16 września 2019, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Gertruda Stein

Autobiografia każdego z nas

 Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku całe piętro mojego akademika czytało tę książkę, wyobrażaliśmy sobie wszyscy, że Gertruda Stein musi być oszałamiająco piękną, uwodzicielską anielicą, tak nieziemsko jej się napisało tę Autobiografię każdego z nas.
Na  zdjęciu Gertruda z Alicją.





Gertruda Stein
"Autobiografia każdego z nas"
tłumaczenie: Mira Michałowska

Czytelnik, Warszawa 1980

 

 



Mira Michałowska
Od tłumaczki

Gertruda Stełn uznała, że ludzie lubią powtarzać to, co lu­bią, toteż powtarzała ulubione frazy i wyrazy „po kilka razy" - jak by powiedział Boy - i stworzyła jedyny w swoim rodzaju, zupełnie oryginalny styl pisarski, który w jej epoce wydawał się wielu ludziom absurdalny, skan­daliczny, nielogiczny, surrealistyczny, ale który fascyno­wał od pierwszego z nim zetknięcia i - choć później wielo­krotnie naśladowany i parodiowany - fascynować nie przestaje. Nienawidziła znaków przestankowych. Prowa­dziła z nimi nieustanną wojnę. Używała przecinków tylko wtedy, kiedy ich brak łamał lub przeinaczał zdanie albo kiedy - nawet gdy czytało się cicho - trzeba było nabrać oddechu.

 

Kim była?

Przede wszystkim nowatorską pisarką. Następnie patron­ką i kolekcjonerką współczesnej sobie awangardowej sztu­ki - ściśle mówiąc, malarstwa. Wraz z bratem, Leonem, zaczęła - za bardzo niewielkie pieniądze, ponieważ wiel­kich nie mieli - kupować obrazy nie znanych jeszcze podówczas malarzy, takich jak Matisse, Picasso, Picabia czy Juan Gris. Gust miała bardzo osobisty i bezkompromi­sowy. Nie uznawała na przykład Vlamincka, Deraina czy Braque'a i nigdy nie dała się do nich przekonać. Poza tym prowadziła w swoim mieszkaniu na rue de Fleurus w Pa­ryżu salon literacki a zarazem, rzec można, galerię sztuki, gdzie wraz z Alicją Toklas, wierną i jedyną towarzyszką życia, przyjmowała ludzi sztuki z całego świata. Gadanie było tam równie pyszne co potrawy, przyrządzane pod kie­runkiem Alicji Tokłas. Wszyscy niemal pisarze francuscy, angielscy, a zwłaszcza amerykańscy tamtych czasów przyj­mowani byli przez obydwie panie, pod warunkiem, że nie byli nudziarzami i że umieli dobrze słuchać, bo Gertruda uznawała tylko dobrych słuchaczy. Rozglądała się wśród nich bystrym wzrokiem za geniuszem. Twierdziła, że geniuszów jest niezmiernie mało, sama uważała się za jedne­go z nich i uzurpowała sobie prawo wypowiadania poglą­dów na wszystko i wszystkich. Hemingway z początku wielbił ją i traktował jak wyrocznię, ale kiedy skrytyko­wała ostro przyniesiony przez niego maszynopis powieści „Słońce też wschodzi", mówiąc mu ni mniej, ni więcej: „Erneście, zbiór obserwacji to jeszcze nie literatura" - zerwał z nią raz na zawsze.

 

Urodziła się w roku 1874 w miasteczku Allegheny w sta­nie Pensylwania, obecnie przedmieściu Pittsburga, a umar­ła w wieku lat 72 w Paryżu, gdzie spędziła bez mała wszy­stkie dorosłe lata swojego życia. Paryż był jej ojczyzną, zaadoptowała go, a i on ją zaadoptował.

