24 kwietnia 2019, środa

Teatr rozmowy

Dariusz Łukaszewski

Cała prawda oraz inne kłamstwa o wysokiej kulturze

Mija drugi rok od mojej rozmowy z Kotem. Wiesławem, obserwatorem rzeczywistości kulturalnej i jej zawodowym komentatorem. Przypominamy ją ze względu na jej zastanawiającą aktualność. A nawet zatrważającą.

Dariusz Łukaszewski: A tak z czystej ciekawości, są jeszcze w polskim kraju jakieś polskie gazety, które miałbyś ochotę przeczytać dla przyjemności, po godzinach na przykład?

Wiesław Kot
: - Ja czytam wszystko. Dlaczego mam czytać tylko gazety, ty myślisz, że w gazetach jest coś ciekawego? O wiele ciekawszy jest regulamin hotelu robotniczego pod Człuchowem, ciekawa jest instrukcja przeciwpożarowa – niezwykłej urody smaczki językowe, ciekawe są ogłoszenia na przystankach, ciekawy jest najbardziej czytany poeta w Polsce mieszkający dwie ulice stąd (rozmawiamy w warszawskim hotelu „Polonia” – red.) w tym punktowcu na ścianie wschodniej, Juliusz Erazm Bolek (jak ktoś ma nazwisko Bolek, musi mieć na drugie Erazm), który robił wlepki, i swoje wiersze długości….

Co to są wlepki?


- Wlepka to jest kartka papieru wielkości 2 cm na 4 cm, na którą nadrukowano wiersz, góra trzy, czterowersowy. I te wiersze poeta Bolek rozlepiał na przystankach autobusowych, a na przystanku stoisz, czekasz na autobus i czytasz wszystko co jest dookoła. Jednego dnia Juliusz Erazm Bolek miał więcej czytelników niż Mickiewicz i Miłosz razem wzięci. Więc czytam to słowo drukowane, ponieważ w nim bije prawdziwy duch narodu polskiego, na bieżąco.

Ciekawe, bardzo. A skąd ty to wszystko wiesz, skoro, jak twierdzisz, gazet nie czytasz? Skąd się dowiedziałeś o tych wlepkach bolkowych, z telewizji na przykład?


- Telewizja to są dwa seriale, pierwszy biegnie w okolicach godziny piętnastej, to jest ten serial dla debili zainteresowanych tematyką: szwagra i kolegów oraz tego co szwagier teściowi zrobił i teść szwagrowi. „M jak miłość” i dziesiątki innych, to ma jakąś dziesięcio, piętnastomilionową widownię. Drugi serial biegnie o godzinie dziewiętnastej, mniej więcej w tym paśmie, i to jest serial o tym co zrobił Leper Ziobrze lub Ziobro Lepperowi albo inny pajac kolejnemu pajacowi. I te dwa seriale rządzą Polską. Poza te seriale nasza świadomość społeczno-polityczno-kulturala nie-wy-kra-cza. I dlatego ludzie się bardzo interesują czy Lepper nagrał Ziobro czy Ziobro Leppera, ale kompletnie nie czują potrzeby zmiany sytuacji, w której z Niemiec do Polski wjeżdżasz czteropasmówką równiutką jak stół, na pogięty krajowy asfalt o metryce gomułkowskiej – wjeżdżasz jak do lejka, bo tam jest szeroko, przestronnie, a tu ciasno, tłoczno, dookoła mnóstwo plastikowych dekoracji, które niczego nie reklamują, krasnale, dziwki itd., włączasz radio a tam lista nagrań Ziobry, Leppera, albo odgrzewne przeboje Michnika, Gudzowatego na zmianę z oświadczeniami członków rządu, którzy boją się innych członków związanych z rządem albo już z nim nie związanych, i żeby to zmienić, jakoś ukompatybilnić te dwie strony granicy – tym się już nikt nie interesuje. Ale czy Ziobro spowodował przeciek, który nagrał Lepper, zainicjowany przez Kaczmarka, w ramach porozumienia przeciwko koalicji, z Rokitą, który to Kaczyńskiego… tym się interesują wszyscy. Dlaczego? Bo nasza mentalność narodowa, wzięta umownie, en bloc, polega na tym, że my rozumiemy jako naród co szwagier zrobił teściowi, i nawzajem, ale jak zrobić dwa kilometry autostrady, tego już jako naród nie-u-mie-my. Dlatego nie jesteśmy żądni innych programów niż te, o których powiedziałem. To nam zajmuje głowy w sposób stysfakcjonująco-wystarczający.

