23 września 2019, poniedziałek

Jerzy Kosiński

Kroki


Jerzy Kosiński (14 czerwca 1933 w Łodzi - 3 maja 1991 w Nowym Jorku)





Kroki, 1968
PIW, Warszawa 1989

 

Pierwsza historia z tego zbioru

 
JECHAłEM coraz dalej na południe. Wioski były

małe i ubogie; gdy tylko się w którejś zatrzymałem,
wokół samochodu zbierał się tłum, a dzieci śledziły
każdy mój ruch.

Postanowiłem spędzić parę dni w ogołoconej z roślinności,
pełnej pobielonych chat wiosce; chciałem
odpocząć, a także oddać do prania i reperacji odzież.
Kobieta, która się podjęła tej pracy, wyjaśniła, że
zrobi to szybko i sprawnie, ponieważ ma pomocnicę – młodą
dziewczynę, sierotę, zmuszoną do zarabiania

na własne utrzymanie. Wskazała na dziewczynę
patrzącą na nas z okna.

Kiedy wróciłem następnego dnia, żeby odebrać
uprane rzeczy, we frontowym pokoju się na nią natknąłem.
Od czasu do czasu podnosiła na mnie oczy,
a ilekroć napotkałem jej wzrok, usiłowała ukryć zainteresowanie
moją osobą i coraz niżej pochylała głowę nad szyciem.

Przekładając dokumenty do kieszeni świeżo uprasowanej
marynarki zauważyłem, z jaką ciekawością
spogląda na plastikowe karty kredytowe, które na
chwilę położyłem na stole. Zapytałem, czy wie, do
czego służą; odrzekła, że nigdy czegoś takiego nie widziała.

 
Powiedziałem, że przy pomocy każdej z tych

kart można kupić meble, pościel, naczynia kuchenne,
jedzenie, odzież, pończochy, obuwie, torebki, perfumy,
niemal wszystko, co się chce — bez płacenia za
to pieniędzmi.


Niedbałym tonem wyjaśniłem dziewczynie, że

mogę również używać swoich kart w najdroższych
sklepach pobliskiego miasta, że wystarczy je pokazać,
by podano mi jedzenie w jakiejkolwiek restauracji,
że mogę zatrzymać się w najlepszych hotelach
i że wszystko to dostępne jest zarówno dla mnie, jak
i dla wybranych przeze mnie osób. Chciałbym ją zabrać
ze sobą — dodałem — ponieważ podoba mi się
i jest ładna, mam też wrażenie, że chlebodawczyni
nie traktuje jej dobrze. Jeżeli sobie życzy, może pozostać
ze mną jak długo zechce.


Ciągle nie patrząc na mnie dziewczyna spytała —

jak gdyby pragnąc się upewnić — czy będą jej potrzebne
pieniądze. Po raz wtóry powiedziałem, że jeżeli
mamy ze sobą karty i postanowimy z nich korzystać,
ani jej, ani mnie pieniądze nie będą potrzebne.
Obiecałem, że zwiedzimy razem różne miasta, a nawet
różne kraje; nie będzie musiała pracować ani robić
czegokolwiek poza dbaniem o siebie, kupię jej, co
tylko zapragnie, będzie mogła nosić wspaniałe stroje
i pięknie dla mnie wyglądać i zmieniać uczesanie czy
nawet kolor włosów, jak często zechce. Aby tak się
stało, wystarczy, aby nie mówiąc nikomu ani słowa,
późno w nocy wyszła z domu i spotkała się ze mną
przy drogowskazie na krańcu wioski. Zapewniłem ją,
że gdy już znajdziemy się w mieście, do jej chlebodawczyni
wysłany zostanie list wyjaśniający, że jak
wiele dziewcząt przed nią opuściła dom, by znaleźć
pracę w wielkim mieście. W końcu powiedziałem, że
będę na nią czekał tej nocy i bardzo liczę na to, że
przyjdzie.


Karty kredytowe leżały na stole. Dziewczyna wstała

i wpatrywała się w nie ze czcią, w której było niedowierzanie;
wyciągnęła prawą rękę, by ich dotknąć,
ale natychmiast ją cofnęła. Wziąłem jedną z kart
i podałem jej. Trzymała ją delikatnie w palcach jak
sakralny opłatek, unosząc ku światłu, by zbadać
wytłoczone na niej litery i cyfry.


Ciąg dalszy Klick!!!





Wieczorem zaparkowałem samochód wśród krzaków
o parę metrów od drogowskazu. Przed zapadnięciem
ciemności minęło mnie wiele furmanek, wracających
z targu do wioski, ale nikt nie zwrócił na
mnie uwagi.


