17 grudnia 2018, poniedziałek

Ludwik Cichy

Burmistrz i żona burmistrza



Burmistrz i żona burmistrza (opowiadanie)
Ilustracja: Kenne Gregoire, 1051 -, Klick!!!


Był grudzień, pierwszy prawdziwy dzień zimy, bo zaczął padać długo oczekiwany śnieg.

Ale niebieski.


Burmistrz Jerzy wszystkie wstęgi do przecięcia na zdjęciu w regionalnej gazecie już miał przecięte elegancko, więc teraz szedł po ulicy swojego miasta pewnym krokiem. Bez czapki, za to w niezwykle ważnej sprawie, jak zwykł był się nosić. Wszyscy świadomi politycznie patrioci w mieście wiedzieli, że burmistrz jest alkoholikiem - ale nieszkodliwym, bo się nie wtrąca i daje pożyć – i tylko burmistrz, jak każdy alkoholik, nie wiedział, że jest alkoholikiem.


Łysa głowa nie chroniona czapką pierwsza poczuła chłód topniejących płatków, potem oczy burmistrzowe zobaczyły przed sobą na ekranach okularów rosnące zakłócenia i powoli, poprzez wiązkę umęczonych nerwów zaalarmowały o tym całego burmistrza.


Burmistrz stanął. Zdjął okulary, zadarł do góry dostojne lico i zobaczył chmarę niebieskich płatków atakujących z nieba.


- Co ja takiego wczoraj piłem właściwie ?...– zastanowił się, a kiedy przypomniał sobie dokładnie, że nic takiego, że jak zwykle tylko niecałego litra przez cały dzień, to uspokojony przetarł okulary i nasadziwszy je na nos, postanowił nie zwracać uwagi na niebieski śnieg. – To tylko dyfrakcja i dyspersja – tłumaczył sobie górnolotnie, bo lubił rozmawiać z sobą wyłącznie na wyrafinowanym poziomie – światło rozszczepia się, ugina i załamuje powodując, że bezbarwne ważki, motyle czy kolibry wydają się nam barwne, podczas gdy one same są w gruncie rzeczy całkowicie barw pozbawione.


Rzeczy powróciły na swoje miejsce i wszystko zaczęło się dziać jak powinno. Jak lubił i do czego przywykł burmistrz, a że śnieg wydawał się wciąż niebieski... dyfrakcja łamane przez dyspersja – jak kto potrafi pojąć.


Akurat dzisiaj burmistrz szedł w niezwykle ważnej sprawie po karpia i po ser, mak i masło nawet, co miał w kieszeni zapisane na kartce (tego był pewny, bo przecież sklerozy to nie miał i o liście zakupów nie zapominał przecież). I z własnej inicjatywy ludzkiej tak szedł, w celu udobruchania na święta swojej Ewki żony, co to kiedyś dawno za panny dobre branie miała od wielu atrakcyjnie rokujących, a wybrała jego, bo on był zakochany wtedy bardzo i nawet przez całe pół roku  nie pił, i chodził w zagranicznych koszulach takich, jak w Ameryce na filmach.


I doprowadził burmistrz Jerzy swą humanitarną autorską ekspedycję do ronda, a nawet już za rondo wiele metrów dotarł w niezwykle ważnej sprawie, jak zwykł był się nosić, gdy pisk opon, hałas nieprzystojnie wybijający z transu czynienia dobra na święta go wybił i do zatrzymania przymusił.

A to policyjna furgonetka suka hamowała przy burmistrzu, z kierowcą i komendantem posterunku w jednej osobie – Perłą Jędrzejem, co lata temu obywatelowi Jerzemu (gdy jeszcze burmistrzem nie był ani nie rokował, tylko zwykłym obywatelem do poaresztowania dobrym dla zabicia czasu) zabrał prawko za jazdę po pijanemu.


- Policja - jaki to nieelegancki zawód – wzdrygnął się burmistrz, który przeciął już w roku mijającym wszystkie wstęgi otwierające, inaugurujące i upamiętniające, i teraz jak to narobione chłopisko, oczekiwał już  wyłącznie spokojnego kontekstu wspierającego dla swojej prywatnej ludzkiej misji w sprawie dawnych atutów Ewki żony, co sobie akurat w wolnej chwili, po ciężkiej charówie rocznej o nich  przypomnieć zechciał mieć życzenie.


