24 kwietnia 2019, środa

Dariusz Łukaszewski

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 3.



Zimno. Twardość ławki, na której siedzę bez ruchu. Jak długo?

Rysunek:  Andrzej Bobrowski


Ruszam na najniższym przełożeniu, żeby szybko rozgrzać lodowaty pot. Wzdłuż drogi stare jabłonie z gruzłowatymi naroślami na pniach. Wciąż świeci słońce, ale jeszcze nie ma liści. Amerykanie właśnie skonstruowali sztuczne liście, generujące ekologiczną energię bez fotosyntezy! Dlaczego przypominam sobie akurat to zdanie? Ze względu na jego beztroską głupotę?



Nagła potrzeba głupoty, niezobowiązującej do niczego. Bez konsekwencji, bez konieczności przewidywania następstw (żeby broń boże czegoś nie przegapić na ważną przyszłość!). Głupota jest łatwiejsza. Łatwa jak rozrywka, jak Ameryka po prostu.



Mógłbym być mistrzem głupoty osiedla, gminy, powiatu, może okręgu; nawet królem bym mógł być głupców w kraju. Uzbrojony w czar garnituru nadającego zwodniczy szacowny wygląd, obiecałbym tylko wszystkim wszystko i od razu by mnie wybrali wójtem, burmistrzem, posłem, czy innym nacinaczem frajerów, plotącym z wyżyn doznanego z dnia na dzień autorytetu. Dlaczego zaniechałem takiego powołania rozwojowego i wznoszącego na szczyty? Mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć jest przecież takie proste, a na dodatek przyjemne. Ot, jedno z moich zaniechań świadomych.


Drzewo. Ale nie rodzynkowe, jak mogłoby być: każdy owoc półkilogramowy, a w nim gotowe popaczkowane torebki na jeden chaps. Niestety, po prostu zwykłe drzewo, takie samo jak przed stu i tysiącem lat.. Dlaczego wolimy latać na Marsa zamiast wymyślać praktyczne, wygodne rzeczy?
Na świecie jest wciąż więcej kreatywności niż rozumu.

Lata temu dałem ogłoszenie:

Poszukuję ilustratorów do bajek, co je piszę dla zarobku do dużych wydawnictw dla dzieci.
- biegła znajomość języków w mowie i piśmie – niemile widziana;
- wykształcenie, kreatywność, nastawienie na karierę, służalczość oraz płeć, wiek i orientacja – bez najmniejszego znaczenia.
Wystarczy umieć narysować misia opadającego z nieba na parasolu, z punktu widzenia jelonka gapiącego się na to z dołu. Tak, żeby nie trzeba było podpisywać rysunku: "To jest miś na spadochronie widziany przez sarenkę z dołu."

Nikt nie odpowiedział – wszyscy znają języki, są kreatywni, chcą być gotowi do poświęceń na pstryk w każdej gównianej sprawie.

Zaczynam być głodny. Wjeżdżam w półmrok lasu. Pojęcia nie mam co mógłbym teraz robić w Berlinie.





                                                                   x x x


Dzwoni telefon. Głos pragnący mi sprzedać nadzwyczajną okazję, pyta najpierw czy ja to ja. Mówię, że ja to nie ja.

- A nie wie pan, gdzie pan jest? – dopytuje.
- Właśnie wyjechałem.

- Rozumiem. A kiedy pan znów będzie?
- Jak znajdę dziewczynę mojego życia.

- To mogę zadzwonić za godzinę?
- Już za godzinę?...

Więc życie jest takie proste.

Szary, prążkowany kot wskakuje na drzewo przede mną, i zaraz zeskakuje, by znów na nie wskoczyć. Wygląda, jakby się dla mnie popisywał.

- Kici, kici, chodź tu… nie bój się, kici, kici… - zakicam.
- Halo! Mógłby pan powtórzyć ostatnią kwestię?...

- Kici, kici.
- Proszę?...

- Powtórzyłem ostatnią kwestię.
- Rozumiem. Proszę mi wierzyć – naprawdę pana rozumiem. Zadzwonię za godzinę.

Dostałem godzinę na znalezienie dziewczyny mojego życia.


Ciąg dalszy 17. kwietnia




   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.