Nagle z tylu za mną pojawiła się dziewczyna; zadyszana

i przerażona, przyciskała do piersi zawiniątko
z rzeczami. Otworzyłem drzwi auta i bez słowa
wskazałem jej tylne siedzenie. Zapaliłem niezwłocznie
silnik i dopiero gdy znaleźliśmy się poza obrębem
wioski, zmniejszyłem szybkość i powiedziałem, że
jest teraz wolna i że dni jej ubóstwa minęły. Przez jakiś
czas siedziała bardzo cicho, a potem niepewnym
głosem spytała, czy mam nadal swoje karty. Wyjąłem
karty z kieszeni i podałem jej. Po kilku minutach
przestałem widzieć głowę dziewczyny we wstecznym
lusterku: usnęła.


Następnego dnia przed południem dotarliśmy do

miasta. Dziewczyna obudziła się i wpatrując się
w ruch uliczny przylgnęła twarzą do szyby. Nagle
dotknęła mego ramienia i wskazała na duży dom towarowy,
który właśnie mijaliśmy. Powiedziała, że
chce sprawdzić, czy moje karty rzeczywiście mają
moc większą od pieniędzy. Zaparkowałem samochód.


Wewnątrz sklepu przywarła do mego ramienia;

czułem, że wnętrze jej dłoni jest wilgotne z emocji.
Przyznała, że nigdy przedtem nie była ani w mieście,
ani nawet w miasteczku; trudno jej było uwierzyć, że
tylu ludzi zgromadzić się może w jednym miejscu,
a mimo to tyle rzeczy zostaje jeszcze do nabycia.
Wskazywała suknie, które jej się podobały i zgodziła
się z kilkoma moimi sugestiami dotyczącymi strojów,
w których będzie jej najbardziej do twarzy. Przy pomocy
dwóch sprzedawczyń, patrzących z nie ukrywaną
zazdrością na moją towarzyszkę, wybraliśmy kil -
ka par butów, rękawiczek, pończoch, trochę bielizny,
kilka sukienek i torebek oraz płaszcz.


Ogarniał ją coraz większy lęk. Kiedy spytałem, czy

się boi, że moimi kartami nie będzie można zapłacić
za wszystko, co wybraliśmy, z początku zaprzeczała;
wreszcie przyznała się do swoich obaw. Dlaczego —
zapytała — tylu ludzi w jej wiosce musi harować
przez całe życie, by móc zapłacić za rzeczy, jakie kupiliśmy,
podczas gdy ja, nie będąc słynnym piłkarzem
ani gwiazdorem filmowym, ba, nawet prałatem,
w ogóle nie potrzebuję pieniędzy, by stać się posiadaczem
wszystkiego, czego zapragnę.


Kiedy zapakowano już wszystkie nasze zakupy,

podałem kasjerce jedną z kart. Podziękowała uprzejmie,
zniknęła na chwilę, po czym wróciła i oddała mi
kartę wraz z rachunkiem. Moja przyjaciółka stała za
mną; paliła się, by porwać paczkę, ale wciąż bała się
to zrobić.


Opuściliśmy sklep. Gdy znaleźliśmy się w aucie,

otworzyła pakunek i obejrzała swoje rzeczy: dotykała
ich, wąchała i znów dotykała, otwierała i zamykała
pudło. Kiedy ruszyłem, zaczęła przymierzać pantofle
i rękawiczki. Zatrzymałem się przed niewielkim
hotelikiem i weszliśmy do środka. Nie zwracając
uwagi na pełne domysłu spojrzenie portiera, zażądałem
połączonych ze sobą pokoi. Moje walizki wniesiono
na górę ale dziewczyna nalegała, by własnoręcznie
nieść pudło, jak gdyby w obawie, że ktoś je zabierze.
Na górze poszła się przebrać do swojego pokoju
i wróciła ubrana w nową suknię. Paradowała przede
mną, stawiając niepewne kroki w nowych pantoflach
na wysokim obcasie, przeglądała się w lustrze, po
czym znów wracała do swego pokoju, żeby przymierzać
kolejne stroje.


Późnym popołudniem przywieziono ze sklepu pozostałe

pakunki zawierające damską bieliznę. Dziewczyna
była lekko oszołomiona winem, które wypiliśmy
podczas lunchu; teraz, jakby usiłując zaimponować
mi swą nowo nabytą światowością, którą musiała
podpatrzyć w pismach, opisujących socjetę i świat
filmu, stała przede mną z dłońmi wspartymi na biodrach,
zwilżając wargi językiem i szukając rozchybotanym
wzrokiem mojego spojrzenia.


Jerzy Kosiński
Kroki, 1968

PIW, Warszawa 1989


Ilustracja Klick!!!

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.