20 czerwca 2019, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja komentarzy: 0

Ostatnio dużo się mówi o eutanazji


Temat modny ale nie nowy przecież; w ubiegłym stuleciu też był modny, a jakieś pół wieku temu napisał o umieraniu Gombrowicz. Co napisał Witold Gombrowicz:



Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn



Poniedziałek


Odwiedziłem M. w szpitalu — kona od wielu miesięcy, coraz

gruntowniej, ale, jak mówią lekarze, będzie miał konania

jeszcze na dobrych parę tygodni. Leżał bez ruchu, głowa na

poduszce, zjadany po kawałeczku przez śmierć, co dzień troszkę

bardziej umarły. Czy, i jak bardzo, cierpiał?



W pokoju było też kilku żyjących - powiedziałbym

asystentów, bo asystowali... z minami zakłopotanymi i nie

wiedzącymi co począć, oddzieleni od tego męczennika przeświadczeniem, że nie ma rady i trzeba doczekać, aż wyciągnie

kopyta. ,,Żyje się samemu i umiera się samemu" — myśl

Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden

drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek

widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące,

od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć

ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie

nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście

ucywilizować śmierci?



Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród

nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego

nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego

tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych,

ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza

po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny.

Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność

umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby

do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można

by umrzeć - gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając

na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony,

mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty,

aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.



Dlaczego nie — zapytuję — dlaczego nie? Kto wam broni

ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca

samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków

znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel

niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół

potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem

dyskretnie, po cichu... jakąż macie gwarancję, że za lat kilkadziesiąt dzisiejsze potępienie samobójcy nie zmięknie i nie

rozejdzie się nieznacznie po kościach? A póki co mamy umierać,

jak psy, w drgawkach i rzężeniach — cierpliwie mamy

czekać, ścieląc tę drogę powolną milionami konań okropnych,

o czym pisze się w nekrologach ,,po długich i ciężkich cierpieniach"?

No nie, rachunek za te „interpretacje" św. tekstów

jest już za wysoki i za krwawy, i lepiej aby Kościół wyrzekł się

scholastyki, zbyt arbitralnie wjeżdżającej w życie. Ostatecznie,

jeśli wierzący katolicy chcą umierać ciężko — ich sprawa.

Dlaczego jednak wy, ateiści, lub ludzie tylko luźnie związani

z Kościołem, nie odważycie się na coś tak prostego, jak zorganizowanie sobie śmierci? Co was peszy? Zrobiliście, co trzeba, aby bez trudności przeprowadzać się z miejsca na miejsce,

gdy zmieniacie mieszkanie ale, gdy idzie o przeprowadzkę na

tamten świat, chcecie, aby to odbywało się po staremu, przedwieczną metodą zdychania?



Jakież mroczne jest to niedołęstwo wasze! Pomyśleć, iż

każdy z was wie doskonale: nikt z jego najbliższych nie wymknie

się konaniu, chyba że spotka go nadzwyczajne szczęście

śmierci nagłej i niespodziewanej; każdy zostanie stopniowo

zniszczony, aż czasem oblicze jego stanie się nie do rozpoznania

— i wiedząc o tym, znając ten los nieunikniony, palcem

nie ruszycie aby oszczędzić sobie męki. Czegóż się obawiacie?

Że zbyt wielu ludzi umknie, jeśli zanadto uchylicie furtki?

Pozwólcie umierać tym, co śmierć wybierają. Nie zmuszajcie

nikogo do życia niewygodą zgonu — to zbyt podle.



Szantaż, zawarty w sztucznym utrudnieniu śmierci, jest

świństwem, naruszającym najcenniejszą wolność człowieczą.

Gdyż moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej

sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie ,,być,

albo nie być?" — i swobodnie na nie odpowiedzieć. To życie,

na które zostałem skazany, może mnie zdeptać i zhańbić

z okrucieństwem bestii dzikiej, ale jest we mnie jedno wspaniałe

i suwerenne urządzenie — że mogę sam siebie pozbawić

życia. Jeśli zechcę, mogę nie żyć. Nie prosiłem się na świat,

ale przynajmniej pozostaje mi prawo odejścia... i to jest fundament

mojej wolności. A także godności (bo żyć z godnością

znaczy żyć dobrowolnie). Ale fundamentalne prawo ludzkie

do śmierci, z tych co to powinny być zamieszczone w konstytucji,

uległo stopniowej a nieznacznej konfiskacie — na wszelki

wypadek urządziliście to tak, aby było jak najtrudniej... i jak

najstraszniej... aby było trudniej i straszniej, niż być powinno

przy obecnym poziomie techniki. To nie tylko wyraża waszą

ślepą afirmację życia, w skali już zupełnie zwierzęcej — to

przede wszystkim jest wyrazem niesamowitej gruboskórności

waszej, gdy idzie o ból, którego jeszcze nie doświadczacie,

o agonię, która jeszcze nie jest wasza — to ta głupia lekkomyślność,

z jaką się znosi umieranie, póki ono jest jeszcze cudzym

umieraniem. Te wszystkie względy i względziki — dogmatyczne,

nacjonalistyczne, życiowo-praktyczne — cała ta teoria,

cała ta praktyka, roztacza się jak ogon pawi... z dala od śmierci.