Pisała i medytowała codziennie przez całe życie. Pisała jak nikt przed nią i jak, szczerze mówiąc, nikt po niej, mi­mo że jej styl i jej filozofia twórczości silnie wpłynęły na następne pokolenia pisarzy, szczególnie anglosaskich. Już za życia naśladowano ją i parodiowano. Bibliografia jej dzieł zawiera czterdzieści pozycji. Jednakże znakomita ich większość ukazała się dopiero po jej pierwszym prawdzi­wym sukcesie, jakim była, wydana w roku 1933, „Autobio­grafia Alicji B. Toklas". Pisana, jak na Gertrudę Stein, raczej prostym i nieskomplikowanym stylem, chociaż nie­mal całkowicie pozbawiona przecinków, stała się kolosal­nym sukcesem zarówno literackim, jak i finansowym, miała kilka wydań i znajduje się, po dzień dzisiejszy, na półkach księgarskich wielu krajów. Ale Gertrudzie chodzi­ło przede wszystkim o to, żeby ukazywały się w druku jej bardziej - jak twierdziła - ambitne, innymi słowy, jej eksperymentalne utwory. Po sukcesie „Autobiografii" kilka pism literackich sięga po niektóre z nich, ale wydaw­ca domaga się następnego bestsellera. Gertruda długo opie­ra się pokusie, ale w roku 1936 ustępuje i pisze „Autobio­grafię każdego z nas", która rzeczywiście znajduje ogromne rzesze czytelników. Właśnie wróciła z pierwszej podróży do Ameryki, po długich latach paryskiego życia. Gertruda pojechała do Stanów z nierozłączną Alicją Toklas w turę odczytową po uniwersytetach i college'ach, gdzie przyjmu­ją ją po królewsku. Pierwsza połowa książki poświęcona jest dziejom rodziny i temu, co działo się bezpośrednio przed i tuż po ukazaniu się „Autobiografii Alicji B. Toklas", a druga właśnie owej podróży przez kontynent amerykań­ski. I ta książka pisana jest stylem raczej przystępnym, chociaż może nieco bardziej skomplikowanym niż „Auto­biografia Alicji B. Toklas", wiele w niej „steinizmów", których rozwikłanie wymaga od czytelnika intensywnej gimnastyki umysłowej. Praca translatorska nad tą książką przypominała często rozwiązywanie krzyżówek, zagadek czy kryptogramów. Ale na pozór aforystyczne, a nawet czasem surrealistyczne wypowiedzi autorki okazują się, przy bliższym badaniu, zawsze logiczne, a na pewno orygi­nalne.

 

Niecierpliwiła się, kiedy oskarżano ją o niezrozumiałość, i denerwowało ją szalenie, że zarówno „Autobiografia Ali­cji B. Toklas", jak i „Autobiografia każdego z nas" rekla­mowane były zawsze jako „literatura przystępna", w od­różnieniu, oczywiście, od innych jej dzieł. Otoczona przez dziennikarzy amerykańskich tuż po wylądowaniu w No­wym Jorku zaskoczyła ich, stawiając im własne pytanie: „A co by to było, panowie, gdyby zabrakło pytań, czy są­dzicie, że znalazłyby się odpowiedzi?" A zapytana przez jednego z nich, dlaczego nie pisze tak, jak mówi, odparła bez wahania: „A dlaczego pan nie czyta tak, jak ja piszę?"

Czytajmy ją więc tak, jak pisze, bo tak ją czytać trzeba.

MM.

 


 




 

 

 

Wstęp autorki

 


Alicja B. Toklas napisała swoją teraz każdy kadzie pisał swoją.

Alicja B. Toklas pyta co będzie jeżeli wszyscy zaczną pisać swoje tak samo jak ona napisała swoją.

Z początku sprzeciwiała się temu żeby było Alicja B. Toklas a jeżeli musi być to powinno być Alicja To­klas i rzeczywiście w przekładzie francuskim było Ali­cja Toklas ponieważ po francusku nie mogło być Alicja B. Toklas ale w Ameryce i w Anglii Alicja B. Toklas to więcej niż Alicja Toklas. Alicja Toklas nigdy się z tym nie zgadzała i zawsze to mówiła.

