24 stycznia 2020, piątek

Teatr rozmowy

Gabriela Ułanowska

Krzysztof Zanussi



Kiedy zacząłem naukę angielskiego, ojciec zapytał mnie „po co mi ten język, przecież nie będziesz handlarzem”. To był wtedy taki niepotrzebny i nieelegancki język.




(rok 2009)

Gabriela Ułanowska: - Jest Pan jedną z wielkich osobowości , które malarz Mariusz Kałdowski sportretował w cyklu „Velis Passis”. Kiedy szesnaście lat temu młody, nikomu nieznany artysta zwrócił się do wielkiego reżysera z prośbą o pozowanie nie odmówił Pan. Dlaczego?

Krzysztof Zanussi: – Nie ma to racjonalnych uzasadnień . Widocznie odniosłem wrażenie, że ten artysta może coś zaoferować. Wtedy w naturalny sposób człowiek ulega. Poczułem bliskość dusz rodzącą się z intuicji. Gdybym miał poczucie , że spotkałem miernotę, grafomana nie zgodziłbym się. To nie jest przyjemność wystawiać swoją gębę na pokaz. Zwyciężyła intuicja.

Mariusz Kałdowski pamięta to spotkanie na Kanoniczej: ubrany był Pan w elegancki garnitur i... zwyczajne kapcie. Malowaniu towarzyszył niezwykły spokój. Potem pierwsza prezentacja obrazu i opinia żony, że jest Pan zbyt poważny i srogi. Pan natomiast stwierdził, że właśnie tak siebie widzi, a portret wydobył to, co w sobie czuje. Czy Pan pamięta to pozowanie i jak dziś ocenia ten obraz?

– Patrzę na niego jak na dzieło autonomiczne. Nie mogę go oceniać, ale zastanawiam się co artysta zobaczył, a czego ja nie widzę. Pozuję rzadko. To było pierwszy raz. Mam w domu dwa portrety. Jeden namalowany w Rosji bez pozowania. Artysta widział mnie raz, potem wspierał się zdjęciem i zrobił portret fotograficzny. Z drugim łączy się anegdota. Trafiłem kiedyś na przyjęcie do wpływowego i bajecznie bogatego Amerykanina, którego syn był moim znajomym. Wśród zaproszonych gości znalazł się bardzo znany nowojorski grafik. Gospodarz wymusił na nim malowanie mojego portretu – człowieka, który świeżo przyjechał z dalekiego kraju. Obaj się broniliśmy: ja nie chciałem pozować, on nie chciał malować. Jednak moc magnata złamała nasz opór. Całe towarzystwo bawiło się widokiem dwóch panów, którzy nie chcieli, ale musieli. To wszystko jest w tym obrazie. Powstał portret człowieka z nadętą, antypatyczną miną. Rysujący to podkreślił, bo przecież niechęć była wzajemna. Artyście udało się jednak uchwycić grymas, którego nigdy u siebie nie widziałem, ale znałem go z twarzy mojego ojca. Kiedy ten zobaczył portret zapytał, który to z nas. Nie jestem podobny do ojca, ten grymas jednak nas połączył. W tej historii tkwi jakaś tajemnica sztuki portretowania.

Pana książka „Pora umierać” powstała w 1997r. Minęło ponad dziesięć lat, weszliśmy nie tylko w nowe stulecie , ale i tysiąclecie. Czy nadal Pan twierdzi, że „pora umierać larwie, aby urodził się motyl”? A może pora umierać, bo nie warto na takim świecie żyć?

– Na świat nie można się obrażać. Niemądre są narzekania starych ludzi, bo przecież wydarzyło się tyle dobrego. To podłe i głupie, że opłakujemy różne niepodważalne uroki minionego świata, a nie widzimy jak wiele zrobiliśmy. Jako cywilizacja pokonaliśmy powszechnie próg głodu i ubóstwa. To jest pięknoduchostwo elit, które smucą się prostactwem i prymitywizmem społeczeństw i nie widzą, że dziś na scenę weszli ludzie dawniej niewidzialni. W XIX w. tacy jak oni pracowali w kopalniach, cierpieli głód, a obok Proust pisał cudowne książki. Dziś nikt tak podle nie żyje w naszej cywilizacji. W innych tak, ale i tam coś drgnęło. Dzięki nam , bo stosują formułę, która narodziła się w Europie. Myśmy znaleźli sposób na wyzwolenie człowieka z najgorszej nędzy, uniezależnienie od przyrody. A więc marnym pięknoduchostwem jest narzekanie, bo ilość ludzi uczestniczących w kulturze jest nieporównywalnie większa. Dzisiaj książka najniższego autoramentu ma wielkie nakłady, dawniej nie pisano książek popularnych, bo lud nie umiał czytać i pisać. Dziś morduje nas jakaś pop muzyka, ale kiedyś ludzie słuchali muzyki trzy razy do roku, albo raz w tygodniu w kościele. To są zmiany niezwykle pozytywne i ja nie mam prawa narzekać na ten świat.