Jak najdalej.


Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 58.



Gdzieś na świecie miały miejsce historyczne wydarzenia, sławni, francuscy aktorzy wyjeżdżali z kraju stając się sławnymi, rosyjskimi aktorami, ktoś dokonywał przełomowego odkrycia, ktoś inny dostawał nominację do Oscara, w życiu znacznej części populacji nic nie było już takie jak wcześniej. Tylko w życiu Arkadiusza Pszczoły wszystko było takie jak zawsze.


Uważał, że napisanie swojego najlepszego wiersza ma jeszcze przed sobą. Uważał tak od wielu lat, świadomość ta pomogła mu przetrwać upadek komunizmu, sejm I, II i kolejnych kadencji, wszystkie pielgrzymki papieża Polaka do ojczyzny, wszystkie zapowiadane końce świata i wszystkie porażki reprezentacji Polski. Nie wszystek umrę, zostanie po mnie mój najlepszy wiersz, którego napisanie mam jeszcze przed sobą, zwykł myśleć Arkadiusz Pszczoła w chwilach egzystencjalnych kryzysów. Było to naprawdę przemijające: w świecie, w którym wszystko się kończy i przemija, jedyną pewną i stałą rzeczą było to, że najlepszy wiersz Arkadiusza Pszczoły jeszcze nie powstał.


Coś tam niby się w jego życiu działo, ale on nie przejmował się tym za bardzo, na wszelkie wyroki losu reagował ze spokojem entomologa, który widział już wszystkie motyle świata. Raz na przykład miał prawdziwą narzeczoną. Miał dwadzieścia kilka lat i kilka milionów złotych w kieszeni – było to jeszcze przed denominacją. Był to jednak związek trudny i na odległość: ona mieszkała w Zabrzu, a on w Bytomiu. Ktoś powie, że to niewielka odległość i będzie miał rację. Ktoś inny powie, że każda, nawet najmniejsza odległość może być przeszkodą i też będzie miał rację. Arkadiusz Pszczoła stanowił trzecią stronę w tym sporze: uważał, że jest to duża odległość. Odległość, która skłania do pisania pełnych tęsknoty wierszy. Odległość, która czyni romans tragicznym. Kiedy narzeczona Arkadiusza Pszczoły, Marzena, zaproponowała, że może przeprowadzić się do Bytomia i może wręcz zamieszkać z nim, Arkadiusz Pszczoła doszedł do wniosku, iż jest to właśnie ten moment, kiedy należy zakończyć tę znajomość. Uświadomił sobie w jednej chwili, że na pewno nie napisze nigdy swojego najlepszego wiersza, jeśli ta kobieta się do niego wprowadzi, postawi na parapetach wymagające pielęgnacji rośliny doniczkowe, zostawi włosy w umywalce.


– Zaczyna się od rośliny doniczkowej – tłumaczył. – Następnie będziesz chciała mieć ze mną chomika. Być może kanarka. Coś, co wymaga uwagi i opieki, czyniąc życie nie do zniesienia. A w końcu powiesz, że sama chcesz się rozmnażać i tego nie zniosę. To znaczy nie samego rozmnażania, ale tego, co jest później. Kochałem cię, gdy mieszkałaś w Zabrzu, ale teraz, kiedy myślami i jedną nogą jesteś już w Bytomiu, przestałem cię kochać.


