25 czerwca 2019, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Baja dla Piotra, druga

 

 

 


Piotr nie jest już chłopcem w wieku trzech zębów, ale pewnie za 50 lat znów będzie; po prostu wszystko przed nim, a okropnie zdolny.







(sierpień 2012)


Słodkie, czerwone jabłko


- Też byłem kiedyś małym chłopcem – powiedział stary człowiek. - I mieszkałem tutaj.

- Tutaj? A w którym oknie? – mały chłopiec zadarł głowę i omiótł wzrokiem balkony i szyby wyglądające z betonowych ścian wieżowców tworzących głęboką studnię. Siedzieli na jej dnie, na ławeczce przy umierającym drzewie.
- Nie ma już tego okna, nie ma już tego domu... Zostało tylko to – stary człowiek wycelował sękatym palcem w koronę schnącej jabłoni. – Tylko to. I ja.



- Przyprowadziłeś mnie do tego blokowiska, żeby pokazać mi stare suche drzewo? - chłopiec nie krył rozczarowania.

- Ho! Kiedyś tu był wielki sad; spodobałoby ci się tutaj, mój ojciec sadził wszystkie drzewa; jabłonie, grusze, czereśnie, mieliśmy trzy psy do pilnowania. Jeden był naprawdę groźny, nazywał się Kat.

- Kat?

- Tak się nazywał. I naprawdę zapracował na tę nazwę. Złodzieje omijali sad wielkim kołem.

- Dziwne imię dla psa.

- Dziwne – przyznał stary człowiek. - Teraz tu jest miasto...



- Chodźmy już dziadku, tu jest ponuro.


- To był naprawdę piękny sad – pomyślał stary człowiek wstając z ławeczki. Ujął wnuka za rękę i ostatni raz rozejrzał się dookoła. Dostrzegł czerwone pomarszczone jabłko dyndające na chudej gałęzi. Zerwał je, wypolerował rękawem, powąchał, zaciągnął jak cygarem i dał wnukowi: - To prezent, od twojego pradziadka.

- Czyli od twojego taty... - upewnił się mały chłopiec.

- On sadził ten sad. I teraz podarował ci jabłko.

- Słodkie! - wycedził chłopiec pełną buzią.



Powoli przeszli ocieniony tunel bramy i wtopili się w rozpędzony tłum na rozgrzanej słońcem ulicy. Stary człowiek i mały chłopiec.



Rysunek: Tomasz Bohajedyn

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Coś








Baja dla Piotra

(32. lipca 2012)

Coś






Z samego rana, zaraz po śniadaniu pojawiło się Coś.


Nie wiedziało kim jest ani gdzie się znajduje i co powinno teraz zrobić. Zrobiło więc pierwszy nieśmiały krok. Odczekało chwilę uważnie nasłuchując, potem rozejrzało się.


Nie działo się nic. Wysunęło więc nogę najdalej jak umiało i dostawiło do niej drugą nogę. Tak zrobiło drugi, większy krok. I znów nic się nie stało. Ośmielone Coś zrobiło krok trzeci, potem jeszcze jeden i jeszcze, coraz szybciej i szybciej, aż zadyszane, nie mogąc złapać tchu przystanęło. Tak Coś odkryło bieganie. Nie wiedziało, że to co zrobiło nazywane jest bieganiem, a wokół nie było nikogo, kto mógłby mu o tym powiedzieć.


Stało i przyglądało się nowemu miejscu, bo zauważyło, że jest tu zupełnie inaczej niż tam, skąd wyruszyło. Gdy odzyskało siły, znów pobiegło aż do utraty tchu i zaraz znalazło się w nowym, innym miejscu. Coś zrozumiało, że świat składa się z wielu miejsc, które wcale nie wyglądają tak samo.


Pobiegło sprawdzić jak wyglądają te inne miejsca. Nagle zatrzymało je coś, co się ruszało i było przyjemnie chłodne. Zaciekawione Coś pochyliło się, żeby sprawdzić co to takiego.


- O! – wykrzyknęło zdumione i po raz pierwszy usłyszało swój głos.