A propos tego bidnego Ziobry, to Julia Pitera zasugerowała w jednej z gazet, których nie czytasz, że sposób uprawiania polityki w polskim kraju bierze się stąd, że Ziobrze brakuje żony, czyli kogoś, kto mu powie: Zbyszek, puknij się w głowę, wstyd mi za ciebie!


- Żonaty - nie żonaty, ma problemy bo ma kota, albo nie ma kota, kochankę za pracę se wziął… no stary, a co mnie to obchodzi?! Jak idziesz do kiosku, dajesz złoty pięćdziesiąt to dostajesz gazetę, płachtę papieru, prostą transakcję wykonujesz, i kioskarka nie mówi ci: proszę pana, a mnie strzyka w kolanie, mam potówki pod lewą pachą, albo mój syn mnie wczoraj wkurzył bo dostał dwójkę w szkole, bo ciebie to nie interesuje; po prostu dokonujesz z nią prostej transakcji. Natomiast z politykami tego nie robisz. Obiecywaliście mieszkania, to je wybudujcie, i trzymajcie se sforę kotów albo nie trzymajcie, róbcie koalicję, albo nie róbcie, wykonujcie piruety na golasa w hotelu sejmowym, albo nie wykonujcie; co mnie to kurcze obchodzi?! Mają być mieszkania, mają być autostrady, rozumiesz, to są urzędnicy powołani tylko w tym celu, a oni się zachowują jak gwiazdy, które bez wspaniałej atmosfery, bez kota, albo z powodu kota właśnie lub kochanki, nie mogą złapać twórczego natchnienia do zrobienia kilometra autostrady, którą obiecywali. I my się dajemy wciągać, nawet lubujemy się w oglądaniu publicznych spektakli o skomplikowanych, wielopłaszczyznowych i wielowątkowych powodach trudu bycia przy władzy, zamiast w nowych mieszkaniach, które ta władza obiecała a nie wybudowała, oglądać krótkie meldunki władzy ze skutecznego zrealizowania obietnic, na podstawie których ją wybraliśmy…

Cieszę się, że cię widzę w dobrej kondycji, dużo i dobrze mówisz, w ostatnim fragmencie pięciokrotnie użyłeś słowa kot, gratuluję ci dobrego automarketingu, bardzo świetnie się potrafisz zapromować, natomiast nie spotykam się z tobą żeby promować KOTY, bo ty promocji nie potrzebujesz, ani żeby roztrząsać problemy polityczno-drogwe, bo politycy w polskim kraju byli i będą zawsze, a autostrad nie było nigdy i nie będzie, o czym dobrze wiemy; spotykam się z tobą, żeby uzmysłowić ci, że nie widzieliśmy się przez ostatnie 2, może
4, a prawdopodobnie i pięć lat, co uprawnia nas do porozmawiania ze świeżością pierwszego razu o…

- Jak ci powiem, że nie liczyłem, to powiesz, że jestem nieuprzejmy, prawda? Kolejny rok minął a ja nie widziałem Darka, drugi rok minął i już jestem w depresze, już szykuję brzytwę i chyba się potnę…

…. żeby ze świeżością pierwszego razu o WYSOKIEJ KULTURZE podyskutować!

- O czym, przepraszam!?

