19 września 2018, środa

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Chyba z powodu urodzin Bowiego przypomniał mi się ten stary sen











Dzisiaj w nocy, około drugiej, przyśnił mi się Michael Jackson. Postanowiłem mu o tym opowiedzieć.



Usiadłem na kamieniu w cieniu cedru przy bramie do jego osobistego domku i czekałem aż wróci z roboty. Czekałem długo. Widać mocno musiał być tego dnia zajęty pracą nad podtrzymywaniem swojego wciąż jeszcze chodliwego wizerunku bestii ze zrujnowaną twarzą, śpiewającej, tańczącej i procesującej się z nieletnimi podstępnie wabionymi do Jacksonlandu oraz trwoniącej miliony dla kaprysu.

Wypaliłem pół paczki i kończyłem ćwiartkę kolorowej, kiedy się wreszcie  zjawił. Najpierw usłyszałem narastający z oddali dudniący odgłos jego sfatygowanego dżipa (- Wciąż nie miał czasu pojechać do blacharza pospawać tłumik – skonstatowałem. - Cały Michael) a potem dojrzałem auto z trudem rzężące pod górę długiego podjazdu. Był sam. Już lekko nawalony i bez maski, ale jeszcze w czerwonych portkach od jakiegoś munduru z piosenki.


- Jesteś sam? – zapytał w ramach powitania.


- Zawsze jestem sam.


- Ty sobie możesz na to pozwolić – zauważył z wyrzutem. - Byś otworzył bramę?


- Znów nie kupiłeś bateryjek do pilota!


- Zalatany jestem, naprawdę. Kurcze, coraz więcej tych młodych się rodzi zdolnych i nic nie można na to poradzić. Muszę nieźle kombinować żeby się utrzymać, możesz mi wierzyć.


- Wierzę – powiedziałem i otworzyłem wrota.


- Śniłeś mi się dzisiaj o drugiej w nocy. Wpadłem, żeby ci o tym powiedzieć.


- Dobrze zrobiłeś, dzięki. Rany, jaki jestem skonany - Michael opadł na fotel kupiony na wyprzedaży.


- To może zajdę innym razem?


- Zostań! Naprawdę dzięki, że ci się śniłem. Nie wiesz ile to dla mnie znaczy.


- Wyluzuj Majk, już możesz.


- To od czego zaczniemy? – zapytał już zwyczajniej po ludzku.


- Właściwie już zacząłem, od kolorowej – wyznałem szczerze.


- Ja też wziąłem kilka łyków jakiegoś octu, wiesz jak to jest, jak musisz po całych dniach latać publicznie w jakimś idiotycznym mundurze i udawać kogoś, za kogo chcą cię brać…


- Trochę się tylko w tym może i orientuję, bo wciąż bezkarnie mogę mieć takie hece w dupie.


- Zazdroszczę ci – wyraźnie poweselał, mając w szybkiej perspektywie niekrępujące i terapeutyczne łojenie. - A zazdrość moja złożona jest; wielowątkowa i wielopłaszczyznowa, ale ogólnie jest, i szczera, prosto z mózgu; naprawdę można wierzyć w czystość szczerości moich radosnych intencji. Zero fałszu, po prostu zdrowe, dziewicze, prymitywnie ludzkie, kulturalne uczucie. To może byśmy wzięli coś takiego, o, takie tutaj słodkie coś więcej mam, wygląda przyjemnie – pokazał mi wyjęty zza fotela napoczęty litr czystej.


- A miałbyś coś, tego?…


- Tak więcej piwo, czy kolę?


- Niech będzie kola.


Wypiliśmy. I od razu drugi raz.


- A co tam słychać na mieście? – zapytał, i widać było, że jedynie dla podtrzymania rozmowy pyta, że w tym pytaniu o wszystko, tylko nie o odpowiedź idzie, bo myślami jednak wciąż jeszcze był w pracy, co mnie nie obrażało – bo prawie nic nie jest już w stanie, a co dopiero Michael - ale podkurwiło odrobinę jednak.


- Wciąż wszyscy wszystkich oszukują dla braw i pieniędzy – zbyłem pytanie ogólnikiem i polałem czekając aż wreszcie stanie się tu obecny. Wypiliśmy.


- Coś ci puszczę, takiego Rachmaninowa sobie kupiłem na płycie czy coś, fajne bardzo, szkoda, że ci moi nie robią takich kawałków.


- Musisz?


- Naprawdę ci się spodoba – kusił, a ja dalej nie miałem ochoty na żadną orkiestrę.


- Dobra zapuszczaj, ale pod warunkiem, że zatańczysz do tych kawałków.


Michaela nie trzeba było dwa razy prosić, bo taniec to był jego naturalny stan po wódce, i tańczył magicznie i wciągająco. Cały Michalel, prosty Murzyn po pracy. Cieszyłem się, że udało mi się go wypreparować z roboty, która stawała się już jego nawet nie codziennością ale obsesją. Dokończyliśmy butelkę, ale miał następną. Zapomniałem z czym już do niego przyszedłem, nie opowiedziałem mu mojego snu o Michaelu Jacksonie. Tak bywa, gdy można za darmo, za dużo i bezkarnie. Rano, jeszcze przed świtem, obudził mnie odświeżony, w masce i w wykrochmalonym mundurze – czarnym i w cekiny.


- Muszę pruć, żeby obudzić się w mojej posiadłości jak należy – wytłumaczył się. – Jak będziesz wychodził, zostaw klucze nie pod wycieraczką, bo jeszcze jakaś łajza mi tu wlezie, ale w tym pomarańczowym żółwiu pod rododendronem wiesz gdzie.


- Jasne, Michael – potwierdziłem co do mnie rozmawia, a po chwili do obolałej głowy na mojej szyi dotarł charkot silnika z rozwalonego tłumika auta staczającego się po pochyłości zjazdu.  Wstałem koło południa i posprzątałem grabiami i szmatką, czyli zatarłem wszystkie, nawet najdrobniejsze ślady mojej obecności w domu Jacksona tak, jakby mnie tu w ogóle nigdy nie było. Wróciłem do siebie i spałem sobie do wieczora. Kiedy otworzyłem oczy, wzrok od razu napotkał znajome scenografie  i poczułem się u siebie jak zawsze; nie miałem nawet pewności czy w ogóle gdzieś się stąd wczoraj ruszałem, czy tylko tak mi się śniło. Włączyłem Internet i nigdzie nie było wzmianki o Michaelu Jacksonie i o mnie; kompletnie nic się nie stało, rzeczy dalej działy się jak powinny. Uspokojony, mogłem pozwolić sobie na dalszy spokojny sen. I sobie pozwoliłem...


Budzik dzwoni jakby był za darmo.
W radio puszczają, że Bowie ma urodziny.


Rysunek: Tomasz Bohajedyn


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.