12 grudnia 2018, środa

Człowiek na rowerze

Ludwik Cichy

Człowiek na rowerze, cz. 1 (opowiadanie)

 

Na 60-te urodziny postawię w ogrodzie słup ogłoszeniowy i od razu, kiedy rano wstanę, to przeczytam i zaraz wszystko będę wiedział. Nic mi się już nie zapomni.

 

 

Rysunek: Andrzej Bobrowski


 

 

 

Pojęcia nie mam, co mógłbym teraz robić w Berlinie. Jestem w mieście, z którym większość ludzi na świecie łączy tylko to, że nigdy tu nie przyjadą. Jadę rowerem. Mijam ostatnie zabudowania. Mały chłopiec przed sklepem przygląda mi się i ze stulonej dłoni wyjada orzeszki.

 

30 lat temu nie było tu żadnego sklepu. Ani drogi rowerowej. Jeździłem tędy na rowerze ojca. Dawał mi go w soboty, na godzinę. Gromada starszych pań z kijkami nordic rozpierzcha się nagle na boki jak stado kuropatw, chociaż dzwonię od jakiegoś czasu. Nie zatrzymuję się, może powinienem? Gdy się oddalam zbijają się w gromadkę i ożywiają. Mówią głośno, żebym słyszał. Cham, szalejący na szpanerskim rowerze, który wytrącił je z rytmu odchudzania po niedzielnym obiedzie.

 

Wyjeżdżam z półmroku lasu, jasność łąki prosto w oczy, pod słońce pędzi do mnie pies. Jest duży. Oślepione oczy nie rozpoznają jeszcze czy to rottweiler, doberman czy przerośnięty stafford; bije od niego charakter typu bydlę. Piorunuję go wzrokiem, pokazuję zęby, warczę cały od środka. Pies zwalnia. Jestem niejadalny.

 

Długa monotonna prosta. O czym myślę? Na 60-te urodziny postawię w ogrodzie słup ogłoszeniowy i od razu, kiedy rano wstanę, to przeczytam i zaraz wszystko będę wiedział. Nic mi się już nie zapomni. Ojciec umarł w wieku pięćdziesięciu lat, więc najpewniej nie przekroczę pięćdziesiątki, nie będzie żadnego słupa w ogrodzie.

 

Przejeżdżam przez wieś, mijam następną, zatrzymuję się w oazie przy ścieżce rowerowej. Pusto, jestem sam. Ćwiczę trochę na ławce, podciągam się na beli stropowej wiaty. Nadjeżdżający samochód zwalnia. Przyglądają mi się, nawet nie skrywają rozbawienia. Kobieta na tylnym siedzeniu wgryza się w hamburgera. Albo w wielką skibę?, nie dowiem się, już odjechali. W moim kraju, co rano rzuca się na chleb jakieś 9 miliardów zębów. Każdy  ma swojego dentystę, wszystkie chcą żuć gumę z reklamy. Dla zdrowia. Dentyści zacierają ręce, interes się kręci.

 

Guma, największy wróg zębów – nigdy nie słyszałem tego zdania z ust dentysty. Jestem sam, ręce wzdłuż tułowia, dłonie wsparte na brzegu ławki, wyprostowane nogi skrzyżowane daleko przede mną, nie przeszkadza mi syf wokół kosza na śmieci, ani papiery i flachy za plecami. Za polem oziminy, ponad wierzchołkami drzew widzę stąd dach. Kiedyś – żywa czerwona karpiówka, teraz zszarzała, omszała plama. Znam ten dom, wciąż potrafię poruszać się po obejściu: staw, pomost z brodami wodorostów, łódka, olchy, po lewej drewniane wrota w wielkiej ścianie stodoły, po prawej stajnia na 30 boksów, wybrukowana aleja lipowa prowadząca pod dom z wysokimi sufitami. Za nim padok przechodzący w park, nasza ławka, nasz mostek nad strugą, nasze rozmowy, pierwsze trzymanie się za rękę, początek liceum… Jola.

 

Równo pół wieku temu człowiek radziecki pierwszy poleciał w kosmos, a nawet na księżyc, w sumie 100 kilometrów od Ziemi, trochę dalej niż do Poznania, ale w górę. W Poznaniu mieszkamy w różnych akademikach, zdaliśmy na jakieś studia przypadkowe, każde na inne. Zbliża się wojna jaruzelska, umawiamy się na Moście Teatralnym. Coś się dzieje. Tłum ludzi, nigdy nie widziałem tylu w jednym miejscu, naprzeciwko ściana ciężkozbrojnych zomowców. Wskakuję na tramwajową wiatę i dostrzegam twoją czerwoną czapkę zaledwie parę metrów dalej. Jesteś… szepcesz mi do ucha przestraszona, gdy cię obejmuję. Tłum faluje nagle, zomowiec w ciężkich buciorach, z pałą, w przyłbicy goni kogoś. Potrąca ciebie, w każdym razie wydaje mi się, że mógł się o ciebie otrzeć. Puszczam się za nim, podcinam od tyłu, drab wali na pysk o bruk, tłum zamyka się nad nim. Jakieś ręce poklepują mnie po ramionach, ktoś ściska mi dłoń i daje kartkę z powielacza. Przez moment jestem bohaterem. Początek legendarnej kariery? Pół godziny później czytamy tę kartkę w twoim pokoju, to informacja o zebraniu konspiracyjnych struktur. Nie pójdę na nie. Twój ojciec wynajmuje ci mieszkanie, dla bezpieczeństwa, tyle się słyszy o tych akademikach. Prawie nie ruszamy się z niego przez pół roku.

 

Twardość ławki, na której siedzę bez ruchu. Jak długo? Zimno, ruszam na najniższym przełożeniu, żeby szybko rozgrzać lodowaty pot. Wzdłuż drogi stare jabłonie z gruzłowatymi naroślami na pniach. Wciąż świeci słońce, ale jeszcze nie ma liści. Amerykanie właśnie skonstruowali sztuczne liście, generujące energię przez fotosyntezę - EKOLOGICZNE! Dlaczego przypominam sobie akurat to zdanie? Ze względu na beztroską głupotę? Nagła potrzeba głupoty, niezobowiązującej do niczego, bez konsekwencji, bez konieczności przewidywania następstw, żeby broń boże czegoś nie przegapić na ważną przyszłość.

Drzewo rodzynkowe, każdy owoc półtora kilogramowy zawiera gotowe popaczkowane torebki – nie miałbym nic przeciwko temu. Zaczynam być głodny.  Na dodatek nie mogę sobie przypomnieć twojej twarzy. To znaczy, nie pamiętam jej dokładnie, zacierają się szczegóły.  Z alei bezlistnych jabłoni wjeżdżam w półmrok kolejnego lasu. Pojęcia nie mam co mógłbym teraz robić w Berlinie.

 

Cdn.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

kjocrlyGmjxiotMldQ (0)~xDDVcOjQ, 2011-04-25 17:46:41

AFAIC that's the best aswner so far!

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.