Tak należy pisać wszystkie autobiografie co przywo­dzi mi na myśl Dashiella Hammetta.

Ale zanim przypomnę sobie Dashiella Hammetta chcę powiedzieć że właśnie dzisiaj spotkałam pannę Hennessy która zazwyczaj nosi chociaż dzisiaj nie mia­ła jej przy sobie ale która zawsze nosi drewnianą parasolkę. Parasolka jest wyrzeźbiona z drzewa wyglą­da zupełnie jak prawdziwa aż do takich szczegółów jak guziczek i gumka. Jest dobra tyle że nie chroni przed deszczem. Kiedy zaczyna padać nie można jej otwo­rzyć i wtedy panna Hennessy wygląda trochę głupio ale to jej nie przeszkadza bo jest to ostatecznie jedyna drewniana parasolka w Paryżu. A nawet gdyby ich by­ło kilka nie miałoby to większego znaczenia.

Co przywodzi mi na myśl Davida Edstroma ale on przypomniał mi się dopiero po Dashiellu Hammetcie.

Przyjemnie być słynną osobistością naprawdę słynną osobistością bo wtedy można poznawać kogo się chce i zapraszać kogo się chce a oni albo przychodzą albo nie. Nigdy nie wyobrażałam sobie że kiedykolwiek stanę się taką właśnie osobistością ale tak się stało i kiedy się już stało byłam zadowolona ale o tym później. No ale teraz jestem już sławna więc kiedy znalazłyśmy się w Passadenie pani Ehrman którą poznałam u Carla Van Yechtena w Nowym Jorku zaprosiła nas do siebie do Beyerly Hills na kolację. Kogo mam jeszcze zaprosić zapytała. Kogo pani sobie życzy, więc oświadczyła że zaprosi Charlesa Chaplina i Emersonów i jeszcze kilka osób nie więcej niż dwanaście, czy to nam odpowiada. Tak, i Alicja Toklas odwiesiła słuchawkę.

Znacznie później   tegoż  dnia  bo  nigdy nie  wstaję wcześnie wstaję możliwie jak najpóźniej bardzo nie lu­bię wstawać z rana i nikt mnie nigdy nie budzi zresztą mniejsza z tym a więc później kiedy mi o tym powie­dziano byłam zadowolona ale nagle nazajutrz powie­działam że chciałabym poznać Dashiella Hammetta i że ktoś w Nowym Jorku mówił że on jest w Kalifornii. Nigdy nie  bawiło  mnie  rozwiązywanie  krzyżówek ani żadnych innych zagadek ale lubię powieści krymi­nalne. Z zasady nie próbuję odgadnąć kto jest morder­cą a nawet gdybym próbowała na pewno bym nie zgad­ła ale podoba mi się że w nich zawsze występuje trup a także sposób w jaki rozwija się akcja a Dashiell Ham­mett umie to znakomicie robić i jeszcze z nadwyżka. Alicja  Toklas  zatelefonowała  więc  do  pani  Ehrman i  powiedziała  jej   że  chciałybyśmy poznać  Dashiella Hammetta.

Tak jest odpowiedziała ale proszę powtórzyć to na­zwisko, Dashiell Hammett powtórzyła Alicja Toklas. Czy mogłaby je pani przeliterować. Alicja Toklas prze-literowała je. Świetnie a gdzie on mieszka. Och powie­działa Alicja Toklas tego nie wiemy dowiadywałyśmy się w Nowym Jorku u jego wydawcy ale odpowiedzieli

że nie mogą podać jego adresu. Ach tak powiedziała pa­ni Ehrman a kto to jest. Dashiell Hamniett ten od „Pa­pierowego człowieka" pani wie powiedziała Alicja To­klas. Ach tak odparła pani Ehrman i obydwie panie odwiesiły słuchawki.

