26 czerwca 2017, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Nowa książka

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Wiosna (opowiadanie)



Na łące stały łagodne, rozmarzone krowy, a pomiędzy nimi wałęsały się gęsi. Gęsi przyleciały z dalekich, egzotycznych krajów, krowy były tutejsze. Poruszyła się ziemia i najbliższa krowa potrząsnęła nerwowo łbem, inne nie zwróciły na to uwagi. To nie było trzęsienie ziemi, po prostu kret usypywał kolejny kopiec, zaczynając od spodu. Gęsi miały w sobie gotowe do zniesienia jajka, niektóre dwa, inne pięć, a jedna siedem. Dokądkolwiek szły gęsi, tam razem z nimi podążały te jajka. Wieczorem wszystkie przeniosą się na trzęsawiska wokół jeziora, ale teraz są jeszcze na łące. Trawa nie jest wysoka, bo dopiero ruszyła na wiosnę. Gęsi bardzo lubią taką młodą, soczystą trawę, krowy jedzą ją także, bo innej jeszcze nie ma. Rzeką, którą lato zamieni w wysychającą strugę, płynęły węgorze. Nad zagajnikiem wikliny przy wodnym zakolu, górowała stara olcha z gniazdem misternie tkanym przez remiza. Lis, który przywarował do ziemi w cieniu zagajnika obserwował gęsi. Przepuścił już parę dobrych okazji, a nawet teraz, mimo że gęś zbliżyła się na długość skoku, nie zaatakował. Powstrzymywała go ostra woń człowieka przynoszona przez wiatr z krzaków czeremchy, gęsto porastającej drogę po przeciwnej stronie stada krów. Lis niepotrzebnie się powstrzymywał, bo człowiek w krzakach był teraz niegroźny, a nawet w ogóle go tam nie było; pozostał po nim but - gumofilcowy kalosz, dobrze przepocony, bijący ciężkoprzystojną, męską wonią pegeeru. Ale tego lis nie mógł wiedzieć, ani tego, że człowiek ten powróci do stanu trzeźwości bez jednego buta, w dodatku prawego.


Rysunek: Andrzej Bobrowski


Gostyńska 36 komentarzy: 1

Gdzieś jutro, pod niebem (opowiadanie)








Do naszego domu przylegała pustynia. Za oknem piasek ciągnął się aż po horyzont. Nie rosło tam nic. Mieszkały tylko surykatki, z którymi się nie przyjaźniliśmy, oraz piesek stepowy, który ciągle spał, więc jakby go nie było. Kiedyś żyły tu jeszcze dwa pustynne pająki, ale się zeżarły: najpierw jeden zaczął żreć drugiego, a gdy ten się zorientował, zaczął pożerać pożerającego, i szło im mniej więcej po równo tak, że skończyły równocześnie i... zniknęły. Odtąd mieszkaliśmy sami i nikt nam nie przeszkadzał.


