16 grudnia 2019, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Umberto Eco komentarzy: 0

Jak nie rozmawiać o piłce nożnej


Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.


Umberto Eco
„Zapiski na pudełku od zapałek", przekład Adam Szymanowski
HISTORIA I SZTUKA Poznań 1993


rysunek: Tomasz Bohajedyn





Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Na stadiony nie chodzę z tego samego powodu, z jakiego nie ważyłbym się spać nocą na mediolańskim Dworcu Centralnym (albo przechadzać się w Nowym Jorku po Central Parku, kiedy wybije szósta po południu), ale jeśli jest okazja, z przyjemnością i zainteresowaniem patrzę na dobry mecz w telewizji, gdyż znam i doceniam wszystkie walory tej szlachetnej gry. Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.

Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany. Dla kibiców mam takie same uczucia, jakie Liga Lombardzka żywi do osób spoza wspólnoty: „Nie jestem rasistą, dopóki siedzą u siebie”. A przez to „u siebie” rozumiem miejsca, gdzie lubią się spotykać w ciągu tygodnia (bar, rodzina, klub), oraz stadiony, nie interesuje mnie bowiem, co się tam dzieje, i cieszę się, kiedy przyjeżdżają kibice z Liverpoolu, gdyż później mam zapewnioną rozrywkę przy lekturze prasy, i skoro mają już circenses, niechaj przynajmniej leje się krew.

Nie lubię kibica, bo ma dziwny rys charakteru: nie rozumie, dlaczego ty nie jesteś kibicem, i stara się rozmawiać z tobą tak, jakbyś nim był. Żeby uniknąć nieporozumień, pozwolę sobie przytoczyć przykład. Gram na flecie prostym (coraz gorzej, jak twierdzi w publicznie złożonej deklaracji Luciano Berio, lecz fakt, że tak uważnie śledzą mój rozwój Wielcy Mistrzowie, daje mi niemałą satysfakcję). Załóżmy teraz, że jadę pociągiem i pragnąc nawiązać rozmowę z siedzącym naprzeciwko podróżnym, pytam:
— Czy słuchał pan ostatniego kompaktu Fransa Bruggena?
— Co, czego?
— Mam na myśli Pavane Lachryme. Moim zdaniem zanadto zwalnia na początku.
— Przepraszam, ale nie rozumiem.
— Przecież mówię Van Eyck, tak czy nie? (Oddzielając sylaby) Blockflóte.
— Proszę pana, ja... Czy to na smyczki?
— Ach, rozumiem, pan nie...
— Nie.
— To ciekawe. Czy wie pan, że jeśli chce się mieć ręcznie wykonanego coolsmę, trzeba czekać trzy lata? Lepiej już sprawić sobie moecka z hebanu. Jest najlepszy, w każdym razie spośród tych, które dostępne są w handlu. Tak twierdzi Gazzelloni. Czy potrafi pan dojść do piątej wariacji z Derdre Doen Daphne D'Overl?
— Ja naprawdę jadę do Parmy...
— Aha, rozumiem, gra pan w tonacji f, nie zaś c. Daje większą satysfakcję. Czy wie pan, że odkryłem sonatę Loeilleta, która...
— Leje co?
— Ale chcę zobaczyć, jak pójdzie z fantazjami Telemanna. Pan czasem próbuje? Nie stosuje pan czasem palcowania niemieckiego?
— Wie pan, Niemcy, BMW to świetny samochód, mam dla nich dużo szacunku, ale...
— Jasne. Stosuje pan więc palcowanie barokowe. Słusznie. Proszę tylko pomyśleć, ci z Saint Martin in the Fields...
Nie jestem pewny, czy wytłumaczyłem, o co mi chodzi. Ale jeśli mój nieszczęśliwy towarzysz podróży rzuci się na hamulec, z pewnością go, czytelniku, nie potępisz. Dokładnie tak samo jest z kibicem. Sytuacja staje się szczególnie trudna w przypadku rozmowy z taksówkarzem.
— Widział pan Viallego?
— Nie, musiał przyjść, kiedy akurat wyszedłem.
— Obejrzy pan wieczorem mecz?
— Nie, muszę zająć się księgą Zet Metafizyki, wie pan, chodzi o Stagirytę.
— Dobrze, niech pan zobaczy, a potem sam powie. Dla mnie Van Basten mógłby zostać Maradoną lat dziewięćdziesiątych, a jak pan myśli? Ale ja nie spuszczałbym z oka Hagiego.