Poszłyśmy na tę kolację poznałyśmy Dashiella Ham­metta i miałyśmy z nim ciekawą rozmowę na temat autobiografii ale najpierw muszę opowiedzieć jak on się tam znalazł to znaczy jak on się znalazł na kolacji u pa­ni Ehrman. Opowiedzieli nam to każde po trochu.

Pani Ehrman zadzwoniła do biura Hammetta w Hol­lywoodzie i poprosiła o jego adres, odpowiedziano jej że Hammett pojechał do San Francisco następnie za­dzwoniła do producenta „Papierowego człowieka" któ­ry powiedział jej że Hammett jest w Nowym Jorku. W takim razie pomyślała sobie pani Ehrman jest on na pewno w Hollywoodzie. Zadzwoniła do innego produ­centa o którym wiedziała że w swoim czasie starał się prawa do „Papierowego człowieka" ale ich nie zdobył to on podał jej adres Hammetta. Pani Ehrman zadepe­szowała do Hammetta zapraszając go na kolację dla Gertrudy Stein. Ponieważ był do prima aprilis Ham­mett nawet nie odpowiedział ale potem zajrzał do książ­ki telefonicznej pod Ehrman znalazł kuśnierza o tym nazwisku ale żadnej pani Ehrman a potem zaczął się pytać na prawo i lewo dowiedział się że wszystko zga­dza się więc zadepeszował że przyjdzie pod warunkiem że będzie mógł również przyprowadzić osobę u której zamieszka na co pani Ehrman odpowiedziała, że oczy­wiście no i przyszli, Dashiell Hammett i osoba u której
mieszkał ale o tym opowiem później kiedy dojdę do tej
kolacji.

Wszystko jest autobiografią ale to była rozmowa.

Oto co mnie intryguje powiedziałam do Hammetta. W dziewiętnastym wieku mężczyźni którzy pisali książ­ki, tworzyli najrozmaitszych męskich bohaterów. Kobiety z drugiej strony nie umiały wymyślać oryginalnych postaci kobiecych zawsze tworzyły je na własne podo­bieństwo kreując postaci albo niebywałe albo wspaniałe albo szalenie smutne albo bohaterskie albo obdarzone niezwykłą urodą albo pogrążone w bezbrzeżnej rozpa­czy albo bardzo szlachetne, innych tworzyć nie umiały. Od Charlotty Bronte począwszy a na George Elliot skoń­czywszy a nawet później. Teraz w wieku dwudziestym robią to mężczyźni. Opisują samych siebie zawsze siebie jako łudzi silnych czy słabych tajemniczych czy zmy­słowych pijanych czy opanowanych zawsze opisują sie­bie, piszą teraz tak jak w dziewiętnastym wieku robiły to kobiety. Pan też tak pisze proszę mi powiedzieć dla­czego. To proste odpowiedział. W dziewiętnastym wieku mężczyźni byli pewni siebie a kobiety odwrotnie tym­czasem w wieku dwudziestym mężczyźni stracili pew­ność siebie i próbują jak to pani powiedziała przedsta­wiać siebie jako ludzi piękniejszych bardziej interesują­cych w ogóle doskonałych, nie potrafią tworzyć innych postaci muszą się afirmować dlatego że utracili pew­ność siebie. Ja już nawet myślałem ciągnął dalej, o tym żeby stworzyć postaci ojca i syna i może w ten sposób powołać do życia nową postać. To ciekawe powiedzia­łam.

W każdym razie pisać autobiografię jest łatwo czy wam się to podoba czy nie, autobiografia jest łatwa dla każdego toteż ta autobiografia będzie autobiografią

każdego z nas.

Jak już mówiłam najpierw przypomniał mi się Dashiell Hammett a potem David Edstrom. To też działo się w Los Angeles.

Kiedy go poznałam wielki Szwed David Edstrom był rzeźbiarzem. Był chudy ale później zrobił się potwornie gruby i ożenił się z przewodniczącą paryskiego oddziału sekty Christian Science potem no tak potem ona umar­ła i on twierdzi że to nie ma nic do rzeczy.

