23 kwietnia 2019, wtorek

Błażej Baraniak

Dlaczego Grochowiak






„Nie gramy Grochowiaka, bo nikt go nie gra, a jak go zaczną grać to my też.”



Nie ma okrągłej rocznicy ani innego powodu tak uroczystej natury, żeby dopisywać się do szlachetnego grona tych ludzi, dla których wydobywanie dzieła Stanisława Grochowiaka z czyśćca niepamięci ma sens. Dlaczego Grochowiak? Dlaczego teraz, gdy w kanonach szkolnych lektur ostały się pojedyncze wiersze, w magazynach Filmoteki Narodowej, publicznej telewizji i Polskiego Radia zarastają kurzem kopie filmów i słuchowisk a na teatralnych afiszach próżno szukać premier jego sztuk? Gdy na polonistykach niewiele prac na temat Grochowiaka, a w jego rodzinnym Lesznie jego sławę przyćmiewa Alfred Smoczyk, żużlowiec?
Gdybym powiedział, że walory literackie Grochowiakowej spuścizny to jedyny powód, dla którego postanowiłem:
- zorganizować przegląd jego całej nadzwyczaj różnorodnej twórczości,
- wydrukować w „Morelach i Grejpfrutach” sporą część jego utworów,
- doprowadzić w Lesznie do premiery jego dramatu,
- zorganizować sesję popularnonaukową poświęconą jego osobie i twórczości – byłaby to prawda, ale na dowiedzenie jej, trzeba poczekać do momentu, kiedy to, co zapisane od myślników stanie się faktem.
Teraz wyłuszczę parę powodów natury z pozoru niemerytorycznych i wręcz osobistych:
1. Gdyby nie mój sztubacki zachwyt nad Grochowiakowym „Ikarem”, pewnie moje zostanie polonistycznym olimpijczykiem oraz – co za tym idzie - szanse na zdanie matury (bo wcześniej dostałem indeks) najpewniej byłyby mrzonką. Chętnie opowiem, bo rzecz nie tylko o Grochowiaku, ale raczej o jego postrzeganiu w mojej szkole, do której i on swego czasu uczęszczał. Otóż pewna pani profesor (świętej pamięci, dlatego nie przywołam jej nazwiska), najwyraźniej niezadowolona moim bezczelnym nieuctwem w dziedzinie matematyki i języków obcych, w chwili furii na moment wzięła na siebie trud wieszczenia, a posiłkowała się przy tym przykładem (negatywnym) już naonczas bardzo znanego poety Grochowiaka. Mówiąc wprost ujęła rzecz w ten sposób: „Baraniak, ty .... ćwierćinteligencie, ty skończysz w rynsztoku, jak ten Grochowiak!”. Nie miejsce tu na analizę mojej licealnej krnąbrności, ale porównanie odebrałem z należnym szacunkiem i poprzysiągłem sobie i (w duchu) pani profesor, że przyłożę sporo starań, żeby jej pytyjskie proroctwo spełnić co do joty. Rzecz jasna z zachowaniem stosownych proporcji.
Gdy Państwo przejrzycie tekst Agnieszki Dworniczak o czytanym dzisiaj Grochowiaku - który to tekst zamieszczamy w tym wydaniu „Moreli i Grejpfrutów” - zapewne zauważycie, że i koledzy po piórze oraz wszelkiej maści krytycy i recenzenci współcześni twórcy „Chłopców”, którym dane było przeżyć swego rówieśnika, zaraz po jego śmierci - z powodów sobie znanych - chętnie wywlekali nie ciężar gatunkowy jego dzieł, a ludzką przypadłość, dość powszechną w naszej szerokości geograficznej. Nikt jednak nie ośmieliłby się podać drukiem to, co w tak jednoznaczny wygłosiła moja śp. pani profesor - rodem z Leszna. Zawiść to czy Gombrowiczowska gęba? Głupota, co to ma wyższe loty niźli najbardziej banalna prawda? Chcę, żeby Państwo mieli sami szansę to ocenić.