Marzena najpierw rozpłakała się, a potem zabrała swoje myśli i nogę z powrotem do Zabrza. Oddała z godnością pierścionek zaręczynowy za kilka milionów złotych i powróciła do swojego zwykłego życia bibliotekarki ze Śląska. Choć miała dopiero dwadzieścia kilka lat, naszła ją dojrzała refleksja, że życie nie jest przeważnie tak jak w książkach. Ale z drugiej strony nie jest też takie jak w telewizji. Życie jest po prostu takie jak w życiu, pomyślała Marzena, na długo zanim przeczytała powieści Paulo Coelho. Kilka miesięcy później spotkała mężczyznę, który nie był Arkadiuszem Pszczołą. W krótkim czasie miała z nim rośliny doniczkowe, chomika, a w końcu nawet dziecko. Przeniosła się z Zabrza do Mysłowic, gdzie wciąż była bibliotekarką, ale dodatkowo po pracy robiła też pierogi lub kluski śląskie. Lubiła to. Czasem wracały do niej wspomnienia o dawnym narzeczonym, ale wtedy zaczynała rozwiązywać krzyżówkę lub myśleć, co zrobić na obiad, by uczynić świat lepszym. On natomiast nigdy nie myślał specjalnie o Marzenie. Kobieta jak kobieta. W samej Polsce jest dwadzieścia milionów kobiet, które nie czują potrzeby przeprowadzenia się do Bytomia i wywierania tym samym negatywnego wpływu na twórczość Arkadiusza Pszczoły.


Kapitalizm również nie zmienił nic zasadniczo w jego życiu. Wszyscy wokół uczyli się angielskiego i obsługi komputera, pili colę i marzyli o polonezie caro. Arkadiusz Pszczoła dostał za to spadek po babci z USA, więc naukę angielskiego mógł sobie na razie darować. Robił herbatę i patrzył przez okno, przez które widział tylko kościół – sklep Biedronka miał się tam pojawić dopiero za kilka lat.



Wszystkie odcinki,
Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Chyba z powodu urodzin Bowiego przypomniał mi się ten stary sen











Dzisiaj w nocy, około drugiej, przyśnił mi się Michael Jackson. Postanowiłem mu o tym opowiedzieć.



Usiadłem na kamieniu w cieniu cedru przy bramie do jego osobistego domku i czekałem aż wróci z roboty. Czekałem długo. Widać mocno musiał być tego dnia zajęty pracą nad podtrzymywaniem swojego wciąż jeszcze chodliwego wizerunku bestii ze zrujnowaną twarzą, śpiewającej, tańczącej i procesującej się z nieletnimi podstępnie wabionymi do Jacksonlandu oraz trwoniącej miliony dla kaprysu.

Wypaliłem pół paczki i kończyłem ćwiartkę kolorowej, kiedy się wreszcie  zjawił. Najpierw usłyszałem narastający z oddali dudniący odgłos jego sfatygowanego dżipa (- Wciąż nie miał czasu pojechać do blacharza pospawać tłumik – skonstatowałem. - Cały Michael) a potem dojrzałem auto z trudem rzężące pod górę długiego podjazdu. Był sam. Już lekko nawalony i bez maski, ale jeszcze w czerwonych portkach od jakiegoś munduru z piosenki.


- Jesteś sam? – zapytał w ramach powitania.


- Zawsze jestem sam.


- Ty sobie możesz na to pozwolić – zauważył z wyrzutem. - Byś otworzył bramę?


- Znów nie kupiłeś bateryjek do pilota!


- Zalatany jestem, naprawdę. Kurcze, coraz więcej tych młodych się rodzi zdolnych i nic nie można na to poradzić. Muszę nieźle kombinować żeby się utrzymać, możesz mi wierzyć.


- Wierzę – powiedziałem i otworzyłem wrota.


- Śniłeś mi się dzisiaj o drugiej w nocy. Wpadłem, żeby ci o tym powiedzieć.


- Dobrze zrobiłeś, dzięki. Rany, jaki jestem skonany - Michael opadł na fotel kupiony na wyprzedaży.


- To może zajdę innym razem?


- Zostań! Naprawdę dzięki, że ci się śniłem. Nie wiesz ile to dla mnie znaczy.


- Wyluzuj Majk, już możesz.


- To od czego zaczniemy? – zapytał już zwyczajniej po ludzku.


- Właściwie już zacząłem, od kolorowej – wyznałem szczerze.


- Ja też wziąłem kilka łyków jakiegoś octu, wiesz jak to jest, jak musisz po całych dniach latać publicznie w jakimś idiotycznym mundurze i udawać kogoś, za kogo chcą cię brać…


- Trochę się tylko w tym może i orientuję, bo wciąż bezkarnie mogę mieć takie hece w dupie.


- Zazdroszczę ci – wyraźnie poweselał, mając w szybkiej perspektywie niekrępujące i terapeutyczne łojenie. - A zazdrość moja złożona jest; wielowątkowa i wielopłaszczyznowa, ale ogólnie jest, i szczera, prosto z mózgu; naprawdę można wierzyć w czystość szczerości moich radosnych intencji. Zero fałszu, po prostu zdrowe, dziewicze, prymitywnie ludzkie, kulturalne uczucie. To może byśmy wzięli coś takiego, o, takie tutaj słodkie coś więcej mam, wygląda przyjemnie – pokazał mi wyjęty zza fotela napoczęty litr czystej.