W niedzielę postanowiłaś odwiedzić ciotkę mieszkającą dwie pustynie dalej. Ja wziąłem koszyk i poszedłem na skały nazbierać soli, bo nam się kończyła. We wtorek wyszłaś do fryzjera, żeby zmienić wygląd. Ja zostałem w domu, bo soli nazbierałem już w niedzielę. Leżałem na plecach i liczyłem pory na naszym suficie, gdy przyszła ta dziewczyna. Zapytała, czy mogę pożyczyć jej trochę soli, bo jej się skończyła. Pożyczyłem jej sól, porozmawialiśmy o bzdurach i sobie poszła. W piątek wybrałaś się na fitness żeby schudnąć, chociaż mówiłem, że nie musisz chudnąć. Dziewczyna zjawiła się zaraz po twoim wyjściu, odniosła pożyczoną sól, chyba tę samą, którą jej dałem we wtorek, ale pewności nie mam, bo każda sól smakuje identycznie. Naplotła trochę głupot, więc ja też solidarnie naplotłem, a potem sobie poszła. W sobotę wyszłaś do oazy, wykąpać się w wodzie z minerałami. Dziewczyna długo nie przychodziła, ale w końcu się zjawiła. Od razu przeprosiła za spóźnienie, a ja, żeby pokazać że nic nie szkodzi, dałem jej twoje ulubione jabłko. Pytałaś mnie później, gdzie jest twoje ulubione jabłko, a ja okłamałem cię pierwszy raz mówiąc, że chyba ci się tylko zdawało, że tu było jakieś twoje ulubione jabłko. Przez miesiąc nie wychodziłaś z domu i już prawie zapomniałem o tej dziewczynie, ale kiedy poszłaś do krawcowej po nowy strój, dziewczyna znów się zjawiła, z pieskiem stepowym. Zapytała, czy nie zginął mi piesek, a gdy odpowiedziałem że nie, poszliśmy razem odnieść go tam, gdzie go znalazła. Piesek stepowy był bardzo zaspany i gdy tylko włożyliśmy go do jego nory na pustyni, z jej wnętrza dobiegło chrapanie. Następnego dnia wyszłaś po nowe rzęsy do oczu, chociaż tłumaczyłem, że stare są jeszcze dobre, ale ty uparłaś się że do nowego stroju stare nie są dobre. Wróciłaś wieczorem z katalogiem. Nalegałaś bym go oglądał razem z tobą, a kiedy odmówiłem i poszedłem spać, wpatrywałaś się w kartki przez całą noc. To był katalog nowych nosów. Rano wziąłem koszyk i poszedłem na skały po sól, ale soli nie znalazłem. Wróciłem do domu bez soli, a ciebie nie było. Zostawiłaś kartkę, że wychodzisz po nowy nos i wrócisz późno bo salon z nosami jest o trzy pustynie stąd. Pierwszy raz użyłaś słowa salon. Dziewczyna przyszła jak tylko skończyłem czytać twoją wiadomość. Zapytała, czy nie potrzebuję soli. Powiedziałem, że potrzebuję, więc wyjęła z koszyka, który ze sobą przyniosła, małą grudkę i podała mi, żebym spróbował czy mi smakuje. Spróbowałem, a potem podałem jej i ona też spróbowała. Tak zjedliśmy naszą pierwszą grudkę soli. Wróciłaś dopiero nad ranem, z nowym nosem, który mi się podobał, bo wyglądał jak stary, chociaż był nowy. Z triumfalną miną podałaś mi dwa katalogi z nowymi pępkami. Nie pojmowałaś, jak mogę nie chcieć oglądać nowych pępków, gdy ty bardzo chciałaś je oglądać. Wieczorem, kiedy szedłem spać, ty wciąż nie odrywałaś oczu od nowych pępków w katalogach. Rano odgoniłem trzy surykatki, które chciały ukraść sól z naszej spiżarni. Nakrzyczałem na nie i zagroziłem, że jeśli spróbują jeszcze raz, to pogadamy inaczej. Zdziwiłaś się tą sceną, powiedziałaś że nie miałaś pojęcia, że jestem na tyle staroświecki, żeby rozmawiać ze zwierzętami. Przeprosiłem i obiecałem, że to się więcej nie powtórzy. Była niedziela, a po niej był poniedziałek. We wtorek, gdy jeszcze spałem, wyszłaś z domu nic nie mówiąc, a ja wiedziałem, że udałaś się po nowy pępek. Przez dzień zastanawiałem się, czy już za tym razem odkryjesz katalog nowych marzeń, beze mnie? Dziewczyna zjawiła się dopiero nazajutrz rano. Przybyła na wielbłądzie osiodłanym do drogi. Usiadłem tuż za nią. Zwierzę ruszyło najpierw leniwie, a potem pokłusowało przez piach. Obejrzałem się, żeby zobaczyć nasz dom, ale wydma zdążyła go już przesłonić.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Z ostatnich odkryć (opowiadanie)



Przyjęcie nie kończyło się jeszcze, ale już było widać że rozpoczęło się na dobre. W wielkim, starym, dobrze utrzymanym ogrodzie podawano mięsa, sałatki i alkohole. Nikt się tu z nikim nie kłócił, opowiadano zabawne historie, a panie dobrze wytrenowane do roli tła wybuchały śmiechem, kiedy tego oczekiwano. Rozejrzał się, i dostrzegł wokół siebie znajomych w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat. Nieliczni młodsi, niczym nie różnili się od półwiecznych kolegów i ich żon. Postanowił to przemyśleć samotnie w parku po drugiej stronie ulicy. Na przejściu dla pieszych zatrzymało go długie czerwone światło. Czekając na zielone, uzmysłowił sobie, że właściwie już może mieć wszystko; każdą rzecz, którą są w stanie kupić mu jego pieniądze. Ta dostępność wszystkiego, wobec jego ograniczonych, minimalnych potrzeb wydała mu się urągająca inteligencji. Na drugą stronę ulicy przeszedł na zielonym już człowiek inny niż ten, oczekujący na czerwonym. W parku doszedł do drewnianego mostu nad rzeczką przecinającą aleję dębowych olbrzymów. Oparł się o balustradę i spojrzał na rybę w wodzie. Ryba patrzyła mu prosto w twarz.