Co ty, wieloletni obserwator krajowej rzeczywistości kulturalnej i jeden z naczelnych jej komentatorów, rozumiesz dzisiaj przez termin WYSOKA KULTURA?

- Hm…, hm, hm… WYSOKA KULTURA jest swego rodzaju wytrychem pojęciowym, który używany jest przez ludzi zakompleksionych, pragnących się za wszelką cenę odgrodzić od tych rodaków, którzy dalej tkwią w kulturze niskiej. Zasada jest taka: ja przynależę do sfery WYSOKIEJ KULTURY, ale nie ty.

Mówisz o sobie konkretnie i konkretnie o mnie?


- Nie, no ja tu robię długie pauzy przed próbą wytłumaczenia co to jest WYSOKA KULTURA, bo ja tego pojęcia nie używam. Ono dla mnie nie istnieje, jest bez znaczenia, nic nie mówi i niczego nie załatwia. I tak sobie myślę co ludzie, którzy go używają mogą przez nie rozumieć? Ja spotykając się z kimś, nie zastanawiam się czy on należy do wysokiej, niskiej, średniej kultury, czy w ogóle jest bez kultury. Bo czy WYSOKA KULTURA to jest sytuacja, w której facet rano przeczytał Joyce’a, w południe wysłuchał requiem Bramsa, a wieczorem obejrzał po raz kolejny „Bilans kwartalny” Zanussiego, ale jednocześnie, co w Polsce nagminne, ma ubłocone buty ze zdartymi zelówkami i brakuje mu jedynki bo nigdy w życiu nie był u protetyka i śmierdzi bo lekceważy kupienie najtańszego dezodorantu typu brutal? Ten facet w swoim przekonaniu należy niewątpliwie do KULTURY WYSOKIEJ, i takich ludzi jest sporo, zwłaszcza w tej formacji polskiej inteligencji, wywiedzionej z tradycji Żeromskiego i Prusa, inteligentów którzy przyszli z białych dworków, zdeklasowanej szlachty, ludzi którzy nie mieli nic, nie umieli nic, albo bardzo niewiele – tak jak Marta z powieści Orzeszkowej, umiała tylko początki szycia, początki francuskiego, początki dobrego wychowania, wszystkiego początki - czyli nie umieli nic, ale mieli przekonanie, że mają do spełnienia misje dziejową, misję przewodzenia narodowi.

To źle?


- Ja ich nie oceniam; ja ich tylko definiuję.

Pozwól, że w tym miejscu przytoczę coś, co powiedział Salvadore Dali…


- Czemu mówisz Salvadore, kolego? Przecież Salvador i Salvatore to są dwa różne imiona.

Ponieważ kurs języka hiszpańskiego, włoskiego i francuskiego zamieniłem przed czterema laty na intensywny kurs języka angielskiego, bo żyjemy w polskim kraju, w którym może jeszcze i nie rozmawia się wyłącznie po angielsku, ale robotę można już tylko znaleźć w english language. Mogę dokończyć pytanie?


- Możesz, możesz.

Zatem: ten Dali powiedział - bo czasem się odzywał, niestety, ale można mu to wybaczyć, tak dobrze malował…


- Tak, jak Kiepura – czasem niestety mówił.

Powiedział Dali Salvador tak: Geniuszem jest się tak długo, dopóki się wierzy, że nim się jest, czyli to chyba dobrze, że ludzie potrafią o sobie myśleć wyjątkowo, że czują jakąś legitymację uprawniającą ich do robienia tego co chcą robić. Gdybym ja nie był przekonany o tym, że mogę pisać, to nie miałbym prawa pisać niczego, to byłaby tragedia gdyby ludzie realizujący „misję przewodzenia narodowi” nie byli absolutnie przekonani i pewni swych kwalifikacji. Wolałbyś, żeby wszyscy – zamiast myśleć o sobie wyjątkowo – myśleli o sobie jak o pierwszym lepszym z narożnika?