- A miałbyś coś, tego?…


- Tak więcej piwo, czy kolę?


- Niech będzie kola.


Wypiliśmy. I od razu drugi raz.


- A co tam słychać na mieście? – zapytał, i widać było, że jedynie dla podtrzymania rozmowy pyta, że w tym pytaniu o wszystko, tylko nie o odpowiedź idzie, bo myślami jednak wciąż jeszcze był w pracy, co mnie nie obrażało – bo prawie nic nie jest już w stanie, a co dopiero Michael - ale podkurwiło odrobinę jednak.


- Wciąż wszyscy wszystkich oszukują dla braw i pieniędzy – zbyłem pytanie ogólnikiem i polałem czekając aż wreszcie stanie się tu obecny. Wypiliśmy.


- Coś ci puszczę, takiego Rachmaninowa sobie kupiłem na płycie czy coś, fajne bardzo, szkoda, że ci moi nie robią takich kawałków.


- Musisz?


- Naprawdę ci się spodoba – kusił, a ja dalej nie miałem ochoty na żadną orkiestrę.


- Dobra zapuszczaj, ale pod warunkiem, że zatańczysz do tych kawałków.


Michaela nie trzeba było dwa razy prosić, bo taniec to był jego naturalny stan po wódce, i tańczył magicznie i wciągająco. Cały Michalel, prosty Murzyn po pracy. Cieszyłem się, że udało mi się go wypreparować z roboty, która stawała się już jego nawet nie codziennością ale obsesją. Dokończyliśmy butelkę, ale miał następną. Zapomniałem z czym już do niego przyszedłem, nie opowiedziałem mu mojego snu o Michaelu Jacksonie. Tak bywa, gdy można za darmo, za dużo i bezkarnie. Rano, jeszcze przed świtem, obudził mnie odświeżony, w masce i w wykrochmalonym mundurze – czarnym i w cekiny.


- Muszę pruć, żeby obudzić się w mojej posiadłości jak należy – wytłumaczył się. – Jak będziesz wychodził, zostaw klucze nie pod wycieraczką, bo jeszcze jakaś łajza mi tu wlezie, ale w tym pomarańczowym żółwiu pod rododendronem wiesz gdzie.


- Jasne, Michael – potwierdziłem co do mnie rozmawia, a po chwili do obolałej głowy na mojej szyi dotarł charkot silnika z rozwalonego tłumika auta staczającego się po pochyłości zjazdu.  Wstałem koło południa i posprzątałem grabiami i szmatką, czyli zatarłem wszystkie, nawet najdrobniejsze ślady mojej obecności w domu Jacksona tak, jakby mnie tu w ogóle nigdy nie było. Wróciłem do siebie i spałem sobie do wieczora. Kiedy otworzyłem oczy, wzrok od razu napotkał znajome scenografie  i poczułem się u siebie jak zawsze; nie miałem nawet pewności czy w ogóle gdzieś się stąd wczoraj ruszałem, czy tylko tak mi się śniło. Włączyłem Internet i nigdzie nie było wzmianki o Michaelu Jacksonie i o mnie; kompletnie nic się nie stało, rzeczy dalej działy się jak powinny. Uspokojony, mogłem pozwolić sobie na dalszy spokojny sen. I sobie pozwoliłem...


Budzik dzwoni jakby był za darmo.
W radio puszczają, że Bowie ma urodziny.


Rysunek: Tomasz Bohajedyn

Redakcja komentarzy: 0

Pojawił się AUTENTYK, polecamy!


 

Randomowe autentyki (sprzed tygodnia, może kilku).


Prowadzę auto, bo właściciel zaniemógł. Auto jest trochę obładowane, bo bagażnik musiał być pusty. Pewnie dlatego butla z gazem ląduje na tylnym siedzeniu, a na nią wrzucane są wszystkie rzeczy które wieziemy. Właściciel odpala szluga, ale postanawia go zaraz wyrzucić. Na tą butlę z gazem. Stajemy. Panikuję tylko ja, bo kiep żarzy się gdzieś pod gratami, drzwi się nie otwierają, trzeba szybko wyładować rzeczy... Na szczęście po wszystkim właściciel puścił na cały regulator uspokajający sam szum z radia. Bardzo mu się podobał.


Siedziałem w klubie z nowo poznanymi ludźmi, którzy oficjalnie i ostentacyjnie wyjmują na stół "groszki" ("guziki") i je konsumują. Następnie w oczekiwaniu na Trainspotting równie ostentacyjnie skręcają sobie baty i je po prostu palą. Następnie jeden z nich pyta mnie:

- Słuchaj, czy mógłbyś nam kupić po piwie, bo nie mamy osiemnastu lat i nam nie będą chcieli sprzedać?