- Jak dobrze, że są surowe ryby – pomyślał głośno pod wpływem prostoty sytuacji. Nie wiadomo o czym pomyślała ryba. Gdy odpłynęła, został sam. Postał chwilę, licząc nie wiadomo na co, a potem zadzwonił po taksówkę i kazał się odwieźć do domu.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Słodziaki (opowiadanie)

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Książka,


Książka, którą napisałem, żeby mieć na narkotyki i dziwki
, Marek Raczkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, cena 39 zł



Magda Żakowska pyta, Raczkowski odpowiada

fragmencik - str 163:


(…)
A ja myślę, że jeśli mężczyzna pójdzie

raz na jakiś czas na mecz, to potem jest

zdrowszy.

- Ja również. Ale znajdź mi mężczyznę,

który chodzi na mecze i jednocześnie mógłby

być moim przyjacielem. Ja takiego nie widzę.

I doświadczenie podpowiada mi, że od takiego

mężczyzny - przy ogromnej nawet bliskości,

jaką byłbym w stanie z nim osiągnąć - usłyszę

po pewnym czasie rzewną historię o tym,

jak bardzo podle są kobiety i jak źle go traktują,

a na starość skończymy, grając razem w totolotka.

Dziękuję bardzo za takie zdrowie.


To jest chyba stereotyp. Tomasz Lis chodzi

na mecze. I Jerzy Pilch!

- Ale Jerzy Urban nie chodzi na mecze.

Mój przyjaciel od taksówkarza - nigdy w życiu

na meczu nie był. Ja nigdy nie byłem na meczu.

Czy twoim zdaniem Witold Gombrowicz

chodziłby na mecze i podniecał się futbolem?

A może Witkacy? A Żeromski?


Albo Schulz?

- Właśnie! Schulz! On by najwyżej oglą -

dał tenis kobiet. Albo ping-ponga! Wyobraźmy

sobie trzech panów: Schulza, Witkacego i Gombrowicza

w Krakowie, jak idą razem na mecz.

Najebany kompletnie Schulz krzyczy: ,,Wisła

chuje!", a Witkacy z Gombrowiczem idą za

nim pochłonięci rozmową, bo omawiają bramki.

(…)





fragmencik - str 170


- Ile razy coś zgubiłem i pytałem ją (babcię Marka ) czy

tego nie widziała gdzieś może, odpowiadała:

,,Tak! Żydzi nieśli na kiju!". Często zresztą słowo

,,Żyd" pojawiało się u niej w negatywnym kontekście,

ale żartem. To był taki niewinny przedholocaustowy

antysemityzm. Dzisiaj na miejscu

Żyda pojawiłby się pewnie u niej Rumun

albo Arab. Zauważyłaś, ze Arab stał się takim

współczesnym Żydem? Znowu mainstreamowe

media próbują nas wszystkich przygotować na

to, że jest grupa - Arabowie - potężnie szkodliwa,

którą w końcu będziemy musieli zajebać.

 

Jeszcze o książce, którą polecamy - Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Wtorek - dzień jak każdy, więc jak każy trzeba uszanować


Pijaki (opowiadanie)

Spadł deszcz i burza zaczęła straszyć wszystkimi swoimi przyborami do straszenia. Osiem przemoczonych, czarnych wron poderwało się ze śmietnika słysząc kroki, i poleciało, ale nie wiadomo dokąd, bo wyłączyli prąd, i noc błyskawicznie zjadła wszystkie kształty.

 


Svetlana Bobrova


W przerwach pomiędzy biczami lodowatej wody – starając się nie następować na kreski i krzyżyki chodnika - jeden pijak wracał właśnie z wódki, a drugi akurat szedł się upić, spotkali się przy śmietniku.

 

 

- O Romek cześć, nie miałbyś czasem oddać moje 40 groszy?

 

- Już dawno ci chciałem, ale coś cię nie było.