– O?! – zawołało jeszcze raz, bo polubiło dźwięk swojego głosu oraz dlatego, że dostrzegło jakąś postać, która im bardziej pochylało się, tym stawała się wyraźniejsza. Kiedy Coś uśmiechnęło się, postać także się roześmiała, a kiedy pomachało do niej przyjaźnie, postać natychmiast odpowiedziała takim samym gestem.


Coś nie wiedziało, że stoi w strumyku i przygląda się swojemu odbiciu, a wokół nie było jeszcze nikogo, kto mógłby mu o tym powiedzieć. Coś postanowiło dotknąć nowego znajomego.


- O...? – wyszeptało niepewnie widząc, że dłoń znika tam, gdzie zaczyna się postać. Przestraszone, cofnęło ją szybko i dłoń znowu ukazała się cała. Coś uniosło ją do oczu, aby przyjrzeć się przezroczystym kulkom jakie się do niej przylepiły. Powąchało je, ale nos nie wyczuł żadnej woni, więc polizało je językiem...


- O...?! Pycha! – Coś znów usłyszało swój głos w chwili, gdy odkryło orzeźwiający smak wody.


Postanowiło natychmiast sprawdzić czy nie ma więcej takich ciekawych miejsc, gdzie nieznane czeka na odkrycie. Jednak po kilku krokach zatrzymało się i powróciło do strumienia, bo poczuło, że nowopoznanemu znajomemu może być przykro, że je tak nagle opuściło. A nowy i jedyny znajomy wciąż czekał w strumieniu, by z ochotą odpowiedzieć uśmiechem na każdy uśmiech i takim samym gestem na każdy przyjazny gest.


- Kim jesteś? – zapytało Coś uśmiechając się najpiękniej jak potrafiło, a odbicie uśmiechnęło się równie pięknie lecz bezgłośnie.

- Kim jesteś?! – powtórzyło pytanie Coś, ale i tym razem nie doczekało się odpowiedzi.
Coś zaczynało rozumieć, że nie zawsze jest tak jak byśmy chcieli żeby było. Nawet jeżeli chcemy tego bardzo.


- A ty? Kim jesteś? – Coś obróciło głowę tam, skąd dobiegał głos.


Nad brzegiem strumienia stała postać. Taka jak lustrzane odbicie, ale machała przyjaźnie, chociaż Coś nie wykonywało żadnego gestu.


Coś podeszło i... powoli, ostrożnie... bardzo ostrożnie... uniosło dłoń, by... dotknąć postaci.

- O! – usłyszało swój radosny okrzyk, gdy dłoń zetknęła się z miękkim futerkiem.
- Łaskoczesz! - zachichotała postać i odwzajemniła dotyk .
Coś poczuło, że nie jest już tutaj samo.


Zaraz zmartwiło się, że postać gdzieś sobie pójdzie i znów zostanie samotne. Nie wiedziało co powinno zrobić, żeby tak się nie stało.


- Nie wiem, co trzeba zrobić... - wyznało stropione przepraszającym głosem, bo czuło, że powinno się przyznać. – I... nie znam innych miejsc niż to – dokończyło tonem winowajcy.


- Masz ładne skrzydełka! – usłyszało rozbawiony głos.


- Skrzydełka...?


- Polećmy gdzieś! Zobaczmy czy nie ma nas w jakimś jeszcze ładniejszym miejscu, co?


- Polecieć? Z tobą...? - Coś nie miało pojęcia, że można latać, bo przecież nie znało dotąd nikogo kto by mu o tym powiedział. Ale gdy postać zatrzepotała skrzydłami, zrobiło to samo i... uniosło się wysoko, coraz wyżej, wyżej i szybciej i... poczuło się wspaniale.


Tak Coś dowiedziało się, że umie latać. A pod koniec dnia, późnym wieczorem i daleko stąd, było już zupełnie kimś innym niż rano, gdy się tutaj pojawiło. A kiedy przypomniało sobie, kim jeszcze niedawno było, zrozumiało jak dobrze spotkać przyjaciół - którzy odkryją i powiedzą nam kim naprawdę jesteśmy, co potrafimy i kim możemy zostać - zanim zdążymy przywyknąć do tego kim być nie możemy, bo po prostu nie było nikogo kto by nam powiedział, że możemy być kim chcemy.