2. Od momentu, gdy dzięki rozumnej decyzji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego mogę chodzić wokół przywracania twórczości Grochowiaka żywym, przeprowadziłem kilkanaście przynajmniej rozmów z różnymi reżyserami w nadziei, że w którymś/którejś uda mi się rozbudzić entuzjazm do przygotowania premiery Grochowiakowego dramatu, i to w mieście, które od ostatniej wojny światowej może się chlubić trzykrotnym wzrostem obywateli przy jednoczesnym zagubieniu wszystkich trzech (albo i czterech) sal kinowych oraz przynajmniej dwóch scen teatralnych (w tym jednej – od a do z – profesjonalnej). Niestety znów pudło! Przytłaczająca większość indagowanych reżyserów raczyła mnie recenzją dramatów Stanisława Grochowiaka, którą można by streścić dwoma słowami: trącą myszą. Oczywiście większość ani przed zdaniem dyplomu, ani w swej karierze zawodowej nie sięgnęła po żaden tekst autora „Króla IV”, bo… od trzydziestu lat nie wznawia się tych utworów. No i jesteśmy w sednie rzeczy: nie gramy Grochowiaka, bo nikt go nie gra, a jak go zaczną grać to my też. Powszechne, więc zrozumiałe aż do bólu: lepiej, i o ileż bezpieczniej awangardowo adaptować prozę współczesnego literackiego idola, niż klasyka, który dla sceny pisał.
3. Niedawno mój młody współpracownik, a mieszkaniec leszczyńskiej dzielnicy Zatorze, gdzie znajduje się dom, w którym mieszkał Stanisław Grochowiak, przybiegł z zatrważającą informacją, że ów dom, w którym samotnie gospodaruje krewna autora „Bilardu” najpewniej przejdzie w ręce ludzi, którzy nie mają zamiaru otworzyć tam izby pamięci poety czy jakiego innego domu pracy twórczej, a wręcz przeciwnie, krok po kroku dążą do puszczenia z torbami bezbronnej niewiasty, żeby w efekcie dom zburzyć a w jego miejscu postawić... hipermarket. Memu informatorowi dałem wiarę, mając w pamięci los ostatniego w Lesznie kina „Panorama”. Mamy na szczęście w naszym rodzinnym mieście miejską bibliotekę imienia Stanisława Grochowiaka i chwała za to jej pomysłodawcom. Nie stać nas jednak na to, żeby murowany ślad po pisarzu-krajanie potraktować jak inni włodarze innych miast potraktowali dom Iwaszkiewicza na Stawisku, willę Kuncewiczowej czy choćby mieszkanko Iłły. O willi Atma, Szymanowskich, nie wspominam, bo to jednoosobowa zasługa świętej pamięci Waldorfa, który nota bene całkiem inaczej się nazywał.
Korzystając z okazji przypomnę, że wiele, wiele miast na Zachodzie ma w zwyczaju obdarowywać domami lub mieszkaniami wybitnych swych żyjących twórców i najczęściej stają się rzeczeni twórcy obywatelami tych miast dopiero z chwilą, gdy tam się przeprowadzają. Na szczęście i w Polsce mamy takie szlachetne i godne pochwały miasta – Kraków (vide przygarnięcie po powrocie z USA Czesława Miłosza) czy Wrocław (przed wielu laty – kwaterunek w pięknym domu dla Tadeusza Różewicza).
Trzy mizerne powody? Jeśli tak, tym żwawiej przystąpię do roboty, żeby już na jesieni mogli Państwo się znów przekonać, że Grochowiaka trzeba czytać, najlepiej ze zrozumieniem i bez jakiejkolwiek wyrozumiałości. On się broni sam.


Błażej Baraniak, w Lesznie, 19 maja 2008 r.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.