 

- W porządku jesteś, Romek, a idziesz na miasto? Dobrze robisz bardzo; w naszym wieku trzeba każdy dzień już szanować: jak możesz wypić dzisiaj, nie odkładaj na jutro, bo może jutra nie być. Chcesz, to pójdę z tobą, tyle mogę dla ciebie, jesteś w porządku Romek, wiesz?

 

- Nie... idź do chaty i daj psu źryć lepiej i się wyśpijcie.

 

- Ale nie mam psa. Aktualnie. Jak chodzi o psa albo o mnie. Kiedyś robiłem zdjęcia mojej mamie, bo fajnie wychodziła na zdjęciach, później pstrykałem żonę, też fajnie wychodziła na zdjęciach, później psa, ale... o!, popatrz, włączyli latarnie...

 

- No to se włączysz wiadomości, podobno Ameryka bankrutuje, obejrzysz co i jak.

 

- Romek, ale ty jesteś trzeźwy! Dopiero w tych lampach widzę, okropnie Romek, naprawdę. Ameryka nie bankrutuje, Romek, to tylko zabawa jest kongresmenów z prezydentem w to, kto lepiej uratuje dla nas Amerykę! Jezu, ty idź się napij, doprowadź do porządku, bo pieprzysz jak dla pieniędzy w telewizji.

 

- Do mnie tak mówisz, czy pod moim adresem tylko...?

 

- Idź chłopie i zrób coś ze sobą zaraz, nie odkładaj na jutro, bo jutra może nie być już.

 

- To idę, i ty też idź.

 

 

Dwóch pijaków rozstało się, każdy poszedł do swoich zajęć; jeden wracał z wódki, drugi szedł się napić. Osiem czarnych wron potarganych wiatrem przeczeka i powróci na śmietnik jutro. Wrony nie miewają dylematu jutra.

 

 

Ilustracja: obraz Svetlany Bobrovej Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Najbogatszy Anioł potencjalny (opowiadanie)





 

Istota ludzka, składająca się z wysokości: 153 centymetry, wagi 48 kilogramów oraz wyglądu schludnej sekretarki prezesa o staroświeckich przekonaniach religijnych, taka istota zasiadła na skraju łóżka luksusowej sypialni i operując z wprawą tamponikiem i lustrem robiła sobie buzię przed snem.

 

- Boże, ale ja jestem nieprzyzwoicie bogata – pomyślała do odbicia w lustrze. – A będę jeszcze bogatsza.

- Taki los.. – odbicie uśmiechnęło się do niej a ona puściła mu oko.

 

Dostrzegła zaczerwienioną krostę w kącie lewej brwi. Nacisnęła paznokciami syfek z dwóch stron i wyszedł cały włos z zaropiałą cebulką.

 

- Jak pierze… - przypomniała sobie kury, które musiała skubać po sparzeniu wrzątkiem z zakamienionego czajnika, w miednicy ustawionej na wiejskim podwórku, na którym spędzała dzieciństwo. – Może wyrosną mi skrzydła? Wtedy będę już Aniołem.

 

Perspektywa zostania Aniołem spodobała jej się bardziej niż konsekwentnie i mozolnie co dnia realizowana strategia zostania najbogatszą kobietą świata. Była romantycznie kusząca no i… od razu dawała gwarancję spektakularnego bycia istotą wyższą od faceta.

Ludzie stale szukają skróconych dróg do szczęścia. Nie ma skróconych dróg -
mózg przytomnie podrzucił jej zdanie Hemingwaya, jedną z setek sentencji, jakich wyuczyła się, by wypowiadać jako własne w sytuacjach, których umiała już nie przegapiać.

 

- O kurczę!!! – zegar zalarmował, że już 22., a ona był z tych co muszą, bo chcą na dziewiątą, więc zostawiła wszystko w diabły i nakazała sobie sen relaksujący sto procent, w pościeli gwarantującej i warunkach sprzyjających bogato. Do 5.30, kiedy rozpocznie robienie buzi w odwrotnym porządku i w ogóle stworzy siebie tak, by nie wyglądać jak te jej dyrektorki i dyrektorzy, co im wszystko jedno, bo przecież i tak stworzeni są tylko do roli tła.


Ilustracja: Ana Teresa Fernandez,
Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

42 wariatów (opowiadanie)

 

W moim małym mieście jest 42 wariatów. Ale ciężko spotkać wszystkich razem. Ta sztuka jeszcze mi się nie udała, a nawet nigdy nie byłem blisko. Nie załamuję się, bo przecież tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje. Dzisiaj na przykład, jeszcze ani jednego wariata nie spotkałem.


