19 września 2018, środa

Teatr rozmowy

Robert Rusek/Netbird.pl

Jan Peszek



Proszę Państwa - dwa słowa:
Jan Peszek!






Robert Rusek: - Nad czym pracuje obecnie Jan Peszek? W jakich rolach filmowych można pana zobaczyć?

Jan Peszek: - Z filmem jest pewien kłopot, ponieważ nie dbam kompletnie o swój wizerunek medialny, nie jestem zakotwiczony w środowisku. Nie chodzi o to, że mnie ono nie interesuje, tylko nie dostarcza interesujących tematów. Owszem, ostatnią propozycją, jaką otrzymałem, był udział w filmie „Westerplatte”, którą oczywiście przyjąłem. Scenariusz wydał mi się bardzo interesujący, zainteresowała mnie nie kontrowersyjność tematu, ale sposób ujęcia  etosu polskiego bohatera. Niestety, z powodu zmiany terminów zagrał ktoś inny. Miałem wystąpić w roli pułkownika Sobocińskiego, bardzo ciekawej postaci – pułkownik przewidywał, co się stanie, ale nie mógł w żaden sposób wpłynąć na los Westerplatte i załogi placówki.

Otrzymuję różnego rodzaju propozycje, głównie serialowe, ponieważ taki jest rynek, ale nie dbam o te kontakty, nie mam agenta, to wszystko jest nieważne. Nie chcę mówić źle o kinie polskim, od czasu do czasu oglądam polskie filmy, ale nie robią na mnie tego wrażenia, którego oczekuję.  Moje wymagania nie są szczególne, na świecie jest cała masa filmów, które robią na mnie wrażenie. Nie będę mówił o filmach amerykańskich, ale na przykład kino japońskie, azjatyckie, szczególnie ostatnio ma bardzo ciekawe propozycje, ciekawą opcję badania świata i człowieka. Nasze kino wydaje się totalnie eklektyczne, naśladowcze. Mamy bardzo zdolnych ludzi, ale z rzadka jestem świadkiem swobodnej artykulacji tematu, bezkompromisowej, spontanicznej. Zawsze jest coś nie tak – albo sposób filmowania, który coś naśladuje, albo scenariusz, który coś naśladuje. Mnie to w najwyższym stopniu irytuje, dlatego, że przy strasznie wąskiej produkcji nie wykorzystujemy potencjału, który mamy.

Irytujący są także  ludzie, którzy dzierżą mentalną władzę w tym środowisku, robią knot za knotem, powinni sobie dawno dać spokój, a nie mają psychicznego komfortu, by to zrobić. Myślę, że mając takie dość ekstremalne oczekiwania, choć przecież naturalne, nie jestem celebrytą, człowiekiem, który otrzymuje dużo propozycji. Ale nie jest to dla mnie przykre, nie mam poczucia odstawienia, bardzo dużo pracuję.

Zajmuję się tematami, które mnie interesują, animują, wydają się oryginalne i mogące towarzyszyć moim pasjom. Jeśli coś jest letnie, to się tym nie zajmuję, bo szkoda na to czasu. Jestem człowiekiem dojrzałym, dość dawno nauczyłem się selekcjonować nawet emocje. One czasami bywają fałszywe, ktoś wzbudza zaufanie, jest sympatycznym człowiekiem, ale jeśli idzie o sztukę, to nie są kategorie, na których można się opierać. Trzeba mieć umiejętność przewidywania rezultatu, czy on jest zgodny z oczekiwaniami, temperamentem, wrażliwością, gustem.

Ostatnio zrealizowałem nowo napisaną sztukę o Juliuszu Słowackim, właśnie à propos odbrązowionego bohatera. Musiałem przebadać różne tropy dotyczące Słowackiego, co było pasjonujące. Zrealizowałem tę sztukę we wrocławskim teatrze lalkowym. Autorem sztuki jest  Mateusz Pakuła, młody dramaturg z Krakowa.

A inne spektakle teatralne?