- Co ty mi tu, co ja bym wolał, a co nie?! Definiujemy sytuację jaka jest. Mamy taką formację inteligencką, która uważa że przynależność do KULTURY WYSOKIEJ polega na obcowaniu z dziełami kultury i sztuki uznawanymi mownie za wysokie, przy jednoczesnej zupełnej degradacji sfery materialnej, rozumianej jako posiadanie domu, samochodu, dbania o ciało, o strój, maniery itd..

Zapominają, że żyją. I to wśród innych istot żywych?


- Tak. Im się wydaje, że jak się czyta „Czarodziejską górę”, to tą całą resztę można pieprzyć. Tymczasem mają takiego pieprzonego pecha, że wchodzimy do Europy, gdzie bardzo rzadko ktoś czyta „Czarodziejską gorę”, a jak już czyta to nie jest to świadectwo przynależności do wysokiej elity, bo tam się czyta i Simenona, i Forsytha i Ludluma też, ale jednocześnie ci ludzie bardzo dbają en bloc o to, żeby mieć umyty samochód zawsze, i czystą tapicerkę w środku też, umieć – w przypadku choćby prowincjonalnego burmistrza – wygłosić przemówienie, zgrabne, z początkiem, sensownym środkiem i zakończeniem, na zebraniu oraz na pogrzebie, umieć przeprowadzić zebranie, umieć kulturalnie zwolnić pracownika…

Przerywam ci, bo skąd ty to wiesz: gazet nie czytasz, telewizji nie oglądasz, mieszkasz na tym idealnym Zachodzie, czy jak? Można ci wierzyć w ogóle?


- Bywam tam. Bardzo często. Przypuszczam, że znacznie więcej przeróżnych miejsc zaliczam niż przeciętny Polak, z racji wykonywania zawodu dziennikarza.

A, chyba, że tak. To przepraszam, mów dalej.


- Ta formacja, do której my się podłączamy, bo innej nie ma: Europa ludzi zadbanych, wykształconych, kulturalnych, obytych…

Zaraz, zaraz, jak to: „innej nie ma”?!


- No, cztery mieszkania starej inteligencji w Kijowie, taka alternatywa jest. I teraz tak: my podłączamy się do tego zachodniego świata przez Unię Europejską, gdzie kulturę rozumie się jako sposób świadomego zasobu umiejętności wchodzenia w kontakty z drugim człowiekiem, ze społeczeństwem. Na to się składa i używanie szczoteczki trzy razy dziennie, i staranny ubiór i czyste buty, i z tym generalnie nie mają problemu ludzie młodzi, bo wyrośli przez te kilkanaście lat w sytuacji, w której coraz bardziej wypadało o siebie dbać, natomiast ludzie starsi, tkwiący korzeniami w starym systemie wciąż rozumieją WYSOKĄ KULTURĘ jako adorację paru uznanych pisarzy, oper czy sztuk teatralnych, a poniżej już nic. I w efekcie, mówiąc metaforycznie, facet czyta Manna, a potem mówi do drugiego faceta „spieprzaj dziadu”, zamiast powiedzieć na przykład: przepraszam, nie teraz, nie mam czasu. W tej sytuacji podział na KULTURĘ WYSOKĄ, kulturę niską nie ma sensu. Chętniej porozmawiałbym kulturze bycia.

Powiedz mi, czy gdybym czytał tego Manna, na przykład, miał auto typu porsche, mył je co dnia, buty od Lloyda…


- Ale wyczyszczone!

No wyglansowane nawet, zęby zdrowe, dezodorant Kenzo, golenie dwa razy dziennie, szczoteczka trzy, to ja już jestem WYSOKA KULTURA, czy jeszcze nie?


- To jesteś bliski świętości.

I bym się kwalifikował jako potencjalny obiekt zainteresowania takiego pisma jak „Wprost” wtedy?


- No wiesz, przypominałbyś Jamesa Bonda, a to jest taki współczesny święty, i to by było bardzo dobrze.

