała na schizofrenię. Czasami odmawiała brania leków albo udawała, że je połyka i kiedy było wyraźnie źle, zawozili ją do szpitala. Na tydzień, dwa, czasami dłużej. Człowiek, o którym tyle mówiła i tak kochała, nigdy nie istniał. Nikt nigdy go nie poznał, mimo że w jej życiu był już od kilku lat. Zresztą tak właśnie zaczęła się jej choroba. Początkowo myśleli, że rzeczywiście kogoś poznała, ale wiele faktów po prostu się nie zgadzało. Kiedy spytałam o kapelusz, wyjazdy za granicę, usłyszałam że kapelusz kupiła najprawdopodobniej w którymś ze sklepów z używaną odzieżą, a te wyjazdy, to były pobyty w szpitalu. A. bardzo dużo czyta, więc z dokładnością niemalże niezwykłą może opowiedzieć o wielu miejscach na świecie, a dziewczyna, która nagrywała taśmy video, to jedna z barwniejszych postaci, która od roku przebywa na oddziale, gdzie zawsze wraca A. Kiedy ojciec wyjaśnił A. dlaczego paczka wróciła, wpadła w histerię. Była przekonana, że chcą ich rozłączyć. To właśnie przez jej chorobę musieli wyprowadzić się z dzielnicy willowej na drugim końcu Polski. Znajomi z dzieciństwa zaczęli się z niej śmiać, zakładać plastikowe reklamówki na głowę imitujące jej kapelusz.


Po dwóch miesiącach A. wróciła do domu. Jej rodzice poprosili, żebym nie poruszała z nią żadnego tematu bliskiego naszym wspólnym rozmowom. Któregoś dnia A. przyszła do mnie sama. Była bardzo spokojna, miała gładko uczesane włosy i pięknie pomalowane oczy. Była ubrana odświętnie w elegancką wełnianą spódnicę za kolana, obcisły golf i czarne kozaki na szpilce. Napiłyśmy się herbaty. Powiedziała mi, że jestem jej bratnią duszą i że na pewno już wiem, że to wszystko to nie prawda. Nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć, nie zdawałam sobie sprawy, że może być tego teraz świadoma, nie wiem, jak zachowują się ludzie chorzy. Dla mnie zawsze była zdrowa i piękna.


Chciała, żebym się przygotowała, bo dzisiaj też pojedziemy na działki, musi tylko pójść po sąsiadów, żeby pomogli jej mnie znieść. Zgodziłam się, bo bardzo za nią tęskniłam. Przytuliła mnie i pogłaskała po głowie. Oczy miała smutne, ale bardzo żywe.


Długo nie wracała. Po około godzinie do mieszkania wbiegł Maciek. Płakał. Powiedział, że A. rzuciła się pod pociąg niedaleko działek.


Nie pamiętam pogrzebu ani tego, co było potem. Przez co najmniej miesiąc nie wstawałam z łóżka.


Zbliżało się Boże Narodzenie i od dwóch dni sypał śnieg. W pokoju A. zawsze świeciła się mała lampka, a jej ojciec często przesiadywał tam na łóżku, włączał jej komputer. Czasami wyobrażałam sobie, że to niebieskie światło jest takie jak wcześniej, a ona zaraz pomacha mi na dobranoc. W dzień Sylwestra, około południa siedziałam przy oknie, przypominając sobie ten dzień rok temu. I wtedy na podwórze wjechał samochód. Wysiadł z niego niewysoki mężczyzna w nieodpowiednim na tę porę roku płaszczu. Wyglądał, jakby przyjechał z daleka. Padał mokry śnieg, a on rozglądał się dookoła, jakby szukał numeru domu. Po chwili był już zupełnie przemoczony. Zadzwonił do drzwi, z okna A. wyjrzała jej matka. Mężczyzna pokazał jej jakieś zdjęcie, uśmiechnął się i zapytał, czy A. jest w domu.


Na zdjęciu byli A. i Z. na moście w Pradze. Ona w kapeluszu, on w tym samym płaszczu, w którym widziałam go na podwórzu.




Rysunek: Anka Cięciel-Łukaszewska


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Piękne i osobliwe... (0)~agnese, 2018-05-01 22:35:18

Czekam na więcej

Piękne i osobliwe... (0)~agnese, 2018-05-01 22:36:35

Czekam na więcej..

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.