Gram w kolejnym projekcie Michała Zadary, nie wiem, jaki ostatecznie będzie tytuł przedstawienia, na razie nazywa się Nowa Sztuka. Tekst napisał Paweł Demirski i dotyczy pokolenia ludzi z lat 80. Nie chodzi o analizę tamtych czasów, Michał Zadara jest zbyt mądrym reżyserem, by się zajmować tylko takim wycinkiem historycznym. Powstaje coś w rodzaju tryptyku, spektaklu złożonego z trzech części, w jednej młodzi ludzie mówiący o tamtym czasie, muzyce lat 80. Moja postać to  fryzjer, pracujący w zakładzie, dokąd chodzą ci młodzi, wysłuchuje ich opowieści, by na koniec zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym, 25-minutowym monologiem. To jest takie solo, puenta, może komentarz. Jest jeszcze pierwsza część, już prawie gotowa i dopiero z zestawienia tych trzech części wynika sens sztuki. Taki sposób pracy i konstruowania spektaklu jest mi bardzo bliski. Wychowałem się na kolażowym zestawianiu elementów, które pozornie są nie do zestawienia. Wydaje mi się to ciekawe, ma także proweniencję muzyczną. Bardzo mi się projekt podoba, premiera w połowie stycznia w Krakowie w Teatrze Starym.

W niemieckim Essen pracuję nad międzynarodowym projektem Moja Oresteja. Realizuje go Grzegorz Jarzyna, bardzo się cieszę, że znowu zaproponował mi współpracę, bardzo cenię tego reżysera. On jest także autorem scenariusza, zawierającego motyw z „Odysei” Homera, ale opartym na wątkach Herberta i Wyspiańskiego, to specyficzny i piękny scenariusz. W projekcie bierze udział grupa aktorów niemieckich i polskich. Polacy grają bogów: Atenę, Zeusa i Hermesa, ja jestem Hermesem. Z Polski jest także Penelopa. Poza mną występują: Katarzyna Herman, Sandra Korzeniak i Marcin Czarnik. Projekt potrwa do czerwca.

Po powrocie z Niemiec rozpoczynam nagrywanie spektaklu telewizyjnego, chodzą słuchy, że to jeden z ostatnich spektakli realizowanych dla telewizji, bardzo ciekawy tekst „Psie głowy” Marka Nowakowskiego, w reżyserii Jerzego Zalewskiego. Oprócz tego mam regularne zajęcia ze studentami, tym razem pracuję w Bytomiu, gdzie z tancerzami realizujemy szekspirowskiego Hamleta.

Czy obserwował pan spektakle odbywającego się w Krakowie festiwalu Boska Komedia?

Nie miałem czasu na oglądanie tych przedstawień, widziałem „T.E.O.R.E.M.A.T.” Grzegorza Jarzyny, zobaczyłem kawałek „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej, w reżyserii także Jarzyny. Ponadto gram w jednym z prezentowanych przedstawień, mianowicie w „Trylogii”. Ja też się cieszę, że taki festiwal odbywał się w Krakowie. Widziałem „Wertera”, udało mi się zobaczyć premierę, niezwykle cenię ten spektakl. Któregoś dnia do południa zobaczyłem „Dziady” z teatru Rondo ze Słupska. To przejrzysty, klarowny, piękny i prosty spektakl z fantastyczną sceną egzorcyzmów. Obłędna scena, oczywiście człowiek ma w pamięci inscenizacje Swinarskiego, wydaje się, że nie sposób z tym konkurować, a tu przyjeżdża nikomu nieznany teatr ze spektaklem dla młodzieży i robi coś niezwykłego. Byłem pod wielkim wrażeniem. I reżysersko, i aktorsko scena jest nie tylko perfekcyjna, bo to przecież cecha oczywista, tak powinno być, ale jednocześnie lotna, świetnie zrealizowana. Byłem pod dużym wrażeniem, dawno nie widziałem czegoś takiego w teatrze.

Kiedyś Wiktor Zborowski powiedział mi, że aktorem może zostać każdy. Nie trzeba mieć specjalnych umiejętności, talentu ani prezencji. Wszystko polega na szczęściu. Zgadza się pan z tym?

