16 października 2018, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Tanja Maljarczuk

Bies głodu

Jakiś czas temu informowaliśmy o starcie literackiego serwisu e-radar.pl. Można w nim w nim znaleźć fragmenty utworów polskich, ukraińskich i niemieckich twórców oraz noty o autorach. Oto przykład takiego materiału:  Tanja Maljarczuk i jej "Bies głodu"


 e-radar.pl

Bies Głodu
Tanja Maljarczuk

fot. Maksym Liukov

Fragment z książki „Говорити”, Lwów, Фоліо 2007
Przełożyła Anna Łazar


Boli mnie gardło. Nie mogę dużo mówić. Poza tym, jeśli mogę być szczera, nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Sporo myślę, ale jakoś brakuje mi swoich własnych myśli. Nie potrafię ocenić, ani tego, co się dzieje ze mną, ani z ludźmi, których znam. Wiem tylko jedno: jestem bardzo sentymentalna. Nie gniewajcie się, że tak często płaczę. To normalne. Mogę płakać nawet więcej. Normalnie, kiedy słyszę smutne historie, to łzy mi same z oczu ciekną. Mogę płakać cały dzień i jedną noc, już sprawdzałam. Kiedy płaczę, czuję po prostu, że jestem szczęśliwa. Taka jakaś oczyszczona.

Najbardziej lubię słuchać historii o miłości. Sentymentalnych historii. Kiedy oboje się kochają, ale coś przeszkadza im być razem. I uwielbiam, kiedy ta dwójka zakochanych przez całe życie mieszka osobno i umiera osobno, ale zawsze o sobie pamięta i ma innych mężów i żony, ale nigdy nie zapominają o tej największej miłości swojego życia. A kiedy on na przykład umiera na rękach innej kobiety (która być może także go kocha), to ta druga stoi w oknie, a potem na cmentarzu, ale nie razem ze wszystkimi, tylko obok, tylko po to, żeby zobaczyć go po raz ostatni - o spójrzcie, już płaczę, ale to normalne, proszę nie zwracajcie na mnie uwagi.

Bardziej poruszają mnie cudze historie miłosne, niż moje własne. Nikogo, bowiem nie kochałam tak mocno. Może jeszcze pokocham, nie wiem. Ale własne historie nie są aż tak poruszające. Nie wiem, dlaczego. Pewnie zależy to od tego, jak ją się opowie. Można opowiedzieć tak, że wszyscy wokół będą płakać, albo ryczeć ze śmiechu. Tę samą historię.

Moja babcia zawsze tak opowiadała mi historie, że płakałam. I ona płakała. Obie płakałyśmy. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jak przyjemnie jest płakać nad historią.
Babcia miała prawdziwy talent do opowiadania. Pewnie celowo doświadczała na własnej skórze różnych okropności, żeby mieć potem materiał do opowiadania, I doskonale pamiętała szczegóły. Płakałam właśnie nad tymi szczegółami. Babcia pytała mnie:

— Czy ty wiesz, cóż to takiego wierzbowa kasza?
— Nie wiem. Co to takiego?
— To wtedy, kiedy bija cię takimi cieniutkimi wierzbowymi gałązkami. Bili mnie tylko raz, ale zapamiętałam smak wierzbowej kaszy na całe życie.
— No to jaki ma smak?
— Słony. I nieco gorzki. Dlatego, że wierzba sama w sobie jest gorzka, jeśli ją się poliże.

Babcia miała doglądać maleńkiego dziecka swojej macochy i to dziecko upadło z pieca na podłogę. Babcia uciekła do lasu, ponieważ bała się, że macocha sprawi jej lanie. Macocha biła zawsze bardzo boleśnie. Babcia zostawiła dziecko na podłodze, a sama uciekła. Myślała, że dziecko umarło od uderzenia spowodowanego upadkiem. Ale nie, z dzieckiem nic złego się nie stało. Zarówno u dzieci, jak i u pijanych bardzo trudno jest spowodować śmierć: są nadzwyczajnie żywotni. Tak jak koty. Babcia siedziała do wieczora w lesie nieopodal ojcowskiej chaty. Widziała, co się dzieje w środku, miała bowiem świetne stanowisko obserwacyjne w krzakach. Macocha zaś wiedziała, gdzie się babcia schowała. Kiedy zaczęło się ściemniać, macocha wyszła na podwórko i krzyknęła:

— Chodź do domu! Nie będę cię bić! Chodź do domu! Już późno. Nic nie jadłaś cały dzień! Chodź dziecko, dam ci jeść takiej dobrej wierzbowej kaszy! No chodź, nie bój się!
I babcia uwierzyła. Wyszła zza krzaków do macochy, bo była bardzo głodna. Babcia zawsze była głodna, kiedy była mała, a potem aż do starości też zawsze była głodna. Wyszła do macochy i powiedziała:
— I gdzie ta kasza?
— Chodź do domu, kasza jest w domu.