Nie widziałam go od lat i nie spodziewałam się go kiedykolwiek zobaczyć.

Ale wkrótce po naszym przyjeździe do Passadeny za­dzwonił do nas. Jedną z najzabawniejszych rzeczy pod­czas naszego pobytu w Ameryce było to, że tak rzadko natrafiałam na ślady przeszłości. Z tyloma ludźmi cho­dziłam do szkoły a później do Radcliffe college gdzie studiowałam medycynę. Znam też mnóstwo Ameryka­nów z Paryża ale niewielu odezwało się, z wyjątkiem Edstroma. Zadzwonił i zapytał czy nie zechciałybyśmy do niego przyjść. Poszłyśmy. Był równie gruby co zaw­sze trochę starszy i rzeźbił popiersie jakiejś znanej sa­marytanki może Jenny Lind może Grace Darling a mo­że Florence Nightingale ale głównie zależało mu na tym żeby się z nami sfotografować. Wspólne fotografowanie się przypomniało mi jeszcze coś innego. Ale nie o to chodzi. David Edstrom przypomniał mi się dlatego, że żalił się iż lubię łudzi o bardzo wyraźnych charakterach.

W tamtych stosunkowo młodych latach byłam jesz­cze przekonana, że każdy człowiek ma określony cha­rakter i chciałam żeby ludzie postępowali zgodnie ze swoim charakterem. No tak, każdy człowiek ma okreś­lony charakter jestem tego prawie pewna ale nie mia­łabym nic przeciwko temu gdyby go nie mieli w każdym razie fakt czy ludzie mają go czy nie jest mi już obo­jętny. Wszystko co jest jest wystarczające jeżeli jest. Cóż, powtarza stałe nasza stara służąca Helena która niedawno do nas powróciła, za dużo jest niepotrzebnych rzeczy a jednocześnie nigdy nie ma niczego dość. Ale co tam.

Wspólne fotografowanie się przywodzi mi na myśl jeszcze coś a potem zacznie się pierwszy rozdział.