I tak się toczy rozmowa — jakby gadać do ściany. I nie w tym rzecz, że jego nie obchodzi, czy mnie obchodzi. Rzecz w tym, że on nie jest w stanie pojąć, że kogoś może to nie obchodzić. Nie pojąłby tego, nawet gdybym miał troje oczu i parę czułków na zielonych łuskach potylicy. Nie uświadamia sobie odmienności, różnorodności i nieporównywalności możliwych światów. Podałem przykład taksówkarza, ale w przypadku rozmówcy z klas panujących sprawa przedstawia się dokładnie tak samo. To jak choroba wrzodowa, atakuje biednych i bogatych. Rzeczą osobliwą jest jednak to, że istoty tak niezłomnie przekonane o równości wszystkich ludzi gotowe są rozbijać głowy kibicom, którzy przyjechali z sąsiedniej prowincji. Ten ekumeniczny szowinizm wydziera z mojej piersi okrzyk podziwu. To tak, jakby ci z Ligi powiedzieli: „Niech Afrykanie przyjeżdżają do nas. Potem damy im wycisk”.


Charles Bukowski komentarzy: 0

Kobiety

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Seksszop (opowiadanie, 12 października 2012)


Rysunek: Andrzej Bobrowski



„Od szesnastu lat nie siadam. Żyję na stojąco. Pewnego dnia zjadłem obiad w kolbowi stojąc – czy tylko zakąsiłem…? - i tak mi już zostało. Do 30 roku życia jeszcze jakoś siadałem, ale później już nie. Śpię też na stojąco. Przeważne w pracy, albo w drodze do pracy, albo w marszu z powrotem, albo w ogóle gdzieś, bo się człowiek przenosi z miejsca na miejsce; do tego służą miejsca – żeby się przenosić i bywać, albo tylko udawać że się jest, żeby zauważyli i dali spokój z empatycznymi zapędami wścibskiego altruizmu w dobrej wierze, czyli w żadnej, poza jebaną obsesją zrealizowania egoistycznej potrzeby spełnienia dobrego uczynku, dającego dobre samopoczucie spełniającemu, a z obdarowanego czyniącego bezbronną ofiarę bez prawa do odmowy. Bywa, że robię potrzebującym dzień: stoję sobie po prostu i stoję, a on/ona zabiera mnie w inne najlepsze dla niej/niego miejsce i ja robię jemu/jej dobry dzień…” – dochodziła 9ta rano i tak właśnie rozpoczynałem swój tekst dnia, a może popis życia (?), gdy za oknem przedefilowało stado potwornie wielotonowych czołgów, jak w ‘68. Wyjrzałem przez szybę. Byli już wszyscy, tylko mnie jeszcze nie było. Sprawdziłem się w lustrze i wylazłem na ulicę, żeby nie było, że nie uczestniczę w życiu lokalnej społeczności. Zaraz zostałem poczęstowany, wybrałem elema.


- O! – wyraziłem oczekiwane uznanie i puszczając wspólną chmurę czy tam dwie, dołożyłem zainteresowanie: - A co to się, właściwie…?


- Seksszop stawiają! – usłyszałem rechot dalszego sąsiada.


- Bez jaj! – podtrzymałem rozmowę.


- Wystrzałowe wreszcie odpaliły! - zarechotał sąsiad bliższy.


- Te stare baby?! – rechotał ktoś, co go tylko z widzenia.


- No nie… - bąknąłem puszczając chmurę i zauważyłem, że niechcący spowodowałem zaczyn ośrodka wymiany myśli bieżącej, wokół mnie stała już kolejka czterech do zabrania głosu, a kilku z tłumu już obracało się w naszą stronę.


Wystrzałowe były to dwie siostry, tak zwane stary panny po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, może więcej, w pewnym wieku trudno rozpoznać wiek kobiety. Takie raczej bidule bez wieku i bez przyszłości, mieszkające po drugiej stronie ulicy. Aż do momentu, kiedy jedna wyjechała do Niemiec bawić czy tam opiekować się starą milionerką (milionerem?). Cztery lata jej nie było, może pięć, kto to wie, kto by liczył, kto w ogóle zauważył, że jej nie ma?. Wróciła miesiąc temu.

Dźwig z napisem 45 ton przenosił z platformy wielkiego tira prostokątny dom. Ulica drżała, prężyła się, ale przyszpilona korzeniami starych kasztanów i klonów, nie zdoła zbiec z miejsca.

Dom był na gotowo: różowy, z blachy, żółte lamówki dużych okien witrynowych, czerwona opaska pod dachem, drzwi z okrągłym bulajem, jeszcze do pomalowania.