- Witam i wesołych świąt – przemówił Jędrzej komendant przez ostentacyjnie mocno opuszczoną szybę, chociaż było zimno, ale właśnie chciał pokazać , że dla kogo jak kogo, ale dla burmistrza gotów jest nie dbać o prozaiczne niewygody. – Pan, to masz panie Jerzy prawdziwe uważanie w niebie; no, żeby taki elegancki zielony śnieg załatwić ludziom w powiecie na święta jak nigdzie nie pada nawet, to już trzeba mieć układy u bozi wypracowane ponad ludzkie – zaśmiał się ładnie i świątecznie, najlepiej jak potrafił, żeby nie przegapić okazji podlizania się wymazującego dawne przewiny, bo przeczuwał, że jego dni są policzone za urzędowania Jerzego, teraz burmistrza.


- Co pan wypił na służbie Perła, że nie odróżnia koloru niebieskiego od zielonego?, Co?! - natarł burmistrz poczuwszy że ma przewagę, że wreszcie ma tego psa w garści jak na patelni.

- No, panie burmistrzu, nie widzi pan jaki ładny zielony śnieg pada na wesołych świąt dla rodzin ludzkich gwiazdki oczekujących?
Burmistrz nabrał garść śniegu i podsunął pod nos wystający z furgonetki suki. - Co chlał, że jest w stanie niebieski z zielonym pomieszać, co?! I niech tu nawet nie próbuje – wzniósł sztywno dłoń w geście stop – zasuwać głodnych kawałków o dyfrakcji i dyspersji, o ile wiesz o czym mówię pijaku! Dzwonię na policję – burmistrz wyszarpnął z kieszeni smartfona ajfona, na którym umiał już nawet ustawić datę i budzik
- Ale ja jestem policja – przypomniała usztywniającym rozmowę tonem policyjna Perła.
- Tylko się mu tak wydaje! - burmistrz nacisnął na smartfonie ajfonie miejsce dobrze już rozpoznane i odbył głośną rozmowę z budzikiem na najwyższym służbowym poziomie w sprawie pijanego policjanta, który na służbie twierdzi, że pada zielony śnieg!


- Może i nie załatwiłem drania, ale w święta ma przynajmniej przechlapane – zdążył pomyśleć burmistrz Jerzy spoglądając na spieprzające policyjne auto, zanim trafiła go przypadkowa śnieżka dzieci rozkoszujących się pierwszym przedświątecznym śniegiem.


- Przepraszamy, panie burmistrzu – gromadka chłopców gięła się w ukłonach przed osobistością.

- Nic nie szkodzi, nie ma sprawy w ogóle, bawcie się dalej, i wesołych świąt i dużo prezentów życzę pod choinką – odpowiedział wesoło burmistrz, strzepując z kołnierza różowy śnieg.

 Iruszył dalej.
I szedł, i szedł, aż przypomniał sobie po co właściwie idzie, więc sięgnął do kieszeni po kartkę z instrukcją, ale wypadła, gdy wyszarpywał smartfona ajfona w bardzo ważnej sprawie. Postanowił zatem wyglądać na kogoś, kto po prostu idzie sobie do punktu skreślić totka systemem albo chybił-trafił. Ale punkt był zamknięty. Podjął więc marsz po ulicy swojego miasta w niezwykle ważnej sprawie, jak zwykł był się nosić. I od razu przypomniał sobie po co właściwie wyszedł – są mianowicie święta, czas składania wizyt i odwiedzin. Był w sercu swojego miasta i kolędowanie mógł rozpocząć od zaraz. Co zrobił, a przyjmowano go z poczuciem niezwykle ważnej sprawy w jakiej się zjawił. Składając wizyty wybrańcom doszedł tak, że go odwieziono, z najwyższym szacunkiem. Zaraz po nowym roku.


Jego Ewka żona nigdy nie dowiedziała się o spontanicznej, odświętnej i ludzkiej aktywności Jerzego burmistrza, o jego samodzielnie zainicjowanej misji udobruchania jej w ramach świąt z powodu dawnych jej Ewki atutów (które miała już od roku potajemnie zainwestowane gdzie indziej).  I było jej na rękę, że burmistrza nie było w święta w domu, bo jej też tam nie było. Z ulgą powitała fakt dowiezienia Jerzego burmistrza po Sylwestrze dopiero (z najwyższym lokalnym szacunkiem dostarczonego) i z twarzą terapeuty wskazała salon, gdzie należy burmistrza złożyć.

Gdy panowie wyszli, dostrzegła za oknem, że długo oczekiwany śnieg ma w tym roku znajomy bezbarwny kolor. Zapowiadał się kolejny łatwy i przyjemnie wygodny rok.


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.