Pod piekarnią natknąłem się na słynnego lokalnie Adzia Ariona Adelę Dziamskiego, ale to się nie liczy, to jest sława kolorytu lokalnego czyli patriotyzm małych ojczyzn i godność. Adziu Adela wciąż ma pod sześćdziesionę i wciąż wygląda zaledwie na mocno zużytego szesnastolatka, jakim go poznałem. Bezdomność widać służy czasami i niektórym się na coś przydaje.

- Kup mi pół chleba – wyróżnił mnie z tłumu przechodniów Adziu .
- Pół chleba – powiedziałem do młodej ekspediującej, ale zaraz otworzyłem drzwi i dopytałem Adzia: - Pokrojony?

- A co kurwa, dziwne?! - raczył odpowiedzieć, na chwilę tylko odrywając się od patrolowania nerwu miasta.

- Ale pokrojony, jeśli by pani mogła – zasugerowałem łagodnie do ekspediującej, która natarła na wibrującą maszynę tnącą z taką ostentacją, że od razu poczułem ile kosztuje ją to krojenie, i ten woreczek foliowy jeszcze musiała poszukać, jesuu... udało mi się znaleźć dwa złote i uciekłem szybko, żeby było jasne że nie ma być 66 groszy reszty, uff...
- No, to możesz teraz dać ćmika – Adziu docenił mój gest i postanowił się odwzajemnić.
Nie miałem ćmika.

- Oż ty cycu jeden! Ale nie przejmuj się – Adziu klepnął mnie jednak w ramię pokazując ludzką twarz.

Mogłem sobie już pójść. I poszedłem. Żadnego wariata nie spotkałem. Chociaż obszedłem rynek dookoła. Pełne koło. Ani tych z lewa ani z prawej strony sceny. Ale też było siarczyście mroźno. Więc wszystkie lewe i prawe wariaty zrobiły to samo, co zawsze robią wszystkie wariaty w obliczu narodowej klęski niezwyczajnej – wspólnie zastrajkowały przez niewychodzenie, czyli ostentacyjnie dotkliwe dla publiki pozostanie w ciepłych pieleszach. Nie spotkałem dzisiaj żadnego wariata… może jutro? Może jutro się ociepli i będzie im łatwiej zamanifestować lokalnie poprzez wystąpienie  z domowych, fejsbukowych taczanek-bamboszy?

Ilustracja:
Kenne Gregoire,
Klick!!!

Jan Potocki komentarzy: 0

Rękopis znaleziony w Saragossie

Redakcja komentarzy: 0

Koty Masłowskiej




Książka Masłowskiej przed napisaniem wzbudzała większe emocje niż po wydaniu, a nawet w ogóle się teraz o niej nie mówi. Może jest za gruba?



Fragmenty z trzech stroniczek

Kochanie, zabiłam nasze koty, nowa powieść Doroty Masłowskiej, wydawnictwo Noir sur Blanc, 2012.
Polecamy.





s. 32


...więcej nie poszła na zajęcia. Sprawdzała martwy

ekran swojego telefonu kilkanaście razy na godzinę.

Tak jakby miała wszelkie przesłanki, by oczekiwać na

wiadomość z wyznaniem miłości, oświadczynami, pozytywnym

wynikiem testu ciążowego i terminem porodu.

Otrzymała za to pocztą informację o wygranej, która

okazała się informacją o możliwości wygranej, i gazetkę

świadków Jehowy, a gdy chciała wyrzucić ją do śmietnika,

z jej stronic spojrzeli na nią ludzie tak uśmiechnięci,

przyzwoici i czyściutko oprani, że przez chwile pomyślała,

że nieprzystąpienie do nich może być w jej obecnej

sytuacji taktycznym błędem, którego pewnego dnia nie

będzie sobie mogła wybaczyć.

Oprócz tego nie otrzymywała wiele korespondencji,

oczywiście nie liczę tu ofert powiększania piersi. Jeśli

chodzi o nie, to nie pozwalano, by zapomniała, że zawsze

ma taką możliwość.



s.35


To prawda, że kogoś poznała.

Przynajmniej nie była to do końca nieprawda.



s. 42, 43


Zawsze mogłam liczyć, że do buta przyklei mi się stary hamburger, a kolo jadłodajni dla ubogich przyczepi się jakiś mówiący do siebie wielki skórzasty Murzyn w un peu nieswieżej czapce Świętego Mikołaja.


