21 października 2020, środa

Zofia Nałkowska

Dzienniki



Wyglądam na starą kobietę, którą jestem. I to wiedząc, że starość jest wstydem, upośledzeniem, że starość dyskwalifikuje. I właśnie zachowanie pozorów, włosy w porządku i mimo wszystko ,,zrobiona" twarz, poprawność w ubiorze - to jest gorzej, to czyni rzecz bardziej widoczną.
To już.




Zofia Nałkowska, fragment "Dzienników 1945 -48", Czytelnik 2000

(...)
Polanica, 1 IX 1946

Wyglądam na starą kobietę, którą jestem. I to wiedząc, że starość jest wstydem, upośledzeniem, że starość dyskwalifikuje. I właśnie zachowanie pozorów, włosy w porządku i mimo wszystko ,,zrobiona" twarz, poprawność w ubiorze - to jest gorzej, to czyni rzecz bardziej widoczną.
To już. (...)


Polanica, 15 IX 1946

(...) Doświadczyłam młodości, z całą o niej wiedzą. Mówiłam: pamiętaj, że jesteś młoda. I jeszcze mając lat piętnaście, powtarzałam: pamiętaj, że za drugie tyle będziesz jeszcze młoda.


Teraz w tym samym uważnym skupieniu doświadczam starości. Wiem, wszystko wiem. Jak zawsze dawniej: widzę siebie z zewnątrz, oglądam się dokładnie oczyma ludzi. To widzenie jest nieżyczliwe. Ale byłoby gorzej, gdyby było współczujące.


W mej starości jestem waleczna, jestem mężna. Nie popuszczam sobie cugli. Nawet teraz, w chorobie - dokładam starań, aby być gładka, czysta, wyświeżona. Moj maquillage nie jest przesadny, ale nie pokazuję się ludziom nigdy w stanie nature. Maquillage nie aktorski, nawet nie dyplomatyczny. Daje się dostrzec, oczywiście, ale jest powściągliwy. W ubraniu jednak przed jego wygodą idzie estetyka, linia, wlaściwość. Oczywiście nie jestem pewna, czy oględziny z zewnatrz kwitują te zabiegi.


Natomiast nie doznałam, jak należy, wieku dojrzałego: spokoju, osiągnięcia, utwierdzenia się w swej jakości. Pisząc - byłam zawsze niezadowolona swą teraźniejszością, zbierałam się do następnej książki jak do skoku. Żyjąc - węszyłam w sobie starość, nie mając jeszcze lat trzydziestu. Nie miałam wieku dojrzałego, jak święty Augustyn - teraźniejszości.


Teraz: czy doświadczyłam szczęścia? Chyba tak. Przelotnie - w paroksyzmach każdej nowej miłości, zanim zaczęła mię dręczyć. Początek Gorzechowskiego - olśnienie jego obcą jakością. Także czas, gdy myślałam, że kocha mię Szalit. A nawet może: gdy jego kochałam. Później już nic. Chyba same zaczątki Bogusława, owo ,,dotrzymanie obietnicy" przez muzykę.


To w miłości. Ale trwałe stany szczęścia były gdzie indziej. Mama, Górki, powroty do domu. Straszliwa za tym tęsknota jest istotą starości. Tylko za tym szczęściem, nie za miłością.


Jeszcze szczęście w twórczości. Niekiedy pomyślne ataki megalomanii w czasie pisania. Jednak - dobrze zważywszy - źródłem szczęścia była tylko twórczość cudza. Doznawana jak umocnienie w "swoim", jako potwierdzenie.


Polanica, 17 IX 1946

(...) Zauważyłam wśród sióstr, częściowo jeszcze niemieckich, i między oczekującymi ożywione szepty. Okazuje się, że trafiłam na powrót znakomitości, profesora i Niemca, dotychczas właściciela tego sanatorium i tego uzdrowiska, doktora Schlechta, którego naprzód wydalono, a obecnie ułaskawiono. Lat siedemdziesiąt, wspaniała postawa, piękna głowa, niewątpliwie Ktoś. Wchodzę z nim w nieprzeniknioną ciemność, on to bowiem ma prześwietlić mi serce i wyświetlić los. Myślę przy tych obrzędach, że to jest Niemiec, myślę o Spannerze i dwóch niemieckich doktorach, opisanych w pierwszym ,,Medalionie". Korzystam z jego grzecznej staranności, myślę o ich zbrodniach, ich nauce, ich dzisiejszym losie. Trudno mi wytrzymać. (...)

 

Polanica, 22 IX 1946

Taka scena w poczekalni tego miłego M., ginekologa, przesiedlonego tu, jak się okazuje, spod Lwowa. Czekają pacjenci, jeden po drugim przenikają tam powoli. I nagle wchodzi ten wysoki, stary cudzoziemiec, znakomitość i profesor. Ma interes jakiś do młodego polskicgo ginekologa, ktory objął po nim władzę nad uzdrowiskiem.

Siada grzecznie, jak inni, czeka. Na stoliku, na jakiejś półeczce książki i gazety leżą dość bezładnie. Pokój jest ciasny, prócz oczekujących jakieś dwie osoby tu urzędują, wszystko dość prowizoryczne. Znakomitość przebiera między gazetami, coś sobie z tego wybiera, co mu dogadza, bo czyta.


Okazuje się, że będzie przyjęty poza kolejką, widocznie jako kolega. Bo wstaje i wchodzi do gabinetu lekarza. Po jego wyjściu przesiadam się na jego miejsce, bliżej drzwi. Także przerzucam gazety. I znajduję, co czytał. Między polskimi pismami leży parę numerow ,,Amtliche Kurliste Herzbad Reinerz", ten czytany jest z maja 1941 r. Oto, co zajęło pięknego, starego pana, wspaniałego specjalistę od serca, doktora Schlechta! Przeglądał sobie listę swych gości sprzed lat, swych kuracjuszy i pacjentów, którzy dla brzmienia jego nazwiska zwozili tu złoto z całej Europy. I coś sobie myślał czytając. (...)


Krynica, 10 VII 1947

Ktoregoś z tych dni podszedł podczas obiadu do naszego stołu w restauracji Domu Zdrojowego samotny pies o ujmującej kudłatej twarzyczce i dał mi do zrozumienia, że chętnie zje trochę mojego mięsa. Gdy wzajemne porozumienie nastąpiło, zbliżył się do nas jego pan i gdy witał się ze mną, okazało się, że jest to pan Eile, pamiętny mi sprzed wojny dowcipny ilustrator ,,Wiadomości Literackich", obecnie redaktor popularnego ,,Przekroju", magazynu o 250 000 egzemplarzy tirage'u. Od razu przystąpił do rzeczy. Że dwukrotnie już zwracał się do mnie z prośą o współpracownictwo, że dotąd mnie nie ma między współpracownikami, że mówił z Gałczyńskim, że chciałby coś stałego. Usposobiona dobrze tym psim wstępem, na ogół też lepiej się czująca, doznałam jakby natchnienia i spytałam: ,,A nie chciałby pan drukować na przykład nowej serii »Charakterów«?". Chciałby. (...) Faktem jest, że osobiście psu temu zawdzięczam zwrot w mym życiu, przerwanie niemożności pisania i zwłaszcza druku.

(...)


Zofia Nałkowska „Dzienniki 1945 - 48", Czytelnik 2000


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.