Panienki biurwy z biura starostwa (po sąsiedzku) wywabione okazją niecodzienną, wyszły wcześniej pod pretekstem lancz-przerwy, i prędziutko zakupiły u Ulki (jedyny sklepik w promieniu kilometra) swoje lajt-twarożki wyszczuplające ph i po bułce odchudzającej graham z otrąb, i teraz chichotały we własnym kółeczku w kulturalnym oddaleniu od gawiedzi. Wszystkie popalały cienkie niby-papieroski z najnowszej reklamy oczyszczającej ubytki i wybielającej w dodatku. I choć chichotały naprawdę głośno, z pasją i znawstwem, to nikt nie zwracał na nie uwagi, poza mną. Razem wyglądały kolorowo nawet, na tle czołgowych dźwigań, ale każda z osobna wydała mi się już mniej kolorowa a nawet bezbarwna. Szkoda. I nic nie mogłem na to poradzić.


Dopaliłem, charknąłem, splunąłem i… wyczułem, że mogę już sobie pójść, bez uszczerbku dla dramaturgii dyskusji coraz gorętszej i dowcipniejszej coraz. Na progu, na wycieraczce czekał kot z prezentem. Pogłaskałem, przyjąłem mysz, zamknąłem drzwi, mysz ciepnąłem do kosza, nastawiłem kawę, włączyłem radio. Zapaliłem, pociągnąłem łyk czarnej trucizny. Spojrzałem na rozpoczęty tekst. Puściłem chmurę, ciepnąłem do kosza. Zapakowałem psa do audi i ruszyliśmy nad jezioro. Pod lasem włączyłem piąty bieg i radio. Powiedziało coś o PiS, nowym Bondzie, o red bull stratos, pogoda, piosenka, 8 zarzutów prokuratorskich dla jakiejś pani, że Nobla literackiego dostał Mo Yan, reklamy cementu, kredytów w prezencie… wyłączyłem radio, i już byliśmy nad jeziorem, po sezonie: rybitwy, perkozy, łyski i takie tam. Przed nami uzdrawiająca wiara w oczyszczającą moc wycieczek za miasto.

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

o języku. który to już raz



28 lipca 2012


[161] od dawna mnie to frapuje. zwykle przed pisaniem, zanim usiądę do tekstu i zacznę – jak to się mówi – przelewać na papier czy też – jak to się mówi jeszcze inaczej – męczyć bułę, mam w głowie gotowy tekst. jest czytelna myśl i wyważona linia narracji, melancholia jak w czeskim filmie swobodnie przeplata się ze śmiechem, nie ma pretensji ani napinki, jest uczciwy autor i mimo że ciągną go w bramę koledzy-dygresje, zapraszają do tańca koleżanki-woltyżerki, to idzie prościutko, prosto do pointy, która po cichu rozrywa czytelnikowi serce. takie teksty mam w głowie, karteczko papieru, zanim zacznę pisać. proste i uczciwe. a potem zwykle coś się dzieje.


od dawna mnie to frapuje, to moje własne wyobrażenie wyobrażenia czytelnika na mój temat i to, jak mocno sam siebie trzymam za gardło, żeby ci czegoś nie powiedzieć albo nie powiedzieć niedbale. to zmienia wszystko, kartko papieru, całą relację między nami. zamiast obracać kamień w przełyku, autor zaczyna się stroić, poprawia czuprynę, wchodzi w kalosze swojego o sobie mniemania, ależ to głupie. przeglądam stare wiersze i zdaje się, że nie powiedziałem choćby połowy tego, co zamierzałem, i nie wiem, po jaką cholerę mówię ci o tym teraz. być może po to, żeby się usprawiedliwić, samego siebie przed sobą rozgrzeszyć: zawsze miałem dobre intencje, fiszko, biała karteczko, i teraz, w czasach wojen, naporu, już tylko o tym myślę, jak daleko jesteśmy od siebie – ja, który piszę, i ty, która właśnie przeczytałaś.

jakobe.art.pl
, Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Baja dla Piotra, co nie jest już małym chłopcem, więc przeważnie nie podoba mu się to, co podoba się wszystkim.


Ilustracja,
Klick!!!

- Lisy są fajne. Wszystkie rude. A w mojej wsi ruda jestem tylko ja… - powiedziała Ivon.

- Znowu nie poszłaś do szkoły… - domyślił się lis.

- Nie lubię się uczyć tego co wszyscy – wytłumaczyła Ivon.

- Bo…?

- Nie chcę być taka jak oni.

- Bo…?

- Chciałabym być taka jak ty – powiedziała Ivon.

- Nawet ja sam nie chcę być taki jak ja – powiedział lis. – Lisy są niefajne.

 

Ivon oderwała wzrok od głębokiej panoramy skłaniającej do westchnień i spojrzała na siedzącego obok.

- Zapytaj pierwszej lepszej głupiej gęsi, a powie ci dlaczego lisy są niefajne – poradził lis, gdy wzrok napotkał wzrok.