Nie zgadzam się z tym, może tylko częściowo. Dowodem na to jest masowy udział ludzi niewykształconych, występujących w telewizji czy serialach. Pytanie dotyczy jakości tego aktora, jakim on jest instrumentem, co jest w stanie unieść, przebadać i wnieść do mojego życia. Dla mnie to serialowe aktorstwo, w czym staram się ciągle nie brać udziału, jest naśladowaniem życia, takim „żyćkiem”. Zawodu uczył mnie Bogusław Schaeffer, często powtarzam jego sentencję: „Im bliżej sztuka przylega do życia, tym bardziej wulgarne tworzy produkty”. Wulgarne znaczy także prymitywne. Ci ludzie, z których rzekomo każdy może być aktorem, to są jakieś marne imitacje aktorów, nigdy nie tworzą sztuki. To tylko imitacja „żyćka”. Jest rzeczą niewłaściwą, że określa się ich mianem „aktor”, to tak, jakby filozofem nazwać życiowego mędrka. Chętnie zmierzyłbym się z tymi ludźmi w Szekspirze, Czechowie czy Beckecie i przyjrzał rezultatom. Oczywiście w serialu może zagrać każdy,  ale to nie jest aktor, to użyteczna osoba, wzięta z ulicy, która powtarza pewne moduły, schematy swoich zachowań.

Czy słyszał Pan określenie „wieczny anarchista”, stosowane pod pana adresem? Czy pan uważa je za trafne?

Wiem, że krążą takie opinie. Ale po pierwsze, nie jestem człowiekiem internetu, nie używam w ogóle komputera, komórkę mam, to konieczność zawodowa, potrafię odebrać i wysłać SMS-a, prowadzić rozmowę i nastawić budzik. Reszta mnie totalnie nie interesuje. To nie jest postawa oportunistyczna wobec tego, czego nie da się już uniknąć, ale jeżeli mogę sobie pozwolić, by z tych rzeczy nie korzystać, to nie korzystam. Piszę ręcznie listy, nie cierpię życzeń świątecznych wysyłanych SMS-em, nie reaguję na wiadomości opatrzone numerem telefonu, a nie imieniem. Mam pewne staroświeckie zasady, ale uważam, że warto się ich trzymać. Być może one mają cechy anarchii. Raczej buntu. Moja córka Maria, która funkcjonuje w internecie, śledzi informacje o swojej karierze, mówi do mnie: lepiej tam nie zaglądaj. I nie zaglądam, choćby dlatego, że nie umiem nacisnąć odpowiedniego guzika. Absolutnie mnie nie ciekawi, kto coś o mnie pisze.

Wiem, że określenie „wieczny anarchista” istnieje, gdybym chciał się bliżej temu przyjrzeć, mógłbym odpowiedzieć, że jakaś część prawdy w tym jest, ale raczej podkreślałbym złożoność charakteru człowieka. Nie uważam, że jestem tylko wiecznym anarchistą, jednocześnie jestem okropnie sentymentalny, infantylny, bardzo łatwo jest mnie zranić, choć mam też bardzo grubą skorupę i fantastyczny w moim przekonaniu system obronny, ale to nie oznacza, że jestem jakiś konkretny.

Jeśli ktoś o mnie mówi „wieczny anarchista”, to mogę odpowiedzieć że od ubiegłego roku jestem nominalnym emerytem, mam prawo do biletów ulgowych, ale nie wiem, co to znaczy być emerytem. Nie zajmuję stanowiska, że będę robił wszystko, by zaprzeczyć stereotypowemu myśleniu o byciu emerytem, że oto już pasuję, zmieniam moje życie. Wręcz przeciwnie, nie mogę nadążyć z ilością pracy, dobrze, że jestem sprawny fizycznie i psychicznie, pewnie to się raczej zmniejsza niż powiększa, ale anarchizm to łatwe, płytkie, medialne określenie.

