14 listopada 2018, środa

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Kradzione nie tuczy

Faliboga to taka osada osiedle typu miejskiego, którego mieszkańcy bardzo lubili kraść. Nie byli prawdziwymi złodziejami, kradli bowiem jakieś zupełnie niepotrzebne rzeczy. W każdej chacie kryła się zamknięta na trzy spusty spiżarka, do której ludzie znosili to, co nakradli. Jasne, że nigdy nie korzystali z tego, co ukradli, ponieważ bali się sąsiadów, sąsiadek, krewnych, wójta osiedla, jego zastępców i kochanek. Gdyż mogli oni rozpoznać jakąś ukradzioną rzecz i zorganizować nad złodziejami obywatelski sąd.









Fragment opowiadania ukraińsiej pisarki Tanii Malarczuk - całość na e-radar.pl

 

 

Faliboga

 

Tania Malarczuk

Tłumaczenie: Zofia Bluszcz

 

Faliboga to taka osada osiedle typu miejskiego, którego mieszkańcy bardzo lubili kraść. Nie byli prawdziwymi złodziejami, kradli bowiem jakieś zupełnie niepotrzebne rzeczy. W każdej chacie kryła się zamknięta na trzy spusty spiżarka, do której ludzie znosili to, co nakradli. Jasne, że nigdy nie korzystali z tego, co ukradli, ponieważ bali się sąsiadów, sąsiadek, krewnych, wójta osiedla, jego zastępców i kochanek. Gdyż mogli oni rozpoznać jakąś ukradzioną rzecz i zorganizować nad złodziejami obywatelski sąd.

 

Mieszkańcy Falibogi byli bardzo przyjaźni i uprzejmi w kontaktach, chodzili do siebie na odpusty i po prostu w gości, po obiedzie ich dzieci bawiły się razem w błocie w Zakład Usług Technicznych, a ich psy w niedzielne poranki wspólnie wyły w takt cerkiewnych dzwonów. Ale tak naprawdę w  tej miejscowości nikt nikomu nie ufał. Bo ten, kto lubi kraść, wie, że jego bliźni też może to lubić. Ludzie podejrzliwie przyglądali się sobie i, mówiąc do sąsiada w ogródku, „Szczęść Boże!”, naprawdę mieli na myśli: „A co ty mi tej nocy ukradłeś?”.

 

Nikt już nie pamięta, od czego wszystko to się zaczęło.

Niektórzy mówili, że winę za złodziejską naturę ponosi kołchoz. To właśnie on – kołchoz skierował uwagę ludzi na cudze. Z kołchozu kradnie się najprościej, bo majątek kołchozu należy do wszystkich, czyli do nikogo. Nikt nie przyjdzie do ciebie na podwórko z awanturą.

 

Jeszcze inni mówią, że wszystkiemu winna jest tutejsza woda ze studni. W jej składzie chemicznym jest jakaś infekcja, jakaś pleśń, czy też bakteria złodziejstwa. Najbardziej odważni spośród przeciwników teorii zatrutej wody przez cały miesiąc pili tylko kupną oranżadę. Nic się nie zmieniło. Chce się kraść, jak się chciało.

 

Trzeci i ostatni, naczytawszy się w technikum rolniczym Dostojewskiego, twierdzili, że kraść lubią wszyscy ludzie, że złodziejstwo jest wpisane w ludzką naturę, ale tylko tutejsi mieszkańcy mają odwagę czasem przyznać się do swoich grzechów.

 

Co kradło się najczęściej?

Zeszłoroczne drewno spod stodół.

Kubki koło podziemnych źródeł na pastwiskach.

Ściereczki i dzbanki schnące na płotach.

Wiadra.

Wianki ze sztucznych kwiatów z grobów na cmentarzach.

Kłódki.

Kury z kurczętami.

Martwe kury, które potrącił rower.

Mak w każdej postaci.

Smalec ze spiżarki.

Buty spod ganku, szczególnie te bez pary.

Koński gnój z kołchozowych stajni.

Kołchozowe nowo narodzone prosięta.

Truskawki Puni i białe czereśnie od Piczki.

Szuter.

Ale najwygodniej było kraść kradzione.

Motocykl „Jawa” na ten przykład w roku 1979 przechodził z rąk do rąk przez całą wieś. Na początku ukradł go Nianio,  najpewniej w Zabołotowie. Nigdy na nim nie jeździł, tylko trzymał w spiżarce z całą resztą kradzionego. Następnie sąsiad Niania przeciągnął motocykl do swojej spiżarki. Sąsiad sąsiada też nie w ciemię bity. I tak dalej. Nikt – ani Nianio, ani jego sąsiad, ani sąsiad sąsiada nie skarżył się, ani nie kłócił z powodu motocykla, tylko w milczeniu cierpiał nad stratą. Zresztą strata nie była ostateczna, gdyż przykładowo Nianio jeszcze trzykrotnie odkradał motocykl z powrotem. Teraz motocykl jest zdaje się u Ławtuchy. Ale za tydzień zwinie go stamtąd Połundra.

