18 września 2019, środa

Dariusz Łukaszewski

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 5










Ciężko się rozkręcam,
ale rozkręcam.


Rysunek: Andrzej Bobrowski



Jestem rozkręcony. Zbaczam w polną drogę; nie zobaczę rezerwatu ptaków. Co zobaczę? Po kwadransie droga kończy się. Biorę rower na ramię i biegnę, potem idę. Monotonia pola, tropy saren w oziminie, tropy w rzepaku, na budzącej się łące, znów w oziminie... Nie tylko las służy do produkcji tropów.


Płaszczyzna ciągnie się po horyzont, nic się nie dzieje. Nuda, ale też pojęcia nie mam, co takiego mógłbym teraz robić w Berlinie.




                                                               x x x


Zbliżam się do większej wsi. Dzieci puszczają latawca na łące.


Dwie listewki złączone na krzyż, obramowane szpagatem, naprężony papier i warkocz z pomarszczonych gazet. Za moment twarz namalowana na papierowej czaszy, spojrzy z wysokości wielkimi oczami. Lata temu też malowaliśmy wielkie oczy na latawcach.


Przy wjeździe do wsi, pod ławką leży pijak. Sprawdzam czy żyje.

- Piję, bo żona mnie nie lubi – ożywia się.
- A dlaczego cię nie lubi?
- Bo piję.


Logika mocna jak z żelaza. Wsiadam na rower.


Za wsią, policja zamaskowana w krzakach, zabija czas polując na ludzi spieszących samochodami w normalnych, prywatych życiowych sprawach.




                                                                         x x x


Nie mogę przypomnieć sobie twojej twarzy, ale widzę wyraźnie twoje czerwone buty, kiedy pakuję cię do pociągu Warszawa - Berlin. To już było po wojnie, ale komuna wciąż trzymała. Kupowaliśmy razem te buty i trochę drogich ciuchów. Wejdźmy tu – powiedziałaś i w sklepie jubilerskim kupiłem ci pierścionek. To nie był najpiękniejszy pierścionek świata. Pierwszy obiad z twoimi rodzicami. Z trudem ukrywali przerażenie, gdy powiedziałaś, że się zaręczyliśmy. Włożyli tyle wysiłku w wyprawę córki do lepszego świata...

Podobnie jak dzisiaj, tak i wtedy wyjazd z Polski uważany był za sukces, albo wielką szansę na życiowy sukces, choćby tylko za granicę, do głupiego Berlina.


Pociąg ruszył, życzyłem ci szczęścia i wszystkiego; życzyłem, żebyśmy się już nigdy nie spotkali.


Ponieważ straciłem wszystko i nie miałem już nic, to mogłem spokojnie sięgnąć po wszystko, bez obawy utraty czegokolwiek z tego, czego już nie miałem. I sięgnąłem.


Ciąg dalszy 21 kwietnia


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.