Anarchista jest człowiekiem, który generalnie nie zgadza się z jakimkolwiek porządkiem, burzy go dla samego burzenia. Rozumiem ten proceder, ponieważ wychowałem się na awangardzie lat 60. i 70. w Polsce, kiedy rządziła mroczna komuna. To miało szczególną intensywność, ale potrzeba burzenia nie jest u mnie aprioryczna i nadrzędna. Burzenie jest raczej efektem ubocznym poszukiwań, jakie nieustannie prowadzę. Jestem ciągle zaciekawiony człowiekiem, szukam ciągle tylko tych kontaktów i spotkań, które mnie interesują. Wiele dziesiątków lat temu zrozumiałem, że jeśli ktoś mnie naprawdę nie interesuje albo z  nim tracę czas, to się z takim człowiekiem nie zadaję, bo życie jest jedno i szkoda czasu.

Mój zawód, który ma aspekt publiczny, wymaga czasem spuszczenia z tonu, zastosowania taryfy ulgowej. Na spotkanie z panem przychodzę z krótkiej wizyty w telewizji, co mnie nie zachwyca, telewizji nie oglądam, ale muszę się czasem w niej pojawiać, bo po prostu zniknę. Wiem doskonale, że mówię szybko, dość kolorowo, nie robię pauz, jestem taką atrakcyjną małpą dla mediów. Zdaję sobie z tego sprawę i idę tam, gdzie nie przekraczam jeszcze pewnych granic. Generalnie jednak odmawiam, nauczyłem się całego szeregu eleganckich kłamstw, nikomu nie przyjdzie do głowy, by je odkryć, w gruncie rzeczy nieustannie majstruję te kłamstwa w momencie, kiedy wiem, że nie ma absolutnie mowy, bym na tę propozycję przystał.

Był taki czas, kiedy określano mnie aktorem formalnym, twierdzono, że interesuje mnie tylko forma. Tak jakby człowiek był pozbawiony formy. Do końca życia ktoś może nie zdawać sobie sprawy z tego, jak się zachowuje, ale przecież w jakiś sposób się wyraża, nawet jeśli jest to bardzo prymitywne, przyjmuje jakąś formę. Dlatego uważam, że takie twierdzenia to banialuki, popularne w coraz bardziej spłaszczonym analizowaniu człowieka. To wynika z poziomu, który także za sprawą mediów osiągamy. Codziennie spożywamy gotową, lekkostrawną papkę, służącą do tego, by mieć dobre samopoczucie. Ja się na to nie zgadzam, jeśli ktoś uważa taką postawę za anarchizm, to niech mu będzie. Mam prawo do własnego głosu i gustu, mordę mam niewyparzoną, w związku z tym zawsze się tak zachowywałem, oczywiście narażając się na pewne, niewygodne dla siebie, na przykład zawodowo, sytuacje. Są reżyserzy, z którymi nigdy się nie spotkam – oczywiście bez nazwisk – którzy są mistrzami w pojęciu takiego dobrego, polskiego, prowincjonalnego samopoczucia. Mamy takie kanony i to samopoczucie wzmocnione dobrym towarzystwem, i tak śpimy. Ostatnią rzeczą, jaka by mnie interesowała, jest wejście do takich salonów, stąd też moja naturalna inklinacja kontaktowania się z młodymi, coraz młodszymi ludźmi. Źle znoszę moich rówieśników czy osoby starsze, oczywiście nie wszystkich, ale generalnie interesuje mnie kontakt z młodymi ludźmi, bo oni informują mnie o świecie, w jakim żyją i ja żyję. Oczywiście, jeśli to są ludzie, którzy coś oferują i reprezentują sobą. Do tego niepotrzebne jest kompendium wiedzy, ale jakiś kręgosłup, najzwyczajniej w świecie. A to wszystko, co nas otacza, to są często bezkręgowce, to bajorko, w którym taplają się kijanki. Ja świetnie pływam, ale nie w tym bajorku.


Rozmawiał Robert Rusek/Netbird.pl
Fot. Glinka-Agency

www.kultura.netbird.pl  


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.