To ja ci zrobię taki ładny prezent: otóż oświadczam, że jedno się tylko nie zgadza w tym opisie sprzed chwili: nie mam auta typu porsche tylko schludne Audi A3.


- To jesteś kulturalny facet.

I mogę ci wierzyć?


- Tak. Jeżeli zależy ci na tym przymiotniku. Który jednak zobowiązuje do, na przykład, powiedzenia przepraszam, gdy się komuś nadepnie na but w tramwaju podczas szczytu. No bo jak inaczej ująć tę kwestię: pan jest kulturalny, bo co, chodzi pan na bieżąco do kina na premiery, bo pan czyta miesięczniki typu Więź, Znak czy Kino?… I to już rozgrzesza, pozwala zachowywać się jak cham w stosunku do ekspedientki w markecie, uprawnia do traktowania pracownika jak psa? Mnie to nie interesuje, taka kultura.

A może Doda, może interesuje cię ten rodzaj kultury, którego znakiem firmowym jest Doda?


- O dokonaniach muzycznych Dody nie wiem nic, a gdybym wiedział, to bym się na nich nie poznał, bo za słabo znam ten rynek i ten gatunek muzyki. Natomiast jestem w stałym kontakcie z Dodą, jako gościem niezliczonych portali internetowych, okładek kolorowych pism i gadżetów do nich dołączanych…

Ciekawe, jesteś w stałym kontakcie z Dodą, dzwonicie do siebie?


- Nie, no ja jej osobiście nie znam, ani ona nic nie wie o moim istnieniu.

A miałbyś coś przeciwko temu żeby do ciebie zadzwoniła, obraziłbyś się?


- Nie, dlaczego? Ani mnie to ziębi, ani parzy.

To dlaczego miałaby do ciebie dzwonić, skoro jej istnienie jest dla ciebie obojętne?


- No, gdyby miała jakiś interes, bo jestem dziennikarzem…. ale, nie… no…

Ale nie machaj ręką, proszę, bo to jest ciekawe; mówimy o ikonie naszych czasów, i kogo o to mam zapytać jak nie człowieka, który od lat zajmuje się tzw. kulturą w rozmaitych jej odmianach? Jesteś adresatem idealnym dla pytania: kto to jest Doda dla ciebie?


- Doda to jest znajoma z kolorowych pisemek i portali, która jest znana głównie z tego, że jest znana. Dziewczyna z Sochaczewa, bodajże, o której robi się głośno, bo ma na występach mikrofon w kształcie fallusa różowego, bo opowiada w telewizji, że lubi się bzykać, bo bierze sobie jakiegoś piłkarza, czy bramkarza…

Tyle wiesz o Dodzie, mimo że telewizji nie oglądasz?


- Doda jest wszędzie…

Nawet na tym rozpoetyzowanym przystanku bolkowym?


- Wszędzie, nawet jak się schylam po gazetę żeby tam coś z nią zrobić w celach higienicznych, to tam też jest Doda, po prostu: Dody nie można uniknąć w Polsce. Można nie wiedzieć o istnieniu Bronisława Geremka, ale nie można pominąć istnienia Dody. I ludzie uwielbiają masowo, całymi milionami czytać, i teraz o czym? O niczym. Że ktoś je, że ktoś lubi się bzykać, wyprowadza psa, podlewa pelargonie, wieczorem idzie do nocnego klubu, puszcza pawia, albo nie puszcza, tego typu głupawe rzeczy.