,,Co taka śliczna dupcia robi tu sama? — woła taki za każdą Bogu ducha winną staruszką kolebiącą się przez wielkomiejską dżunglę z rozedrganym balkonikiem. — Gdzie narzeczony, hę? Zostawił, umówił się, a nie przyszedł? Umów się ze starym łachudrą, a zrobię twojej małej tak dobrze, jak potrafią tylko chłopaki, co się na

tym znają"


W spodniach, które jednocześnie robią mu za worek, a może nawet i dom, trzyma taki gagatek zazwyczaj skóry po bananach, części od magnetowidów, a czasem i kał, który zawsze jeszcze może się na coś przydać. Te portki są tak brudne, że są już wodoodporne. Jeśli nie kuloodporne! Są w stu procentach organiczne i pewnie można nauczyć je reagować na tonacje głosu albo przeprowadzać niewidomych przez jezdnię.... Mógłby śmiało zgłosić się z tym patentem do NorthFace albo do Quechuy.

Ale uwierzcie, on woli swój straceńczy żywot.


Tak, tu można spotkać każdego: i żebraka, i księcia. I nagiego króla, o ile tylko któryś z tych zbzikowanych projektantów ogłosił, że w tym sezonie najmodniejsze są ciuchy uszyte z powietrza...


...A zaraz na trzecim w butiku-hotelu na złotej sofie pod obrazami Kjowebgiyra Anogiwa, który osiąga teraz zawrotne ceny, niby nigdy nic siedzą córki senatorów i różnych prominentów i zalewają się w trupa, przeglądając ,,Obrzydliwie bogate pipsko dziś"...

,,Czym najlepiej rzucać w telewizor plazmowy? Testujemy kieliszki do szampana".

,,Tato, rozbiłam twój śmigłowiec! Wyciągnij korzyści z zabawnej wpadki".

,,Co zrobić, by pekińczykowi nie waliło z ryja".

,,Czy wiesz, ze psy to ssaki?! Ciekawostki naukowe".


Już zdaje ci się, że jedyne ich zajęcie to krzyczenie: O mój Boże! O mój Boże! I rozglądanie się wokół, czy wielkie wrażenie, jakie robią, rozkłada się równomiernie po tym padole łez. Ale jak tylko spróbujesz przywlec się do nich jak wór nikomu niepotrzebnego śmiecia, nie licz na miłosierdzie, one wezmą cię w obroty. Najpierw powiedzą, żebyś skoro nie masz chleba, jadł ciastka; a potem że skoro nie masz ciastek, to żebyś jadł tort śmietanowy z organicznymi malinami. ,,Nie mam takiego tortu" — szepniesz, przełykając boleśnie ślinę, ,,To powiedz, żeby ci przysłali samolotem ze Szwajcarii". Czego jak czego, ale nienawidzą wyuczonej bezradności, z nimi też się nigdy nikt nie pieścił. Też kiedyś nie miały domu, więc nie biadoliły tylko kupiły sobie pałac we Florencji. Też kiedyś nie miały porsche, to kupiły sobie ferrari. Więc jeśli jesteś już takim wyświechtanym, gówno wartym tobą, to chociaż zlituj się i się stąd bujaj, bo zawołają ochronę. One nie znają Litości, żaden liczący się chirurg plastyczny w tym mieście nie ma tak na nazwisko!



Kochanie, zabiłam nasze koty, nowa powieść Doroty Masłowskiej, wydawnictwo Noir sur Blanc, 2012

Redakcja komentarzy: 0

Ostatnio dużo się mówi o eutanazji


Temat modny ale nie nowy przecież; w ubiegłym stuleciu też był modny, a jakieś pół wieku temu napisał o umieraniu Gombrowicz. Co napisał Witold Gombrowicz:



Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn



Poniedziałek


Odwiedziłem M. w szpitalu — kona od wielu miesięcy, coraz

gruntowniej, ale, jak mówią lekarze, będzie miał konania

jeszcze na dobrych parę tygodni. Leżał bez ruchu, głowa na

poduszce, zjadany po kawałeczku przez śmierć, co dzień troszkę

bardziej umarły. Czy, i jak bardzo, cierpiał?