Jadę stopem, rozmawiamy z kierowcą, kiedy ten nie wiedzieć dlaczego zaczyna mi krzyczeć do ucha:

- PO-BUUU-DKAAA!!!
- Też mi żart... - mówię.
- Jaki żart?! Nie dość, że pan śpisz od pół godziny, to jeszcze nie idzie dobudzić, a ja minąłem pański zjazd!




Autentyk z 2004.


Graliśmy kiedyś koncert przed bardzo małą publicznością, w dodatku w sztok pijaną. Z podłogi mogło się podnieść tylko dwóch panczurów, ale byli tak nawaleni, że nie mogli na siebie trafić w pogo. Choć próbowali.




Autentyk z 21.03.


Zasłyszana rozmowa telefoniczna: "Słuuuchaj, jest taka sprawa, że świnia zabiła się o studnię... Wchodzisz w to? ... 4,5 zł za kilo..."




Autentyk z 05.09.2012:


(zaczyna kierowca):

- No i u mnie we wsi był taki uzdrowiciel, co wszystko potrafił uleczyć. Z całego świata się zjeżdżali i jego rodzina opływała w luksusy. Ale zachorował i zmarł.
- To sam siebie nie mógł uleczyć?
- Mawiali, że już trochę nie dowidział.




Autentyk z września 2012


Jadę autem (tak, autem!) do Wro. Spieszy mi się, bo mam poważną rozmowę kwalifikacyjną. Ale dostaję ze stresu rozwolnienia i staję na każdej stacji benzynowej. Więc jestem jeszcze bardziej spóźniony niż sobie wyobrażałem. Wyciskam z pożyczonego auta ile się tylko da. Jest ślisko, pada, godziny szczytu, duży ruch. Wchodzę w zakręt ze zbyt dużą prędkością (<110) i wpadam w poślizg. Mój pierwszy w życiu poślizg, nie wiem jak się zachować. Auto zaczyna mi się kręcić przelatuję przez wszystkie pasy, auta mijają mnie cudem w ostatnim momencie. Zatrzymuję się. Po prostu się zatrzymuję. W nic nie uderzyłem, nie drasnąłem auta, nie trafiłem w przejeżdżające samochody. Nic zupełnie mi się nie stało. Nikomu. Nic. Jakiego trzeba mieć farta, w jakich kategoriach takie szczęście opisać? Brak mi nawet jakiejkolwiek skali na opis. Tego samego dnia tak po prostu zmarł bez wcześniejszego ostrzeżenia młody koleś ode mnie z dzielnicy.




Autentyk z 2008.


Jest środek nocy, pada, zimno, czyli idealna pogoda na łapanie stopa. Zatrzymuje mi się wielkie auto z alufelgami. Z przodu dwóch koksów, z tyłu ich dziewczyny, do których się dosiadam. Wypadamy na dłuższą prostą, koks-kierowca uchyla szyberdach, wychodzi na niego i kieruje stopami. Koks-pasażer w tym czasie ręką dociska gaz. Obaj krzyczą do swoich dziewczyn:

- Boicie się, hę, kurwa, boicie?!
Ale dziewczyny ani drgną znudzone. Więc koks-kierowca każe mi uchylić tylne okno i prezentuje numer: czy zdążę przed zakrętem wyjść szyberdachem, wrócić tylnym oknem i złapać kierownicę, bo koks-pasażer cały czas trzyma gaz. Sram więc w gacie, bo naprawdę to robi, ale skoro te laski są targetem, to staram się je zachęcić do bania się:
- Kurdę dziewczyny, ja bym się bał, naprawdę, cholernie bym się bał...
Na co jedna z nich odpowiada
- E. Oni tak od paru tygodni. W kółko ten sam numer. W ogóle nie są kreatywni.


strona AUTENTYK ÓW,
Klick !!!

Redakcja komentarzy: 1

Kawałek nowej Masłowskiej





Wszyscy już pewnie przeczytali, co tak czekali na nowe masło, a ci co nie wyczekiwali, niech tam się chociaż otrą o kawałek klasyki (którą przecież jest Kochanie, zabiłam nasze koty, nowa powieść Doroty Masłowskiej, wydawnictwo Noir sur Blanc, 2012), żeby choć wiedzieli czego tak bardzo nie lubią
.





Rozdzial 4

(fragment)


To zresztą takie typowe, bardzo często tak się zdarza.