W niedalekiej przeszłości obok szarego, smutnego życia toczyły się dyskusje na tematy podniosłe, pojawiały się dzieła sztuki wyrafinowanej, powstawała wysublimowana muzyka. To musi dziś się trochę zatrzymać, żeby szeroka ława ludzka dogoniła tamten postęp.

Mógł Pan zakończyć karierę reżyserską, albo chociaż ją zawiesić i podjąć wyzwanie aktywnego udziału w życiu politycznym. Czy żałuje Pan, że nie został politykiem?

- Nie żałuję. Wydaje mi się, że nie mam talentu politycznego na miarę dzisiejszych czasów. Ilość ludzi, których przekonałbym do siebie, byłaby nieporównywalnie mniejsza od tej, do której nie umiałbym dotrzeć z moim sposobem mówienia i zachowaniem. Polityka potrzebuje akolitów i ja do nich należę. W jakiś sposób kibicuję różnym politykom, ale nie wiążę się z żadną partią. Niestety nasze życie polityczne jest bardzo prymitywne i od strony myślowej dość jałowe. Nie mam żalu, że w nim nie uczestniczę.

Napisał Pan , że „jeśli w swoim bilansie lat 70-tych dostrzega coś wstydliwego, to milczenie”. Po pierwszym wydaniu „Pora umierać” recenzent nazwał Pana „uczniem Talleyranda” za dyplomatyczne środki zamiast protestu, np. unik związany z odebraniem nagrody państwowej w czasie stanu wojennego. Czy było to świadome działanie, czy może lęk przed konsekwencjami jawnego protestu?

- Lęk był oczywisty. Ale lęk to jest uczucie, a ja postępowałem zgodnie z chłodną kalkulacją. Znałem mechanizmy władzy, umiałem przewidzieć skutki pewnych działań. Trzeba było wybierać mniejsze zło. Wydaje mi się, że więcej zdziałałem kręcąc filmy, niż dostając się na listę prześladowanych. Zachowywałem się dość przyzwoicie i doznawałem tylko pewnych fochów władzy. To było lawiranctwo, ale udało mi się zwyciężyć. Moje filmy mówiły, co miały powiedzieć, powstawały. Oczywiście coś z nich wycinano, ale trafiały na ekrany.

Do dziś nie otworzyłem mojej teczki w IPN i nie chcę teraz tego robić. Może kiedyś, bo mnie to ciekawi, ale nie jest to straszna ciekawość.

Jest Pan twórcą kina autorskiego, które definiuje Pan jako dzielenie się głębią „ja” reżysera z publicznością. Dziesięć lat temu za swój najważniejszy film uważał Pan „Imperatyw”. Czy nadal Pan tak myśli?

– Potem zrobiłem „Suplement”, który jest dla mnie ważnym filmem. Ale są to oceny bardzo prywatne, dotyczące mojego przeżycia, ale nie odzwierciedlają one obiektywnej skali wartości. „Imperatyw” odniósł wiele sukcesów, „Suplement” przeszedł raczej niezauważony i ciągle boleję nad tym, ponieważ udało mi się w nim wyartykułować coś istotnego. Niestety w kulturze masowej zarejestrował się słabo.

W większości swoich filmów, począwszy od dyplomowej „Śmierci prowincjała” zmaga się Pan z racjonalizmem i agnostycyzmem w jego współczesnym rozumieniu. Stąd też obsesyjne podejmowanie motywu śmierci. Podobno co dwadzieścia lat tworzy Pan taki film: „Śmierć prowincjała”- „Spirala” – „Życie jako śmiertelna choroba...” Ale temat ten pojawia się w prawie każdym Pana filmie. Dlaczego?

– Nawet w komedii, którą teraz kręcę. Mam takie psychoanalityczne tłumaczenie: jestem dzieckiem wojny i napatrzyłem się śmierci, ale czy o to rzeczywiście chodzi? Do końca Freudowi nie dowierzam. A może to ślad świadomości, że jestem śmiertelny? Taka świadomość jest bardzo potrzebna, bo zmusza do realizmu. Trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy człowiek ma obowiązek stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, czy uciekać? Ja mówię twardo – „nie można uciekać”. Odwołam się do mało znanej myśli św.Tomasza z Akwinu, który w swoim arystotelejskim świecie traktował marzycielstwo jako grzech. Rozumiał przez marzycielstwo ucieczkę, coś co dziś w wirtualnym świecie jest nie tylko możliwe, ale bardzo ponętne i pociągające. Wciąga całe społeczeństwa, które wolą żyć w świecie urojeń, aniżeli zmagać się z brudem prawdziwej rzeczywistości. Tymczasem my nie możemy sobie na to pozwolić, ludzka kondycja nie daje na to zgody. Naszą egzystencję trzeba widzieć w całym jej dramatyzmie, a ten dramatyzm zawiera się w śmierci. Więc nie można tego omijać, trzeba na to patrzeć.