Ale zauważ, że to właśnie jest prywatność, i to cudza, a taka prywatność od początku istnienia gatunku ludzkiego była poszukiwana. Wielcy klasycy nie robili nic innego jak opisywali czyjąś prywatność na użytek masowych czytelników, oczywiście deformując ją literacko i mistrzowsko, a my tu mamy perfekcyjnie sfotografowaną bzdurę, ale jednak o cudzej prywatności. Ja bym nie czynił zarzutu ludziom z tego powodu, że są ciekawi czyjejś prywatności, że chcą się porównać, czy coś dobrze robią, czy źle coś robią, na przykład, czy dobrze wyprowadzają psa, czy podlewają pelargonie wystarczająco często. Taka edukacja przez podglądanie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że tu mamy do czynienia z wykreowaną czy mocno podsterowaną „prywatnością” na użytek milionów, które zapłacą za taki nieskomplikowany obrazek złotówkę, co pomnożone przez skalę daje wielomilionowe wpływy co tydzień. Prawdopodobnie Doda prywatnie to marzy o domu, w którym urodzi dzieci i będzie go zaludniać w spokoju i ciepłych kapciach, jak każda kobieta, nie obrażając tych, które o tym nie marzą.


- Prywatność Dody polega na tym, że ona gapi się w telewizor, spotyka się z facetem, potem podleje pelargonie i tak dalej, i w kółko.

No właśnie o tym mówię. Moja sąsiadka dzięki temu może sprawdzić czy podlewa pelargonie za często czy w sam raz, na przykład, czy żyje na topie, czy nie.


- Ale twoja sąsiadka nie pyta ile razy podlewa kwiatki profesor Geremek, tylko jak je podlewa Doda, bo dla niej on jest osobą nieczytelną.

Ja ciebie bardzo przepraszam, ale profesor Geremek jest trochę na własne życzenie nieczytelny dla mojej sąsiadki. Taki trochę antyk…


- Antyk?! Doda, która wykonuje pięć prostych czynności fizjologicznych, zna 20 słów po polsku…

Dwa tysiące, chyba!


- Słucham?

No bądź miły, tysiąc słów. No chociaż trzysta, co?


- Trzysta dwadzieścia pięć słów po polsku. To jest akurat tyle, ile zna przeciętny wielbiciel Dody, i on chce, żeby to tak było: pikuś, pelargonie, bzykanko, różowy mikrofon, nocny klub – trzysta słów, i tyle, nie mącić mu świadomości żadnymi…

To już mamy zdefiniowanego, przez ciebie wielbiciela Dody. Weźmy teraz kogoś kto chodzi na odczyty – nie wiem czy się jeszcze odbywają, ale są dostępne w Internecie – Leszka Kołakowskiego. To te dwa „klany” wyznawców mają się ćwiczyć we wzajemnej pogardzie, zwalczać, jak kibole Pogoni i Lecha?


- Nie, dlaczego? One mogą nawet o sobie nie wiedzieć.

Ja cię znowu przepraszam, jak mogą o sobie nie wiedzieć?! Z tego co mówisz wynika, że masz do Dody stosunek, powiedzmy – nienapastliwy, zaledwie…


- Mnie ona ani ziębi ani parzy.

… a są ludzie, dla których ona jest ikoną, i ty dobrze wiesz, że oni są, a oni wiedzą o istnieniu takich jak ty…


- I co? My się ocieramy o siebie w kolejce i na chodniku piętnaście razy dziennie, ale ja się ocieram i o schizofreników - którym nie jestem, ocieram się o alergików – akurat jestem alergikiem, ocieram się o leworęcznych – którym nie jestem, i czy to nam wszystkim przeszkadza? To jest ruch bezkolizyjny na szczęście. I tu jest miejsce dla kultury. Żebyśmy wszyscy, naraz, na jednym i tym samym hektarze gruntu byli wielbicielami: raz Dody, raz Kołakowskiego, chodzili na koncerty hip-hopowe, na odczyty, lubili lolitki i starsze panie, i panie w średnim wieku, żebyśmy kulturalni byli.

Ty o tolerancji mówisz.


- O kulturze!!! Ale jak to jest ci potrzebne, to okay, nazwij to sobie tolerancją. I tyle było by mojego manifestu w sprawach pojęć kluczowych, tak to nazwijmy.

I mogę już wyłączyć dyktafon?


- Tak, tym czerwonym.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.