 

W nocy w Falibodze nie świeci się żaden ognik. Ciemno jak w dupie. Wygląda na to, że wszyscy śpią. Ale to nie prawda. Jedni w tym czasie kradną, inni zaś bronią przed złodziejami ściereczki na żywopłocie, a jeszcze inni obmyślają plan kradzieży na jutro.

 

Rano ludzie też są bardzo zajęci. Obchodzą osiedle w poszukiwaniach swojego ukradzionego w nocy dobytku. Zwykle udaje się odzyskać około osiemdziesięciu procent. Bardzo sympatyczne scenki. Przychodzi Ilkowa do Ławuty i od progu ogłasza:

        - Oddaj mój aluminiowy nóż.

Wszystko dzieje się bez krzyku i złości. Ławuta posłusznie wynosi ze spiżarki aluminiowy nóż i oddaje go Ilkowej. Ilkowa dziękuje i wychodząc pyta jeszcze:

        - A jak tam wasza krowa, prowadzaliście ją już do byka?

        - A gdzie tam prowadzili?! – odpowiada Ławuta.  – W całej Faliboże w tym roku nie ma żadnego czarnego byka! A ja chcę, żeby moje cielaki były wszystkie czarne.

 

Ochroniarz Prikmiskiego Sadu trzykrotnie strzelał do Piczki. Piczka każdej jesieni kradł z sadu złote renety. Renety z Prikmiskiego Sadu są takie kwaśne i cierpkie, że nie chcą ich jeść nawet bardzo głodne świnie, ale Piczce nie chodziło przecież o smak. Nazbierał worek renet, ciągnął je na sobie do osiedla cztery kilometry, a potem zostawiał worek pośrodku drogi, sam zaś chował się krzakach nieopodal. Worek z renetami ktoś kradł w przeciągu maksimum pół godziny. Piczka tylko na to czekał. Wieczorem szedł do klubu i nie bez dumy chwalił się:

    - Mnie to chyba lubią okradać!

    - Ciebie? – oburzali się inni mężczyźni. – Nam to zaraz okna z chałup powynoszą! Wszystko do cna wykradli! Rano nie ma nawet z czego zupy siorbnąć!

 

Bracia Bernadzcy w roku 1983 systematycznie kradli z jedynego w Falibodze sklepu „Lubczyk” wody kolońskie. Przez rok mieli już całą kolekcję zapachów. Tę kolekcję bracia przechowywali na strychu w kufrze prababci. Blisko sto dwustugramowych buteleczek.

Jakoś gdzieś w klubie na braci natknął się Misio Zając.

        -  Jak tam wasze wody kolońskie? –spytał mimochodem.

        -  Niech cię o nasze kolońskie wody głowa nie boli! – odpowiedzieli Bernadzcy.

        -  Tak tylko pytam.

Bracia Bernadzcy przestraszyli się nie na żarty. Rzucili się na strych do swoich wód kolońskich – a tam tylko sto pustych buteleczek. Misio Zając nie zaryzykował wyniesienia wody kolońskiej wraz z buteleczkami, więc po prostu tu na miejscu, na strychu, wypił ich zawartość. 20 litrów.

 

A raz stało się jeszcze coś takiego. Petro Bartos poszedł zimą kraść kołchozową słomę. Przy stogu wpadł na pomysł, żeby wspiąć się na samą górę, bo z boków już w ogóle nie zostało dobrej słomy – obskubali ją sprytniejsi. Stóg był wysoki na pięć metrów. Bartos pofatygował się nawet, żeby przynieść z domu drabinę, wlazł na szczyt stogu i wpadł do środka. Tam w ciągu dziesięciu minut zagryzły go szczury.

(...)




Ilustracja: Obraz La femme a l'eventail, Amedeo Modiglianiego. Ten obraz ukradł ubrany na czarno złodziej, w środową noc (19 maja) w kulturalnym Paryżu, niedaleko wieży Eiffla, konkretnie z  Muzeum Sztuki Nowoczesnej.  Złodziej wybił okno, wszedł do muzeum i po prostu zdjął ze ścian pięć starych, przedwojennych obrazów, a potem sobie poszedł. Ram nie zabrał, bo wystawałyby spod płaszcza, co mogłoby niepotrzebnie zwrócić uwagę strażników, odrywając ich od conocnych pilnych zajęć. Co jeszcze skradł złodziej?  Le Pigeon aux Petits-Pois - Pablo Picasso, Le Pastorale - Henri Matisse, L'Olivier pres de l'Estaque - Georges Braque, Nature Morte au Chandeller - Fernand Leger. Po kradzieży zorientowano się, że te przedwojenne obrazy są warte 500 milionów euro.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.