16 grudnia 2019, poniedziałek

Człowiek na rowerze

Ludwik Cichy

Człowiek na rowerze, cz. 6 (opowiadanie)

Za jeziorem, u stóp zbocza, na którym leżeliśmy pojawiła się rozgrzana do czerwoności pręga, a potem tarcza słońca zaczęła rosnąć. Patrzeliśmy jak urzeczeni. Spojrzałaś na mnie tak, jakbym to ja ci to wszystko ofiarował.

Grafika Andrzej Bobrowski


 

 

Cz. 6

 

 

Nasz bal maturalny. Byłaś zachwycona moim pomysłem, żeby zostawić tę budę buzującą muzyką i grupową radością i wyruszyć na poszukiwanie skarbu, z dala od wszystkich i wszystkiego. Parę przystanków podmiejskim, jakaś pusta nocna stacja, potem noc pod gołym niebem. Świtało już, gdy coś trącając mnie w nos, kazało otworzyć oczy. Wielki łeb, potworny, widziany w perspektywie od dołu na tle przecierającego się nieba. Wyrwałem jak opętany. Tętent oddalającego się konia. Nie spałaś już. Podparta łokciami na kopcu siana oglądałaś tę scenę i śmiałaś się. Za jeziorem, u stóp zbocza, na którym leżeliśmy pojawiła się rozgrzana do czerwoności pręga, a potem tarcza słońca zaczęła rosnąć. Patrzeliśmy jak urzeczeni. Spojrzałaś na mnie tak, jakbym to ja ci to wszystko ofiarował.

 

 

Powrót rannym, kompletnie pustym pociągiem; mam nadzieję, że nikt nie był świadkiem naszego całowania, a może i był? Rodzice nie pozwolili ci na wakacje ze mną, nad morze pojechałaś sama. Przez tydzień pozwoliłem ci się marnować z jakimiś wieśniakami z trójmiasta. Siedem dni trwało zanim cię odnalazłem. Byłaś obrażona, myślałem, że za dziką i prymitywną w sumie awanturę, jaką urządziłem tym wieśniakom.

- Całe siedem dni... – powiedziałaś. – Mam ochotę cię sprać. Dajesz mi taką swobodę i niezależność, że to mnie obraża.

Obudziliśmy się na plaży. Wzdłuż brzegu morza szwendał się tam i z powrotem zagubiony, wychudzony (jak myśleliśmy) hart. Zżarł nasze biszkopty, potem wykąpaliśmy się we trójkę i zaczęliśmy rozmyślać, co dalej, co zrobimy z naszym psem, którego nazwaliśmy Chudy. Rozległ się gwizdek i Chudy pognał jak oszalały do swoich państwa, plażujących gdzieś na wydmach. Znów mieliśmy przed sobą dzień, z którym mogliśmy zrobić, co tylko nam się podoba, nie troszcząc się o nikogo i o nic na świecie; świat nie miał wtedy do nas dostępu.

 

 

Z PUNKTU WIDZENIA GATUNKU. Byliśmy całkowicie niepożyteczni, kompletnie nieprzydatni, a nawet szkodliwi. Ty i ja.

 

 

Odgłos dywanów trzepanych zaciekle na wiejskim podwórku. Za wsią łąka pnie się pod górę, na szczycie dwie limuzyny, dwie rozwojowe rodziny spacerują na skraju starego lasu sosnowego (sosna czarna, pinus niger). Zwalniam, dyskretnie, w końcu mam prawo - pod górę. Gromadka dzieci, mały piesek i większy pies, kobiety spoglądające na swoich facetów fotografujących komórkami krajobrazy, potem pokazujących sobie to na swoich ekranikach, porównujących piksele, rozdzielczości i inne ostrości, wymieniających techniczne uwagi na temat możliwości albo przewag jednego aparatu nad drugim. Spacer. Dwie rozwojowe rodziny i ich absolutna wiara w cudowną moc sprawczą spacerów, jako panaceum na wszystkie miażdżyce współczesnego świata.