W pokoju było też kilku żyjących - powiedziałbym

asystentów, bo asystowali... z minami zakłopotanymi i nie

wiedzącymi co począć, oddzieleni od tego męczennika przeświadczeniem, że nie ma rady i trzeba doczekać, aż wyciągnie

kopyta. ,,Żyje się samemu i umiera się samemu" — myśl

Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden

drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek

widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące,

od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć

ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie

nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście

ucywilizować śmierci?



Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród

nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego

nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego

tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych,

ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza

po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny.

Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność

umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby

do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można

by umrzeć - gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając

na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony,

mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty,

aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.



Dlaczego nie — zapytuję — dlaczego nie? Kto wam broni

ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca

samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków

znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel

niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół

potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem

dyskretnie, po cichu... jakąż macie gwarancję, że za lat kilkadziesiąt dzisiejsze potępienie samobójcy nie zmięknie i nie

rozejdzie się nieznacznie po kościach? A póki co mamy umierać,

jak psy, w drgawkach i rzężeniach — cierpliwie mamy

czekać, ścieląc tę drogę powolną milionami konań okropnych,

o czym pisze się w nekrologach ,,po długich i ciężkich cierpieniach"?

No nie, rachunek za te „interpretacje" św. tekstów

jest już za wysoki i za krwawy, i lepiej aby Kościół wyrzekł się

scholastyki, zbyt arbitralnie wjeżdżającej w życie. Ostatecznie,

jeśli wierzący katolicy chcą umierać ciężko — ich sprawa.

Dlaczego jednak wy, ateiści, lub ludzie tylko luźnie związani

z Kościołem, nie odważycie się na coś tak prostego, jak zorganizowanie sobie śmierci? Co was peszy? Zrobiliście, co trzeba, aby bez trudności przeprowadzać się z miejsca na miejsce,

gdy zmieniacie mieszkanie ale, gdy idzie o przeprowadzkę na

tamten świat, chcecie, aby to odbywało się po staremu, przedwieczną metodą zdychania?



Jakież mroczne jest to niedołęstwo wasze! Pomyśleć, iż

każdy z was wie doskonale: nikt z jego najbliższych nie wymknie

się konaniu, chyba że spotka go nadzwyczajne szczęście

śmierci nagłej i niespodziewanej; każdy zostanie stopniowo

zniszczony, aż czasem oblicze jego stanie się nie do rozpoznania

— i wiedząc o tym, znając ten los nieunikniony, palcem

nie ruszycie aby oszczędzić sobie męki. Czegóż się obawiacie?

Że zbyt wielu ludzi umknie, jeśli zanadto uchylicie furtki?

Pozwólcie umierać tym, co śmierć wybierają. Nie zmuszajcie

nikogo do życia niewygodą zgonu — to zbyt podle.



Szantaż, zawarty w sztucznym utrudnieniu śmierci, jest

świństwem, naruszającym najcenniejszą wolność człowieczą.

Gdyż moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej

sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie ,,być,

albo nie być?" — i swobodnie na nie odpowiedzieć. To życie,

na które zostałem skazany, może mnie zdeptać i zhańbić

z okrucieństwem bestii dzikiej, ale jest we mnie jedno wspaniałe

i suwerenne urządzenie — że mogę sam siebie pozbawić

życia. Jeśli zechcę, mogę nie żyć. Nie prosiłem się na świat,

ale przynajmniej pozostaje mi prawo odejścia... i to jest fundament

mojej wolności. A także godności (bo żyć z godnością

znaczy żyć dobrowolnie). Ale fundamentalne prawo ludzkie

do śmierci, z tych co to powinny być zamieszczone w konstytucji,

uległo stopniowej a nieznacznej konfiskacie — na wszelki

wypadek urządziliście to tak, aby było jak najtrudniej... i jak

najstraszniej... aby było trudniej i straszniej, niż być powinno

przy obecnym poziomie techniki. To nie tylko wyraża waszą

ślepą afirmację życia, w skali już zupełnie zwierzęcej — to

przede wszystkim jest wyrazem niesamowitej gruboskórności

waszej, gdy idzie o ból, którego jeszcze nie doświadczacie,

o agonię, która jeszcze nie jest wasza — to ta głupia lekkomyślność,

z jaką się znosi umieranie, póki ono jest jeszcze cudzym

umieraniem. Te wszystkie względy i względziki — dogmatyczne,

nacjonalistyczne, życiowo-praktyczne — cała ta teoria,

cała ta praktyka, roztacza się jak ogon pawi... z dala od śmierci.

Jak najdalej.


Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20