Zupełnie inaczej niż mężczyźni, ci rozmiłowani w rozgrywkach, konkursach, we wszelkiego typu „ja mam bardziej" wojownicy, kobiety uwielbiają uciąć sobie partyjkę w ,,mam tak samo". Wpadłszy na siebie, dniami i nocami potrafią rozprawiać i zapewniać się w bliźniaczym podobieństwie doświadczeń i przeżyć; nawet ich fizjologia gustuje w siostrzyńskich przymierzach, synchronizując im cykle miesięczne. Wtedy popijają smakowe kawki i dziwują się w nieskończoność cudownej paralelności swoich traum, gustów kinowych i ulubionych jedzeń; chcą podzielić sprawiedliwie między siebie swoje klęski, swoje triumfy, swoje spirale. ,,Jeśli mnie lubisz, masz tak samo" — deklarują sobie w tej niemej przysiędze dozgonnej empatio-symetrii. Naciągają fakty, adiustują detale, przemilczają różnice, przycinają wspomnienia, mówią jednym językiem, by po paru tygodniach preparowania wszelkich dowodów na swoją bliźniaczość same w nią uwierzyć.


We dwie raźniej !


Ale niech raz która kiedyś powie: ,,mam zupełnie inaczej" albo „ ja to nie lubię koziego sera". Niech podniesie rękę na tę słodką symbiozę idylliczną, pachnącą pudrem i gumą Orbit programową jedność. Przerwie korowód empatii, odedrze od siebie siostrę syjamską jak nieważny kupon. Niech któraś nagle wyjdzie za mąż, a druga zostanie panną, niech jedna zacznie głosować na ugrupowanie prawicowe, choć druga deklaruje liberalizm, ta misterna, lecz chwiejna konstrukcja wpada w złowrogi dygot, by często w ciągu paru chwil złożyć się jak domek z kart, jedno szczęście, że nikt w nim nigdy nie mieszkał.

(...)

Sylwia Chutnik komentarzy: 0

Home sik, matka sik




Tekst jest fragmentem opowiadania "Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych" z antologii "Nie pytaj o Polskę" wydawnictwa Amea, Kraków 2009.

Rysukek: Tomasz Bohajedyn






Sylwia Chutnik

Home sik, matka sik


Najbardziej bym chciała, aby mój syn był żołnierzem. Nie wyobrażam sobie, aby nie chciał iść do jakiegoś powstania. Kilka już było w naszym mieście, no ale jego nie było, więc nie mógł na nich być. Lecz gdyby tylko, zaraz, wybuch jakiś i zbiórka z generałem - o, już ja bym malca dopilnowała, aby pierwszy w szeregu się stawił. Mundurek mu już taki uszyłam, zgrzebny, choć elegancki nawet. Wewnątrz ma ukryte kieszenie, aby schować w nich rozkaz, krzyżyk i kromkę chleba. W Empiku sprzedawali ostatnio nawet hełmy na dziecięce główki. Kupiłam kilka, na zapas. Obkleiłam dla pewności grubą warstwą paper mache, aby mu główka nie pękła od zagubionej kuli.


Ja to lubię takie rezolutne maluchy. W piaskownicy sypią piachem, w przedszkolu kradną zabawki i gryzą innych. Taki to sobie i na wojnie poradzi. A jak nie poradzi, to już mu mamusia tyłek spierze pasem, że się chłopiec zastanowi nad sobą i pewne sprawy przemyśli.


Chlebak ma po dziadziusiu, który szedł jeszcze z Napoleonem, i potem jeszcze dwa razy na Syberię i z Piłsudskim i potem z Borem-Komorowskim. Wszędzie był! A co sobie świata chłopina nazwiedzał, że to głowa mała. U nas tradycje domowe są patriotyczne i ja sobie osobiście nie wyobrażam inaczej, aby syn nie był jakim wojskowym. Tylko żeby w papierach nie wylądował i służby zza biurka nie prowadził. O nie, to dla mężczyzny zbyt babska robota. Żołnierz musi śmierdzieć, musi walczyć, musi wiedzieć co to front. Bo bez tego to już różni pozapadali w choroby, zapili się i zabili nawet. Także nie, dziękuję, my rodzina porządna i uzależnień tolerować nie będziemy.


