24 kwietnia 2019, środa

Czytelnia człowieka dla ludzi

Zygmunt Haupt (1907 - 1975)

Deszcz (opowiadanie)









Opowiadanie Zygmunta Haupta możecie przeczytać w „Morelach i Grejpfrutach” dzięki życzliwej przychylności Janusza Drzewuckiego (Redaktor Naczelny SW „Czytelnik”)

 



Deszcz

 

Niektóre sprawy zapamiętuje się w życiu na zawsze.


Pamiętam na przykład jeden deszcz. Musiałem być przez jeden dzień w tym miejscu obcym, nie znanym mi dotąd, byłem tam przez cały dzień i deszcz padał przez dzień cały, i zaledwie ustał nad wieczorem.


Kiedy przyjechałem tam rano, wcześnie, to przyjechałem już za tego deszczu. To było lato i ciepło i nic właściwie nie dolegało owego dnia, tylko deszcz. Było zielono: jasna zieleń wczesnego lata, jasna, srebrzysta i dlatego srebrzysta, że była zaciągnięta szarugą tego deszczu. Na stacji kolejowej trzeba było poczekać, może na to, ażeby ten deszcz trochę przestał tak padać, bo nie było nań rady – deszcz ulewny, ciągły. Potem, jak miałem tam pobyć cały dzień, to i przyzwyczaiłem się do tego deszczu, jakby należał on do krajobrazu, jakby tu nie miało nigdy być co innego, tylko deszcz. Bo ani przedtem tam nie byłem nigdy, ani potem. Mogłem sobie domyślać się, jak tam było za sucha, za pogody i słońca, ale wtedy, kiedy byłem, to był deszcz i zielono. Pamiętam zieleń tego miejsca, jakby zieleń ta, jak farba przez ten deszcz rozpuszczona, zafarbowała wszystko na zielono.


Powiedziałem tu przedtem: szaruga. Otóż nie, nie była to szaruga. Było coś świeżego, żywego w tym deszczu: padał prosto, nie zacinał, nie zalewał szyb okiennych ani ścian, ale w jakiś stanowczy, zdecydowany sposób, gdzie tylko było obrócić oczy, leżał pionowo na tym zielonym krajobrazie z zieleni drzew.

Ciąg dalszy, Klick !!!







Byłem tam wtedy przez cały boży dzień. I było tam pusto, bo i deszcz, więc wtedy ludzie się chowają, i poza tym był to jeszcze półsezon, więc tych ludzi mało. A więc opustoszałe żwirowane chodniki, „deptaki” nie żwirowane, ale wysypane żużlem – to pamiętam, sztachety domów i willi, cienisto od drzew wysadzających te ulice, rynny chlustające wodą deszczową, mokre liście. Czasem przelatywał jakiś milczący ptaszek i to było całe życie: lot skośny ptaka z jednego mokrego schroniska w inne. Nawet nie pamiętam, jakie tam było niebo, bo wszędzie były drzewa i przysłaniały je. Nie było także ani powiewu; może zaciągnęło chmurami i musiały się wypadać, i wtedy nie miało go być więcej, tego deszczu.


Już nie pamiętam, po co wtedy tam byłem, w tym miejscu. To dziwne – pamiętam deszcz, pamiętam tło tego deszczu, a poza tym niczego więcej już nie pamiętam. Więc czemu tak zapamiętałem ten deszcz? Jeden z tysięcy, jakie padały w mym życiu. Może to była jakaś ważna sprawa, z którą wtedy byłem tam, i o tej sprawie zapomniałem, a przez jakiś przeskok myśli, zamiast o niej, pamiętam jedynie ten deszcz.


Może szukałem tam za kimś, kto obiecał mi pieniądze? Obiecał, a coś zaszło, może nie można, nie należało na nim polegać, może fanfaronował, a mnie naraził na poranne tłuczenie się pociągiem i na deszcz? Może nałgał, a może to ja jemu nałgałem i stracił do mnie zaufanie, a może to ja go źle zrozumiałem, może wziąłem jego gadaninę za dobrą monetę? Nie pamiętam.


A może to była ta dziewczyna, co powiedziała mi miesiąc przedtem, że to już ostatni raz i że powinniśmy przejść z powrotem na „pan” i „pani”? A ja nie umiałem się z tym pogodzić i wybrałem się, ażeby jeszcze ją zobaczyć i przypominać, i prostować, bo bez niej było czarno, jak czarno! i nie mogło pomieścić się w głowie, że nie da się przekonać, że nie wyjdzie do drzwi i nie powie, że tamto to tylko nieporozumienie. Wyjdzie i zaśmieje się, wyjdzie i zawstydzi się, a po miesiącu niewidzenia będzie taka sama, przytrzyma ręką kapelusz i z boku będzie patrzyła swym profilem, jak dawniej.