Babcia weszła do chaty, a macocha już przygotowała wierzbowe gałązki. Złapała babcię za rękę i zaczęła bić ją nimi po nogach, po grzbiecie, po rękach i po tyłku. Po twarzy. Krzyczała:

— Ty małe ścierwo! Chciałoś zabić moje dziecko, tak? Specjalnie zepchnęłaś je z pieca?!

Biła tak długo, aż póki nie przyszedł z pracy babci tato. Odciągnął macochę od babci, ale babcia ani nie mogła się już ruszać, ani nawet nic powiedzieć. Cała była we krwi. Potem tato bił macochę, ale nie wierzbowymi gałązkami, a pięścią.

Macocha bardzo nie lubiła babci. Dawała jej do jedzenia barszcz z mydłem, a kiedyś nawet z trutką na szczury. I to wszystko prawda, nie kłamię, czyściutka prawda. Chociaż trudno uwierzyć, bywa i tak.

Kiedy babcia miała sześć lat, uciekła z domu i trafiła do internatu.

Kiedy miała lat siedem - uciekła z internatu, bała się, że umrze tam z głodu. W internacie poznała nowy przepis na zupę: woda i dwa ziarnka fasoli.

W wieku ośmiu lat babcia mieszkała na bazarze w Nowhorodzie Wołyńskim i jadła pestki ze śliwek.

Potem pasała cielęta w kołchozie, następnie krowy, a potem prowadziła całe gospodarstwo jakiegoś mężczyzny, który obiecał jej za rok pracy ciepłą odzież na zimę. Potem babcia zarobiła za dwa lata służby młodą jałówkę. Wzięła jałówkę na postronek, pożegnała się z gospodarzami i poszła do miasta Żytomierza. Jałówka zdechła w ciągu tygodnia. Babcia musiała ja dobić. Wymieniła mięso jałówki na dwa żołnierskie buty. Oba na lewą nogę.

Teraz referuję całość bardzo krótko, ale babcia potrzebowała dziesięciu lat, żeby mi to wszystko opowiedzieć. Przez dziesięć lat babcia opowiadała mi te historie z najdrobniejszymi szczegółami. Znam jej życie na pamięć. Może, dlatego nie zwracam uwagi na swoje. Czasami wydaje mi się, że żyję nie sama dla siebie, tylko dla swojej babci, żeby miała komu to wszystko opowiedzieć i potem, żeby ktoś opowiedział to wszystko innym. Babcia bardzo wobec mnie zawiniła. Pozbawiła mnie chęci do przeżywania własnych historii, nie pozwoliła mi podjąć próby stworzenia niezależnej osobowości, czy jakoś tak.

A najgorsze jest to, że babcia nigdy nikogo nie kochała. Może dlatego, że całe życie była głodna. Ale to nikogo. W ogóle. Ani mężczyzn, ani własnych dzieci, ani nawet mnie, chociaż zawsze grzecznie jej słuchałam. Nikogo. Siebie też nie. Teraz myślę, że od dzieciństwa wcielił się w nią w bies głodu. Nie wiem, czy cos takiego w ogóle istnieje, ale tak właśnie myślę.

Kiedy trafiało się tak, że w domu nie było nic do jedzenia, babcia stawała się szalona. Mogła mnie nawet uderzyć. Jej oczy robiły się szalone, okrutne i obce. Mogłaby pewnie przegryźć komuś gardło za kawałek chleba. Dokładnie zmiatała okruszki ze stołu i zmuszała mnie potem, żebym je zjadała. Gotowała zawsze bardzo dużo i bardzo tłusto. Tłuszcz pływał w garnkach grubą warstwą, tak, że aż nie mogłam się na to patrzeć. W komorze trzymała smalec w półlitrowych słoikach. Owych słoików miała nieskończoną ilość. I fasoli też miała nieskończoną ilość. Była zgromadzona na strychu. Pochodziła z różnych okresów. Niektóre fasole były nawet starsze ode mnie.

Babcinym życiem kierował strach przed głodem. Kiedy raptem pewnego lata długo padały deszcze, babcia siedziała w przydomowym warzywniaku i lamentowała, co się teraz stanie z kartoflami, i z fasolą, i z burakami, i z kukurydzą, o boże, co teraz będzie?! Umrzemy wszyscy z głodu!
Pewnego razu, dobrze to pamiętam, babciny bies głodu, wcielił się we mnie.

Nigdy szczególnie nie zachwycałam się jedzeniem. Jadłam to, co było, czasami mogłam jeść mało, czasem dużo, bez szczególnej namiętności. I wtedy coś się stało. Długo spałam, aż do południa, miałam jakieś straszne niespokojne sny, z których ciężko jest się wybudzić. A kiedy już się obudziłam, to nie mogłam wstać z łóżka i dojść do letniej kuchni, gdzie babcia gotowała barszcz. Bardzo smaczny barszcz. Nawet teraz czuję zapach tego gorącego barszczu. Ale nie mogłam iść. Byłam tak niesamowicie głodna, że nie mogłam iść. W brzuchu otworzyła mi się ogromna boląca jama, otchłań, w którą się zapadałam. Mój brzuch zamienił się we mnie, to znaczy ja stałam się swoim brzuchem. Byłam taka głodna, że mogłam zjeść obrus ze stołu obok łóżka, sznurówki do butów. Nigdy przed tym, ani po tym nie zdążyło mi się nic podobnego. Doszłam do letniej kuchni jak zombi, trzymając się poręczy zagrody. Nie przywitałam się z babcią. Po prostu siadłam za stołem, a ona wszystkiego się domyśliła. Od razu dała mi miskę barszczu i patrzyła, jak żrę. Bo żarłam, a nie jadłam. Babcia patrzyła na mnie i cieszyła się. Tak, jakbym stała się taka jak ona, jakbym stała się jej spadkobierczynią, wspólnym dzieckiem jej i biesa głodu. Babcia nawet nie musiała przypominać mi o zmiataniu ze stołu okruszków chleba, sama to zrobiłam. I wrzuciłam okruszki do ust.