Dzieciak normalnie pójdzie się bić, coś tam sobie wybierze już sam. Czy to kontyngent, czy to jakiś konflikt mniejszy. Albo w domu spokojnie poczeka, to się znajdzie zaraz jakiś przewrót. Najpewniej to od Zachodu będzie szło, jakieś niepokoje. Takie mam przeczucie. Na wszelki wypadek zakupiłam już bilet na samolot do Berlina, tylko się miejscówkę zabukuje w odpowiednią porę i synek będzie pierwszy. On zawsze taki pierwszy. Jak pani w grupie pyta o coś, to on od razu rączkę do góry. Trochę się jąka, taki nieśmiały troszkę. Więc zaraz zapomina, co chciał powiedzieć. Ale ja mu tyle razy powtarzałam, że ma być wszędzie pierwszy i nieważne, co i jak, ale łapa do góry. Ludzie mają widzieć, że z byle jakiego domu nie pochodzi i swój rozum ma. Poza tym: jak na wojnie będą rozdawać prowiant, to jakby stał na szarym końcu, to co by dostał? Nic by nie dostał! Kostki do ogryzienia.



Dalek, Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

wiedeński high life - Jakobe Mansztajn (wyd. Portret, 2009)

 


Trzy z czterdziestu dziewięciu tekstów. Wszystkie autor udostępnił tutaj -
Klick!!!




Jakobe Mansztajn

wiedeński high life

(s. 23)

NARRACJA III

niebawem runą osiedlowe kioski i po dropsy

będzie trzeba gnać do tesco. siwy czuje

niewidzialną rękę rynku i stopniowy upadek

mniejszych form. takim jak my pluje się na głowy,

albowiem należymy do mniejszych form.


wiedeński high life: siedzimy przed kioskiem

i wsuwamy dropsy. wiatr owiewa nasze twarze,

jakby całował na do widzenia. do widzenia

i dobranoc. niebawem runą osiedlowe kioski,

przeminie era dropsów, wiedeński high life

 

szlag trafi. podział na kwestie stanie się

nieostry, siwy twierdzi, że to nawet dobrze -

najwyższy czas zacząć działać jako bohater

zbiorowy, bo liczba mnoga jest bezpieczna.

bezpieczeństwo w tej sytuacji będzie kluczowe

 

 

 

 

(s. 37)

TYBER

sobie, tobie i komu tam

proponują porządek: pozbierać latawce,

postery dawnych bohaterów zwinąć w rolkę.

do piwnicy znieść: rowerek, apteczkę z lego,

kolorowe puszki z biblijnego rfn wyrzucić.

cały drobny majdan, co zagraca przejście,

przesunąć pod ścianę. z piwnicy przynieść:

kilka słoików na zimę, polowe łóżko, koc.

systematycznie wchodzić w przyszłość.

opowiedzieć się wreszcie za szczęściem,

jakie jest, a nie jakiego się szuka. między

piwnicą a schodami przeżyć tragedię.

jedną z tych niewielkich, choć doszczętną



(s. 56)
W OBRONIE MITÓW

niebo kiedyś upadnie. różowy króliczek duracell,

który jest jak marzenie, też kiedyś upadnie.

siłę zaczniemy czerpać z kawy i papierosów,

jak w dobrych filmach, a miłość stanie się available

jedynie w wersji demo. bóg już całkiem wyjdzie

z wierszy, zostaną śmiech i zgrzytanie zębów.

zmieni się wiele, ale nas to nie dotknie, pamiętaj,

zmieni się wiele, ale nas to nie dotknie

Thomas Podhostnik komentarzy: 0

Pod kamieniami (opowiadanie)


Przekład: Elżbieta Kalinowska


Leżał w ciemnościach całkiem sam, nic go nie bolało, nie wierzył w swoją śmierć, słyszał maszyny ratunkowe.


Leżał z głową na grzejniku, ucho przyciśnięte do emalii. Grzejnik szumiał, był pusty. W górze wiercenie w dole szum, nic nie mógł na to poradzić. Musiał o czymś myśleć. Ucho przy grzejniku, udawać telegrafistę nadającego Morsem, czekać na sygnał zwrotny, klęczeć przy grzejniku, myśleć o sobie, kiedy był dzieckiem. O zabawach przy radiatorze, przy radio. O głosach kosmitów między stacjami na krótkich falach. Na krótkich falach. Przestał słyszeć wiercenie i sygnał alfabetem Morse'a. Szum. Apatia, pomyślał. Po wspomnieniach apatia. Przed śmiercią apatia. Jeszcze będzie myślał, ale nie będzie już słuchał siebie. Nie chciał umrzeć przy grzejniku. Nie chciał dłużej wspominać, chciał tylko słyszeć maszyny ratunkowe. Zeszły niżej. Gruz w ruchu, zmiażdżył mu stopę.