- Gęsi nie są głupie; są fajne na swój sposób – powiedziała Ivon.

- Gęsi są smaczne, bardzo…

 

Rozległ się skrzek sokoła i przez chwilę oboje obserwowali jak ptak wznosi się coraz wyżej, a potem pikuje znienacka i znika gdzieś w dolinie.

 

- Nazrywałam trochę kwiatów dla ciebie, zobacz – powiedziała Ivon.

- Lubię kwiaty – lis z przyjemnością spojrzał na bukiet. – Są pożyteczne, dobrze mnie maskują gdy się skradam.

- Kwiaty są piękne przecież!

 

Przez chwilę milczeli. Ivon patrzyła na białe obłoki nad szczytami, a lis na zagajnik świerków, w którym coś się poruszyło.

- Hm… prawie nic o mnie nie wiesz – powiedział lis. – Jak można pragnąć być kimś, o kim nie wie się nic? - zapytał jeszcze a potem zerwał się i pokłusował w stronę świerków. Gdy był blisko, przywarł do ziemi i zaczął się skradać do tego, co się w nich ruszało, nieświadome bliskości lisa.

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Wzorowe modne opowiadanie co myśli nie angażuje ani krępuje, a ma się poczucie obcowania z literą pisaną w sumie.




Rysunek: Gurbuz Dogan Eksioglu,
Klick!!!



On już wyszedł a ona dopiero przyszła więc został bo nie musiał, a lubił jak nic nie trzeba. To ona też od razu została, bo poczuła że lubi a nawet więcej. Mam imię Arleta, powiedziała chociaż była Lucyna. Mówiłaś mi w styczniu już, przypomniał. Wciąż takich się dalej lubisz czepiać pierdół, uniosła się i brwi też uniosła więc wstał ale zaraz usiadł, bo lepiej było siedzieć w sumie.

 

Widziałam na jednej w grze takiej, jak facet się goli i w sumie nie wiem po co ci mówię. On nie odpowiedział chociaż z początku chciał ale się rozmyślił jednak.

 

A tym masz wciąż tak samo na imię, natarła znienacka. W sumie tak, usłyszał swoją odpowiedź, o ile mówisz do mnie a nie pod moim adresem jedynie. Dokładnie tak, odpowiedziała, ale nie chcę się angażować w twoją prywatność żeby być posądzona o takie coś zarozumiałe od razu albo rozdęte ego o.

 

Matka wie że ćpasz?, zainteresował się. A co masz? W sumie nic bo kartę od kasy przedłużam akurat. Ja kasę bym miała ale ty musisz skołować. A jak idę na tenis a może na basen oraz?, i w ogóle skąd masz tyle tych drobnych? Zarobiłam. Ciekawe jak? Ocieplenie zachodzi globalne to się perspektywy więcej ponarysowały trochę.

 

Coś bym w sumie wrąbał konkretnie, ujawnił. To chodź zadzwonimy na telefon. Ale spóźniony chyba już jestem właśnie sobie przypomniałem. Podkurwiasz teraz i to kompulsywnie już. Fajnie się z tobą tutaj tak teraz w sumie. Dokładnie tak, zdziwiła ją łatwość z jaką zgodziła się z tym odkryciem.

 

Za ścianą przy której siedzieli mewa chciała właśnie pogrzebać trochę w koszu dla diety wzbogacenia i urozmaicenia. Ale wystraszył ją warkot motolotni co na niej nadlatywał przezponad miastem bogaty weteryniarz, który dzisiaj akurat nie biegał regularnie do maratonu w zagranicznej stolicy co ma być dla lata uwieńczenia, tylko se dla zmiany obrazka przed oczami relaksowo lotnią zawarczał nieekologicznie. Więc odleciała i nie wzbogaciła ani nie urozmaiciła mewa nic. Za to kot w oknie piwnicznym pubu wygrzewając gnaty w słońcu odbił przezsennie po z myszy polędwicy podjedzeniu. Ogon zostawił sobie na później gorsze czasy.

 

Oni o tych fabułach siłowych nie wiedzieli, bo raz, była ściana, a w ogóle właśnie wyszli. Razem. Żeby coś wspólnie gdzieś albo kiedyś czy tam od razu i zaraz, bez specjalnego powodu i nie przymuszani przez nikogo.

 

Koniec

 

 

W tekście nie wykorzystano możliwości skorzystania z brzydkich wyrazów, ale ty możesz doskorzystać indywidualnie wyjątkowo i zgodnie z według potrzeb, by twórczo pouczestniczyć w interpretacji na miarę ego modnie swego rozdętego w autorskim liter układaniu.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21