W Nowym Jorku zapraszano nas nieustannie to tu to tam, była to rzecz naturalna ale nie chodziłyśmy nigdzie bo to ułatwiało nam życie ale kiedy grupa literatek za­prosiła nas na herbatkę Alicja Toklas uznała że należy pójść, ona ma od czasu do czasu takie pomysły więc od­powiedziała im że przyjdziemy. Akurat tego popołud­nia odwiedzili nas Max White i Lindley Hubbell więc wzięłyśmy ich ze sobą. Lindley Hubbell był dla mnie przez wiele lat pociechą bo czytał wszystko co pisałam i zawsze mnie o tym serdecznie zapewniał. Byłam prze­konana że jest wysokim sympatycznym jasnowłosym wytworem Nowej Anglii. Nic podobnego. Niskiego wzrostu z ciemnymi włosami jest schludny i trochę sztywny i pracuje w bibliotece w kolekcji map. Więc poszliśmy razem na tę herbatę gdzie było mnóstwo ludzi pióra i wiele innych osób. Pokręciłam się trochę i za­uważyłam niską kobietę z dużą głową i dużą ilością loków na które nie zwróciłam uwagi. Zapytano mnie czy chciałabym poznać Mary Pickford. Mary Pickford powiedziała że żałuje iż nie mówi lepiej po francusku a ja na to że wprawdzie mówię nieźle ale mam trudności z czytaniem bo pisany francuski nie po­doba mi się na co ona powtórzyła że żałuje iż nie mówi lepiej po francusku a po chwili sama nie wiem jak to się stało powiedziała może zrobiłybyśmy sobie wspólną fotografię. Wspaniały pomysł odpowiedziałam. Stały­śmy akurat przed kanapą na której siedziała Belle Gree­ne. Nie znałam Belle Greene chociaż wszyscy moi zna­jomi ją znają. Ale czy zna się kogoś osobiście czy nie to w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia bo jeżeli się kogoś zna to go się zna a jeżeli nie to nie. Nathalie Barney powiedziała mi niedawno że jej matka często namawiała ją żeby odwiedziła z nią Whistlera. Nawet jeżeli nie spodobają ci się jego obrazy mówiła to on cię ubawi ale za każdym ra­zem Nathalie Barney była akurat zajęta pisaniem lis­tów więc nigdy go nie poznała. Mary Pickford powie­działa że można by poprosić fotografa z „Journalu" o zrobienie nam zdjęcia, o tak zaraz po niego zadzwonię odezwał się ktoś i pobiegł do telefonu a ja dodałam owszem to jest bardzo dobry pomysł sfotografujemy się podając sobie ręce. Pani tego nie zrobi odezwała się spo­za moich pleców Belle Greene podnieconym głosem, oczywiście że to zrobię odparłam nic nie mogłoby mi sprawić większej przyjemności oczywiście że to zrobi­my zwróciłam się do Mary Pickford ale Mary Pickford powiedziała nagle chyba będę musiała wrócić do domu i zaczęła się wycofywać ach niechże pani poczeka prze­cież to długo nie potrwa, nie nie krzyknęła lepiej nie i spłynęła. Wiedziałam że pani tego nie zrobi odezwała się znowu Belle Greene za moimi plecami. Więc zaczę­łam wypytywać wszystkich obecnych bo mnie to zaintrygowało co właściwie dzieje się z Mary Pickford. Wspólna fotografia była jej pomysłem a w momencie kiedy wyraziłam entuzjazm, spłynęła. Wszyscy zgodnie odpowiadali że kiedy zobaczyła mój entuzjazm uznała że przyniesie mi to więcej korzyści niż jej i dlatego spłynęła ale niektórzy twierdzili że być może wspólna fotografia ze mną rzeczywiście mogłaby zrazić jej pu­bliczność. Zainteresowało mnie skąd oni wszyscy wie­dzą co jest dobrą reklamą a co złą. Harcourt był tak zaskoczony kiedy powiedziałam mu w Nowym Jorku że wspaniałe przyjęcie jakie spotyka mnie w Ameryce nie jest wynikiem popularności tych moich książek któ­re są łatwo zrozumiałe dla ogółu takich jak „Autobio­grafia" ale przeciwnie tych których nikt nie rozumie, że zawołał swojego wspólnika i powiedział mu posłuchaj tego co ona mówi, może ona ma rację.

No ale zaczęliśmy się rozchodzić a kiedy zeszłam na dół czekał tam niemłody Murzyn podszedł do mnie i za­pytał miss Gertruda Stein tak odparłam a on na to nazywam się tak i tak (zapomniałam jak). Byłem pierw­szym nauczycielem muzyki pana Matthewsa który śpie­wał partię świętego Ignacego więc chciałem panią po­witać, to mnie bardzo wzruszyło. A potem wszyscy czworo Max White i Lindley Hubbell Alicja Toklas i ja przeszliśmy się po Fifth Avenue. Tego samego dnia miała się ukazać moja książka „Portrety i modlitwy" z moją fotografią zrobioną przez Carla Van Vechtena na okładce więc kiedy tak szliśmy Fifth Avenue młoda Murzynka uśmiechnęła się do nas, pokazała palcem wy­stawę księgarni no i rzeczywiście była tam moja książ­ka a Murzynka uśmiechnęła się znowu i poszła dalej. Taki właśnie był Nowy Jork ale o tym opowiem później bo przed tym wszystkim żyłyśmy przecież we Francji.

 

Koniec wstępu  Gertrudy Stein


 


 

 


 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~PawellN, 2013-10-22 03:28:53

Lubie wracac na ta strone ale musze przyznac ze ciezko bylo ja znalezc w google, byla gdzies na 3 stronie. Przydalo by sie jej pozycjonowanie polecam wpisac w google : seo stronka z seo poradami i znajdziesz tam ciekawy i darmowy sposob na podniesienie pozycji w wyszukiwarkach

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.