Babcia niczego innego się nie bała. Zupełnie niczego. Nie wiedziała, co to sentymenty. Kiedy opowiadała, jak była głodna, mogła zapłakać, ale nie dlatego, że było jej siebie żal, dlatego, że władał nią bies głodu. Pewnie, dlatego jestem taka sentymentalna. Za nas obie.

Kiedy umarł mój dziadek, babcia położyła mnie spać na jego łóżku. I zawsze, kiedy u niej mieszkałam, spałam w jego łóżku. W tym łóżku, w którym umarł dziadek. Ale babcia wcale się tym nie przejmowała. Czasami mówiłam, że ciężko mi się śpi na tym łóżku, że śnią mi się koszmary, że się boję, ale takie moje gadanie tylko babcię denerwowało. Nie rozumiała mnie, więc dalej posłusznie śniłam swoje koszmary.

Dopiero, kiedy miałam 12 lat, uświadomiłam sobie, że trzeba uciekać od babci, jak można najdalej i to jak najszybciej.
Zbierałyśmy razem fasolę w ogrodzie. Był ciepły sierpniowy dzień Babcia opowiadała mi jakąś kolejną historię, a ja zbierałam fasolę i składałam je na sterty i przenosiłam w płachcie na podwórze. Nie wiem, jak do tego doszło, że babcia się przyznała. Nie pamiętam. Możliwe, że coś powiedziałam o życiu pozagrobowym, coś o raju i o piekle, o duszy, bo lubiłam wtedy mówić takie rzeczy. A tu babcia raptem:

— A ja nie wierzę w duszę! Nie wierzę w nic. Człowiek umiera, kosteczki gniją i już. Wszystko. Koniec, kropka. Nic już potem nie ma.
— Babciu, — powiedziałam, — ale to straszne tak myśleć. Nie boisz się, że umrzesz i twoje kości zgniją i już?
— A czego tu się bać? Tak ma być.
— To po co w ogóle żyć, jeśli później nic już nie ma?
— No jak to nic?! Popatrz, ty jesteś! Ty będziesz pamiętać o moim życiu, wszystko ci opowiedziałam. To jest nieśmiertelność.

Wtedy zrozumiałam, że trzeba uciekać. Rzuciłam fasolę i pobiegłam. Uciekałam od babci i jej życia do swojego własnego. Nie chcę być jej nieśmiertelnością! Chce mieć swoje! To nie uczciwe! Też mam prawo do własnego życia i własnej nieśmiertelności! Nie chcę być ofiarą jej niewiary! Tak myślałam, uciekając.

Teraz mam 30 lat. Babcia dawno już umarła. Nie pojechałam nawet na jej pogrzeb. Ale i tak nie udało mi się uratować. Na pewno uciekłam za późno. Nie mam własnych historii tylko jej. I opowiadam innym ludziom jej historie. Mimowolnie. Nie chcąc. Coś we mnie siedzi i nieustannie podjudza do opowiadania innym ludziom jej historii. I kiedy opowiadam, czuję się szczęśliwa, i płaczę, i jestem szczęśliwa. Dlatego proszę was, posłuchajcie mnie jeszcze! Jeszcze trochę! Nie idźcie sobie. Posłuchajcie jeszcze chwilę! Podczas wojny babcia pracowała w kuchni przy wojskowym szpitalu i jakoś tak myjąc ogromny kocioł, zasnęła w nim....




TANJA MALJARCZUK (1983, Ukraina) - ukończyła filologię ukraińską na Państwowym Uniwersytecie Podkarpackim w Iwano-Frankiwsku, obecnie pracuje jako dziennikarka telewizji Kanał 5. Jej teksty ukazywały się na Ukrainie w kultowych czasopismach literackich "Четвер", "Березіль" oraz w czasopiśmie "Критика". Mieszka w Kijowie. Stypendystka programu Homines Ubrani w 2006 roku.




Bibliografia
• Ендшпіль Адольфо, або Троянда для Лізи (Лілея-НВ, Iwano-Frankiwsk 2004)
• Згори вниз. Книга страхів (Фоліо, Charków 2006)
• Як я стала святою (Фоліо, Charków 2006)
• Говорити (Фоліо, Charków 2007)
• Звірослов (Фоліо, Charków 2009)
• Божественна комедія (Фоліо, Charków 2009)

 



   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.