18 października 2019, piątek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Jacob Jörg

Kraków. Miniatury



JÖRG JACOB (1964, Niemcy) – z zawodu jest tapicerem. Stypendysta programu Homines Urbani w roku 2006. Tekst pochodzi z e-radar.pl.


fot. Juliane Hendrich






JÖRG JACOB (1964, Niemcy) – z zawodu jest tapicerem. Pracował również przez pewien czas przy taśmie produkcyjnej, jako kelner, pielęgniarz i współpracownik artystyczno-kulturalnego warsztatu spotkań. Maturę zdał w liceum wieczorowym a następnie podjął studia w Niemieckim Instytucie Literatury w Lipsku (DLL). Publikował w znamienitych antologiach i czasopismach, debiutował zaś w 2006 roku powieścią Das Veneta-Riff. Jacob otrzymał różne nagrody i stypendia, m.in. Nagrodę Gellert za jego debiut powieściowy. Stypendysta programu Homines Urbani w roku 2006.



Jacob Jörg

Kraków
Miniatury
Przekład: Elżbieta Jeleń



I.

Pierwsza rzecz, którą robię natychmiast po przyjeździe do Krakowa, to odstawiam walizkę na placu dworcowym i kupuję na stoisku dwa obwarzanki, jeden z makiem, a drugi z sezamem. Wręczam sprzedawczyni za dużo pieniędzy. Kiedy chce mi wydać resztę, macham lekceważąco ręką i odchodzę od osłupiałej straganiarki. Cieszę się, że po nieskończenie długiej podróży pociągiem nareszcie tu dotarłem i jestem w nastroju napiwkowym. Ciągnąc za sobą walizkę, pogryzam obwarzanki, po jednym kęsie z makiem i jednym z sezamem i znów z sezamem i z makiem. Z zadowoleniem przeżuwam w rytm kroków, zęby mielą: Krak-ków, Kra-ków.


Taksówkarz ma okulary lustrzanki i kowbojską koszulę. Zamaszyście wrzuca moją walizkę do bagażnika, rusza z miejsca, przyspiesza, hamuje, przyspiesza, hamuje. Przy zmianie pasów ruchu, wpycha się w kolejkę czekających samochodów. Nikt nie trąbi, to on jest panem i władcą Alei Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego. Usiłuję zapamiętać nazwy ulic, co jest zupełnie bezsensowne, bo i tak nigdy nie zdołam ich właściwie wypowiedzieć. Nie zapiąłem pasów na dowód mojej pogardy dla śmierci, ale władca nie zwraca na mnie uwagi. Po nieufnym spojrzeniu zza ciemnych szkieł i nieokreślonym skinięciu głową, gdzieś, między kilkupasmową obwodnicą wokół centrum miasta a wąską ulicą, w którą po chwili skręcamy, grzęźnie moja próba konwersacji. Władca nie ma ochoty na rozmowę ze mną. A może jego angielski jest jeszcze gorszy niż mój? To w każdym razie nieco pocieszająca wersja. Opuszczamy centrum miasta, przejeżdżamy przez rzeczkę, dopływ Wisły, jak sądzę i coraz bardziej oddalamy się od śródmieścia. Kiedy mówię okey, bo dojechaliśmy na miejsce, patrzy na mnie pytająco.


Tu nic nie ma. Mówi. Żadnego hotelu, nic.

Jest. Odpowiadam.
Tylko restauracja – twierdzi - poza tym nic nie ma.
Dobrze. Kwituję.
Faktura? Pyta z niechęcią.


Bezradnie wzruszam ramionami. Macha ręką, bierze ode mnie zmięty banknot i zostawia mnie na pastwę nocy.


II.

Budzi mnie monotonne gruchanie gołębia siniaka. Po chwili docierają odgłosy pobliskiej ulicy: hałas samochodów, pisk hamulców, syrena policyjna, która tutaj brzmi zupełnie inaczej niż w domu, można by powiedzieć, że po amerykańsku, melodyjnie, dźwięk nabrzmiewa i cichnie. Chociaż może to jest karetka pogotowia.


Moje okno wychodzi na park, a za parkiem znajduje się ruchliwa ulica, prowadząca na lotnisko. W konarach wysokich drzew odkrywam gniazda wron. Jedno z drzew, kasztanowiec, wyciąga ramiona tak blisko, że przez otwarte okno mógłbym je dotknąć.
Powiew wiatru porusza konarami i gałązkami, strąca liście jak małe ściereczki, przynosi do pokoju kawałki kory i zasuszony, zeszłoroczny liść. Z suchym liściem wkracza czarno-czerwony żuk. Syrena cichnie, niknie w odgłosach miasta, siadam przy biurku i zapisuję w notatniku; dwa kawałeczki kory, czarno-czerwony żuk, zaschnięty, zeszłoroczny liść kasztanowca.


X.

Dziś przed południem w sklepie z gazetami obok kościoła Mariackiego spotkałem dramatopisarza, którego poznałem w Berlinie. Poszliśmy do Dymu, niedaleko Rynku i zamówiliśmy wódkę żołądkową z lodem i cytryną. Dramatopisarz właśnie przyjechał do Krakowa i był dość przejęty. Wie pan co? Powiedział. To miasto mnie przyprawia o obłęd.
Wszystko, powiedział, o czym tu pomyślę, jest w jakiś sposób egzystencjalne. Jutro zaproszono mnie na urodziny znanej aktorki z Teatru Słowackiego, a przed chwilą piłem herbatę ze sławnym poetą ukraińskim. Tu wszystko jest tak szalenie słowianofilskie, no wie pan, o co chodzi, różne odcienie wschodu, religia i krew, obfite, mięsne posiłki i ten cały beznadziejny dwudziesty wiek – zdołałem tylko zobaczyć z okien taksówki wielki drewniany krzyż z mosiężną tabliczką: Katyń, a poza tym nie widziałem niczego. No, ale niech pan poczeka, muszę wytrzeźwieć, zanim wyjadę.


A dokąd pan jedzie? Zapytałem.

Och, powiedział, muszę jeszcze zobaczyć całą dawną Galicję; Lwów i Brody i Czerniowce, Bukowinę, mój Boże, już sam dźwięk tych słów mnie upija.


Potem spoważniał i pochylił się nad stołem w moją stronę. Wszystko, wyszeptał, co do tej pory zanotowałem, jest niewypowiedzianie banalne. Nie mam pojęcia, o czym mam tutaj pisać.


Jacob Jörg, www. e-radar.pl

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.