Ciąg dalszy prawdopodobny, ale nie za mocno.



Rysunek: profesor Andrzej Bobrowski

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

 

Opowiadaniwe bez morału

 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu
się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek.

Człowiek prawie zawsze ustępował i w ten sposób

udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców

ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki,

reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe

okoliczności.

 

Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił

o audiencję u tyranika rządzącego krajem, podobnego

wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu

generałów, sekretarzy i filiżaneczek czarnej kawy.

— Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa —

powiedział człowiek. — To bardzo ważne, bo na poczekaniu

nie przyjdą panu na myśl, a przecież wypada powiedzieć

je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie

nabrały historycznego znaczenia.

— Przetłumacz, co powiedział — rozkazał tyranik swemu

tłumaczowi.

— Mówi po argentyńsku, ekscelencjo.

— Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem?

— Wasza Wysokość doskonale zrozumiał — powiedział

człowiek. — Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu

pańskie ostatnie słowa.

 

Ciąg dalszy, Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Grochów Andrzeja Stasiuka




Andrzej Stasiuk „Grochów"

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2012



Książka ma wypasioną twardą i laminowaną okładkę przyjemną w dotyku, i składa się z około 90-ciu stron na papierze Alto 80 g. Kosztuje 31 pięćdziesiąt. Ktoś powie: – Drogo! - Drogo?! – zdziwimy się wtedy. – Przecie to wypada tylko 35 groszy - mniej niż jeden papieros (60 groszy sztuka) - za stronę, na której Stasiuk daje dużo gęstych zdań dojrzałego pisarza, takich jak te tutaj, z tytułowego Grochowa, spisane pod wpływem kremacji zwłok  przyjaciela:


Str. 46 - 48

Kiedy wsuwali cię do pieca, wiedziałem już, że będę

chciał to wszystko opisać. Ponieważ nie mogłem zrobić

nic innego. Ten piec, to wnętrze, ten wózek przypominały

fabrykę naszych ojców. I potem naszą. To

wszystko działo się za szybą ale czułem zapach rozgrzanych

stalowych strużyn, zapach iskier tryskających
spod korundowych tarcz, zapach oleju, woń

tych wszystkich wydziałów, kuźni, hartowni, tłoczni.

Chociaż wszystko działo się za szybą. Gdy ruszyły

dmuchawy, które miały rozpalić płomień do tysiąca

stopni, zrobiło się jak w hucie. Nawet zielone kafle

na ścianach przypominały szatnię z tymi okropnymi

metalowymi szafkami, w których robocze ubrania zawsze

przechodziły oleistą wilgocią. Nie znosiłem tego

momentu, gdy tuż przed szóstą trzeba było się przebierać

w granatowy drelich. Był ciężki od fabrycznego

powietrza. Ciężki i zimny. Prawie jak z metalu.

Właściwie to nie ubierałem się w niego, tylko wsuwałem

z odrazą. Musiały minąć minuty, nim przeszedł
ciepłem ciała. Tłustawy dotyk wnętrza kieszeni. Opiłki

metalu. Teraz przypominam sobie, że materiał nie

był granatowy, ale szary. Szary jak to wszystko wokół,

z zielonkawymi korpusami radzieckich maszyn,

zasmolonym szkłem okien i podłogą z drewnianej

kostki, czarnej od smaru i brudu. Niezależnie od pory

dnia i roku te wszystkie hale, te wydziały wypełniał
zimowy świt. Nawet gdy było gorąco. Na przykład

w kuźni obok elektrycznych pieców. Albo w hartowni,

gdzie jasnopomarańczowy metal zanurzał się w olejowej

kąpieli. Tam też zalegało zimne, szare światło.