A może wysłali mnie, ażebym zabił człowieka? Może ciążył mi w kieszeni przemoczonego gabardynowego płaszcza pistolet, któremu mechanicznie przesuwałem bezpiecznik z „Safe” na „Fire”? Posłali mnie aż tam, ażebym poczekał, aż będzie wychodził z furtki pensjonatu, i kiedy wystrzelone i usmolone łuski pistoletu będą lśniły na żużlu chodnika, to nawet wtedy nie będę widział twarzy zabitego przeze mnie i leżącego plecami do góry człowieka ze śmiesznie wykręconymi nogami.


Mogły więc to być sprawy bardzo ważne, szczególnie brzemienne w następstwa. A oto z tamtego czasu zapamiętałem jedynie deszcz. Zielony, srebrny, rozpryskujący się jak rtęć, zapamiętałem siwiznę tego deszczu wpośród zieleni, jednostajność i jakąś dziwną świeżość tego deszczu, a niczego więcej nie zapamiętałem.


Potem, wieczorem, ten deszcz ustał. Już była noc, w kałużach wody deszczowej odbijały się latarnie i światła domów, kiedy jeszcze musiałem gdzieś pod mokrymi drzewami czekać na coś po czarnej nocy na powietrzu tak niezmiernie świeżym i deszczowym, a potem wróciłem na stację do pociągu i już nigdy więcej tego miejsca nie widziałem. Zapamiętałem tylko deszcz.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Tak sobie ułożyłem to opowiadanie i teraz przyglądam się swemu dziełu. O czym ono ma mówić? Co za wieść cholerną ma nieść w sobie? Czy ma to być tylko rodzaj sygnału, ażeby odbiorca tego dopowiedział sobie kompletniej, czy też opowiadanie to jest moim osobistym, sztucznym językiem, rodzajem volapüku, który jest tylko dla mnie zrozumiały? Czy implikuje ono jakąś... jakieś jedno wzruszenie, które będzie zawsze jednakowo ważne w czasie? Czy będzie zrozumiałe? Czy ma mówić o niedołężności ludzkiego porozumienia, czy o jego bogactwie, które niesie w sobie wszystkie możliwości, wszystkie wariacje? Czym ma być ono? Czy może tylko rodzajem układu elementów, ażeby zakołysało się w jeden rytm albo jedną kompozycję, zadowoliło, połechtało jakieś uwarunkowane, jakieś prawie że fizjologiczne węzły nerwowe czy jak by to nazwać, uderzyło w deskę tego samego rezonansu?


Deszcz, ma z tego zostać tylko deszcz, to znaczy, że niby wszystko jest nieważne, „matajotes matajoton, ta panta matajotes”, aż to sięga po jakiś morał, że co byśmy nie przeżywali, to w obrębie spraw nie liczy się to i że pozostaje tylko deszcz. Tak więc z kompleksu utajonego, anarchii, kiedy zapełniam swoje życie po brzegi wyimaginowaną ważnością transakcji dwudziestozłotowej, unoszącej mnie po prowincji i wpośród deszczu do obgryzania paznokci ze zniecierpliwienia. Albo że bolesny zadzior i przepastna rozpacz tego, że tamta dziewczyna wymykała się z samolubnych objęć teraźniejszości, potrafiłby jeden deszczowy dzień uznać za jedyność godną kolekcji najtragiczniejszych dziań się od stworzenia świata. Albo że był to najaltruistyczniejszy dzień, kiedy w imię czegoś, dla racji takiej a takiej sprawy, w mokry dzień pod zmokłymi liśćmi alei uzdrowiska, pomiędzy sezonami, potrafiłem zabić z tyłu człowieka, którego twarzy nigdy nie widziałem, i patrzeć na swoje ręce, zanim panika poniosła mnie, jak pijaka, by zataczać się pomiędzy ścianami świata.


Nie wiem... Pamiętam tylko, że był taki jeden dzień i skończył się, i że wróciłem na stację do pociągu, i że tego miejsca potem więcej nie widziałem. Zapamiętałem tylko deszcz.

 

[prwdr. „Wiadomości” 1953, nr 26]

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.