 

 

Dojeżdżam do domu bogacza. Jest teraz jeszcze większy. Na planie pałacu. Z ciężką bramą i podjazdem pod wejście z kolumnami. Przez trzydzieści lat obrósł nowymi zabudowaniami, altankami, mostkami na strumieniu, egzotyczna roślinność eksplodowała do gigantycznych rozmiarów przyciętego ze znawstwem parku. Trudno przestać być bogatym. Łatwiej jest wciąż nim być. Osobiście słyszałem tylko o dwóch przypadkach ludzi, którzy sami zrezygnowali z bogactwa, i od razu tak porazili niezwykłością, że czyn wyniesiono do rangi świętości: św. Albert i św. Teresa.

 

 

Zapach czereśni? Na wiosnę? Absurdalne, a jednak. Mam ochotę na czereśnie, i pluć pestkami przed siebie.

 

 

Nasz prawdziwy bal maturalny, albo coś w jego rodzaju: dwudziesto-, albo inne stulecie matury, balowy zjazd w sali wynajętej w starym parku dla wariatów i nerwowo chorych. Zjawiam się niespodziewanie dla samego siebie, w dobrej marynarce redaktora naczelnego największej wtedy (wg nakładu) gazety w kraju. Mam dosyć i chcę się gdzieś napić, zrealizować w spokojnym, bezpiecznym otoczeniu zdrową ludzką potrzebę wywyższenia się nad innych, popisać wśród ludzi, z którymi nic mnie nie łączy, żadne interesy. Ty zjawiasz się w trakcie zabawy. Jesteś ubrana tak, jakbyś wyskoczyła po zapałki do kiosku albo wynieść śmieci: dżinsy, jakiś sweter; nie chcesz kłuć w oczy możliwościami, przewagą, jaką daje ci życie w kraju o dwadzieścia lat do przodu. Wszyscy dostrzegają twoje wejście, domyślają się intencji, kłujesz bardziej niż gdybyś wparadowała w sukni w mercedesy. Wypijam jeszcze dwa. Wychodzimy na ławkę, wokół przechadzają się wariaci i nerwowo chorzy. Przywiozłaś dla mnie torebkę czereśni. Siedzimy i plujemy pestkami przed siebie. Mówisz mi, że twoja matka kiedyś wspominała mnie, żałowała, że tak się marnuję w tych gazetach. Wtedy parsknąłem śmiechem, dzisiaj bym nie parsknął. Twój nastoletni syn gra na gitarze, ale kompletnie nie ma słuchu, gra tylko, żeby podrywać dziewczyny.

- Też grałem wyłącznie z tego powodu.

- Ale ty grałeś cudnie.

- Bo chciałem cię poderwać.

Śmiejesz się. Plujemy pestkami przed siebie. O nic nie pytam, o czymś rozmawiamy, plujemy.

- My w ogóle nie używamy alkoholu... – chcesz zacząć opowieść, ale przerywam ci:

- Ja nie zawsze jestem pijany, jak teraz, a nawet bywam zupełnie nie pijany, potrafisz uwierzyć?

Wyglądasz jakbyśmy się rozstali wczoraj, w ogóle nie widać upływu lat.

- W ogóle się nie zmieniłeś – mówisz czytając w moich myślach?

Para młodych – starych ludzi, bez wieku i bez przyszłości.

- Można? – na ławce na przeciwko przysiada kilkoro wariatów i nerwowo chorych, wspaniale wytrenowanych do markowania normalności. Zaraz zaciekawią się, z którego jesteśmy oddziału. Częstujemy ich czereśniami i wracamy na salę, z której grzeje niedobra muzyka. Przy której rozbawieni koledzy brzuchacze w rozpiętych koszulach, z krawatami przewiązanymi na udach, twistują ku uciesze dam wyćwiczonych do roli tła.  Przysłałaś mi ogólną kartkę, odesłałem ci ogólny list.

 

 

 

Kurki nioski, młode, tanio. Punkt wymiany butli. Schody tanio! – trzy ogłoszenia na leśnym rozdrożu. Paradne. Zaczyna padać. Nie przeszkadza mi deszcz. Zaledwie go zauważam.

 

 

Cdn.

 

Grafika Andrzej Bobrowski

 

Wszystkie dotychczasowe części w dziale "Człowiek na rowerze", manu po lewej.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.