To było życie naszych ojców. A my mieliśmy je powtórzyć,

ponieważ czekało na nas już gotowe i nic innego

nie trzeba było robić. Z przystanku, rano, z tłumem

mężczyzn przez główną bramę wchodziłem do fabryki

jak do wnętrza własnego losu. Tak to można ująć,

chociaż wtedy ani ty, ani ja nie wiedzieliśmy, co to
los. Simple twist of fate... Ale dotyk drelichu był jak

dotyk wnętrza cudzej, zimnej skory. Mężczyźni na

Makowskiej przypominali naszych ojców, ale nigdy

nie przyszło nam do głowy, by zasiąść obok nich. Szliśmy

dalej, poza zasięg ich wzroku. Przez torowiska,

zagajniki, przez kolejne nasypy, by patrzeć na pociągi

odjeżdżające w głąb pejzażu, na Wschodni, na Centralny

albo do Władywostoku. Ponieważ od początku
było postanowione, że zdradzimy swoich ojców. Ponieważ

chcieliśmy odejść jak najdalej. Ponieważ nie

chcieliśmy wstawać przed świtem. Ponieważ wydawało

nam się, że tak wygląda wolność. Ponieważ byliśmy

zdrajcami.

Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 7.

Ludzie, którzy prowadzą poukładane życie, mają zwykle skłonność do tego, by mówić dużo o przyszłości. Z reguły w ich zamierzeniach przyszłość przypomina do złudzenia teraźniejszość, wzbogacona jest jednak o konkretne dobra materialne. Ludzie, którzy prowadzą poukładane życie są często na tyle ograniczeni umysłowo, że utożsamiają dobra materialne z rosnącymi możliwościami. Być może te możliwości to rekompensata za nikłe możliwości ich umysłu.


Tak myślała Jo, która nie była w stanie myśleć naprawdę dobrze o człowieku liczącym na to, że określony rodzaj mieszkania, samochodu, żony poprawi w jakikolwiek sposób jakość jego życia. Nie ufała do końca ludziom, którzy używali słów takich jak: inwestować, odkładać, zbierać. Jeśli miała 50 dolarów, oznaczało to, że ma 50 dolarów do natychmiastowego wydania. Romans z T. nie mógł być naprawdę romantycznym romansem, właśnie ze względu na jego praktyczne podejście do tej i paru innych kwestii. Niby nie wszystko było jeszcze stracone – był młody i teoretycznie mógł się jeszcze zmienić. Zastanawianie się nad tym oznaczało jednak myślenie o przyszłości, a to ostatnie, o czym Jo miała zamiar myśleć.


Unikała codziennych spotkań z T., uznając, że byłoby to równoznaczne z zaangażowaniem, a tym samym zakończeniem romansu i początkiem dramatu. Nie interesowało jej szczególnie, co robi, kiedy nie spędza czasu z nią; gdyby interesowało ją trochę bardziej, mogłaby pewnie dostrzec wiele niespójności w jego sposobie postępowania. Taktyka Jo, o ile można w ogóle tak nazwać jej beztroskę, polegała na zjadaniu z tortu samych wisienek i odmawianiu ciężkostrawnej reszty. Taktyka ta, póki co, okazywała się być skuteczna.


Ponieważ wypadł „co drugi", a może nawet „co trzeci" dzień, spotkała się z T. Tym razem nie na spacer i nie nad wodę, a na kolorowe drinki w barze karaoke. Tego wieczora ludzie śpiewali same smutne piosenki, a pogoda zwiastowała, jeśli nie koniec świata, to z pewnością rychły atak islamskich fundamentalistów. On raczej tego nie dostrzegał, mówił w najlepsze o swoich służbowych obowiązkach, stwarzając przy tym wrażenie, jakby był co najmniej szefem baku światowego. Jo siedząc smętnie przy stoliku, popatrywała na ludzi, z których większość brała udział w konkurencji: jak upić się najmocniej w jak najkrótszym czasie, nieliczni uprawiali jedyny w ich życiu sport, czyli grę w bilard. Kolorowe światełka mrugały w ciemnym, zadymionym pomieszczeniu ...


Ciąg dalszy,
Klick !!!

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21