I mógł z tym żyć. Wiercenie ustało. Względy bezpieczeństwa, pomyślał. Muszą go szukać, muszą go znaleźć, przy pomocy kilofa i psiego pyska i łopaty. To może potrwać. Cichsze niż wiercenie i ciężkie maszyny. Musiał się skoncentrować i nasłuchiwać i wyczekiwać i uważać, żeby nie umarł, nie umarł z powodu akcji ratunkowej. Wydanie głosu nie było łatwe. Błoto w ustach i w nosie. Nadąć klatkę piersiową, naprzeć na kamienie. Czuć żebra w okolicy serca. Bóle wewnętrzne. Coś było złamane, być może ostre. Krzyczeć i nadziać się od środka, nadziać się na samego siebie, tego nie chciał. Nie chciał umrzeć na samego siebie. A więc zachować spokój, czekać na węszenie i skrobanie. Szum. Oderwał się grzejnik, przestał ogrzewać, wyciekł, potrzaskiwał. A on wyobraził sobie rurę, przykręconą do grzejnika, cienką, oderwaną na drugim końcu, białą rurę, zgiętą i skręconą, złamaną, wciąż przepuszczalną rurę. Wiercenie zaczęło się od nowa. I wstrząsało i wstrząsało i wstrząsało nim na wskroś. Akcja ratunkowa była do zniesienia. Nie mógł się obrócić, odwrócić plecami, musiał leżeć na boku, pozwalać obcierać sobie policzek. Piasek w uchu, żwir w oczach. Czekać, aż ratownicy się przebiją. Odezwał się, w końcu się odezwał, nawet jeśli nie miał powietrza. Poczuł wilgoć w ustach, to pewnie krew.

[...]


Boli, usłyszał. Jeszcze żył, nicpoń. No poczekaj, pomyślał. A co ma boleć, zapytał. Uderzenie w nos mnie nie zabije. Ma pan pręt w brzuchu, krwotok wewnętrzny. To prawda, słabo mnie słychać, ale czy z tego powodu od razu muszę umrzeć? Już pan jest w połowie martwy. Co pana obchodzą moje drobne dolegliwości? Chce mi pan pomóc? To podłość. Niech mi pan da żyć. Niech się pan wstydzi i szybko umrze. Usłyszał szum i syk, jakby parowała bryła lodu. Usłyszał szum.


Kilofy i łopaty. Kamień podniósł się. Wygrał. Skinęli mu głowami i podali rękę.

Ze szczęścia zatupał.


Klick!!!

Szymon Szechter komentarzy: 0

W sobotę u Minki




Stało się to w sobotę, a zaczęło od tego, że Minka spoliczkowała publicznie Profesora, bo się jej na ulicy nie ukłonił.



Ilustracja: Tomasz Bohajedyn








W sobotę u Minki

Szymon Szechter

W sobotę u Minki i inne bajki, KONTRA, Londyn 1983



Stało się to w sobotę, a zaczęło od tego, że Minka – jedyna

w miasteczku prostytutka, która od uczniów pieniędzy nie

brała („Na razie na kredyt — mówiła — dorobisz się, to zapłacisz"),

spoliczkowała publicznie Profesora, bo się jej na

ulicy nie ukłonił. A trzeba wiedzieć, że Profesor bywał

u Minki w każdą sobotę, żadnej nie opuszczając. Ale teraz,

kiedy Profesor jest już na emeryturze, zachodzi do Minki tylko

raz na miesiąc. I tym pewno należy tłumaczyć, że jej od razu

na ulicy nie poznał.



A może po prostu był zamyślony? Może był wstrząśnięty

do głębi widokiem śmieci na czystych zazwyczaj ulicach

miasteczka? Profesor lubił porządek i uwielbiał czystość,

nigdy nie strząsał popiołu z papierosa na chodnik, ale na swoją

dłoń i na dłoni ostrożnie zanosił do najbliższego kosza na

śmiecie. Miał też Profesor na końcu swojej laski ostry gwóźdź,

na który nadziewał leżące przypadkiem na ulicy kawałek papieru

albo okurek, by je także zanieść do śmietnika. Profesor

uwielbiał czystość, lubił porządek, a nade wszystko kochał

architekturę, a jej historii uczył mnie w liceum. Teraz, kiedy

był na emeryturze, już nie uczył i może właśnie dlatego był

zamyślony, nie zauważył idącej naprzeciw Minki, nie uchylił

na czas kapelusza i został chyba niesłusznie spoliczkowany.



- Przepraszam, bardzo przepraszam, nie zauważyłem

panienki. - Przepraszam - powiedział prawie szeptem, nisko

pochylił głowę przed Minką, a kiedy podsunęła mu rękę do

pocałowania, ucałował ją z wielką czcią.



- Zwariowałaś, Minka — powiedziałem. — Na ulicy skandale

urządzać!

- Wcale nie zwariowałam. Był zawsze dobrze wychowany

i chciałam mu to przypomnieć.



I poszła sobie.

(...)

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21