24 lipca 2019, środa

Dariusz Łukaszewski

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 8


Para bocianów ocenia nogami stan swojego starego gniazda. Czy w tym Berlinie są w ogóle jakieś bociany?

Kobieta w samochodzie z naprzeciwka, w ciemnych okularach, trąbi, roześmiana macha ręką. Odpowiadam machnięciem. Nie zastanawiam się z kim mnie pomyliła.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Samochód na poboczu, otwarta klapa, ktoś przy nim majstruje.


- Zdechł, cholera – oświadcza twarz zaczerwieniona od przebywania w skłonie pod maską. Należy do człowieka wyglądającego jak podstarzały przedwojenny amant filmowy. Pomiędzy nami stoi rozchodząca się w szwach kobieta. Jest ubrana na niedzielę.


- Akurat jedziemy na pięćdziesięciolecie Franka – informują uszminkowane usta, jakbym był starym znajomym Franka.

- Ślubu? - zainteresowuję się.
- Nie, nie ślubu – 50 lat pracuje w rzeźni na posadzie wciąż – wyjaśnia z dumą ta sama buzia.
- Aaa!... - staram się, żeby w moim „Aaa!" pobrzmiewała wystarczająca ilość szacunku, zachwytu, zazdrości.
Kobieta łapie moją intencję i kiwając głową potakuje, że to naprawdę jest prawda. To, co ona uważa za powód do dumy i świętowania, dla mnie jest dowodem ludzkiego dramatu zmarnowania życia. 50 lat w jednej robocie, i jeszcze w rzeźni!


Pracę powinno się zmieniać raz w roku, dla higieny, nazwisko - co 5 lat, żeby się nie zanudzić, a pasje swoje co 10, dla uniknięcia rutyny – myślę, a do nich mówię:

- To co, spróbuję coś tutaj może.


Mężczyzna ustępuje miejsca i staje obok żony tak, że tworzą parę do zdjęcia dla światowego magazynu etnograficznego. Samochód jest mocno wysłużony i od razu widać, że od lat nikt do niego zaglądał. Wyjmuję z tyłu, zza paska nóż, żeby oskrobać końcówki świec i przeczyścić styki.

- Ale wielki nóż! - kobieta aż dotyka dłońmi skroni.
- Do obierania mandarynek w locie – dowcipkuję.
- Mandarynek?! - opuszcza dłonie na biodra.
- Wiadomo jakim oni teraz te mandaryny sypią świństwem – wyjaśniam. - Że jak się obłupuje, a potem dotknie palcami ust, to wyskakują bąble. Więc kiedy ktoś rzuca mi mandarynkę, to obieram ją w locie nożem, żeby nie tykać skórki - kończę, a oni się kompletnie nie śmieją. Potem kończę odkurzanie pod maską.


- Niech pan teraz spróbuje – mówię, i mężczyzna wsiada do auta, przekręca kluczyk... i samochód odpala, ku mojemu zaskoczeniu.


- No chodź Mirka ! - rozlega się przez okno i Mirka toczy się na swoje miejsce, a tocząc się wygląda jak bardzo elegancki pakunek, i patrzy we mnie i patrzy, i w końcu jej uszminkowana buzia mówi: - O ja! Taki nóż to jest Ho-ho! - i jest w tym i podziękowanie, podziw i zachwyt nabożny.


- Pozdrówcie Franka – kiwam im ręką już z roweru.

- A od kogo? - zaciekawia się jeszcze Mirka, zanim limuzyna uniesie ją na obchody.
- Od Nikogo.

Ciąg dalszy 25. kwietnia


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.