Poruszanie problematyki śmierci zawsze doprowadzi do pytania o istnienie Boga. Edward Kłosiński powiedział, że w Pana filmach „każdy człowiek nosi w sobie innego, swojego Boga”. Czy zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– On tak to określił. Myślę, że ułomność natury człowieka, nasza niepełność przekładają się na to, że my z boskości czasami wyłapujemy jakiś odprysk. Nikt z nas tej boskości w całości nie przeżywa, nie odgaduje, nie obcuje z nią. Nie możemy znaleźć się poza przestrzenią i czasem, a czujemy , że Bóg się znajduje właśnie tam, gdzie słowo „znajdować” już jest niestosowne. Nie potrafimy tego nawet określić i dlatego jest to takie emocjonujące.

Kręcił Pan również filmy na zamówienie : o Jelcynie, „Z dalekiego kraju”- o papieżu. Przy okazji powstawania tego ostatniego pojawił się w jaskrawej postaci problem obowiązku artysty. Czy film musi być pożyteczny? Wielu twierdzi, że utylitaryzm szkodzi prawdziwej sztuce.

– Czasem trzeba zgodzić się na funkcję całkiem służebną, dosłownie usługową. To oczywiście samemu pięknu szkodzi. Powstają wtedy utwory skazane na niedoskonałość. Konieczność spełnienia misji doraźnej w pewnym momencie historycznym zadecydowała o nakręceniu filmu o Janie Pawle II. Dziś nastąpił prawdziwy wysyp produkcji o papieżu i ciągle słyszę /bo sam nie oglądam /, że jest w nich wiele z mojego filmu. Usługa się więc przydała. Oglądano ten film prawie na cały świecie, ale to nie było moje osobiste spojrzenie na Ojca św. Wykonałem usługę, która bardzo zaciążyła na mojej karierze. Piszę o tym w mojej nowej książce „ Sylwetka artysty”.

Do wydania „Pora umierać” uważał Pan , że „Rok spokojnego słońca” przyniósł Panu największą popularność. Myślę, że „Życie jako choroba..” i „Persona non grata” spowodowały, że zmienił Pan zdanie. Jadwiga Łużyńska w „Artyście wobec rzeczywistości” napisała, że „kryzys kina autorskiego i napór praw rynku sprawiły, iż Zanussi poczuł się zagubiony jako reżyser”. Ostatnie filmy i ich sukcesy zaprzeczają tej opinii. Co Pan myśli na ten temat?

– „Persona” została bardzo dobrze odebrana w Rosji. U nas było gorzej. To nie to, co „Barwy ochronne”. Artystę krytyka zazwyczaj grzebie za życia. Ja przeżywam swój pogrzeb od momentu, kiedy dostałem nagrodę za całokształt twórczości, a było to w końcu lat 70-tych w Chicago. Jechałem wtedy odebrać nagrodę, w której była już sugestia, że starczy. Pani Łużyńskiej nie ma już wśród żywych i nie mogę z nią polemizować. Myślę jednak, że nie miała racji. Taka to już niecierpliwość krytyków, którzy lubią odkrywać nowych twórców, a

starych chcą zaszufladkować.

Odmawiając im prawa do dostosowania się i odnalezienia w nowej rzeczywistości.

– Kiedy patrzę na mojego dostojnego kolegę – Andrzeja Wajdę, którego od pół wieku usiłują pochować, a on ciągle okazuje się twórcą żywym , z pierwszego szeregu, to wiem , że nic osobliwego mnie nie spotyka.

Przywoływany już dziś Edward Kłosiński – autor zdjęć do większości pańskich filmów- zauważył zmianę Pana stosunku do własnej twórczości. Przez wiele lat adresował Pan swoje filmy do wąskiego kręgu odbiorców, do elity intelektualnej. Pod koniec lat 90-tych uznał Pan, że winien docierać do szerokiej publiczności. Film musi się też dobrze sprzedawać. Teraz kręci Pan komedię „Serce na dłoni” z Dodą w jednej z ról. Jak zareaguje na to Pana „inteligencka publiczność”?

– To jest swoisty paradoks. Wiele lat temu pracując na zachodzie, nauczyłem się jak film funkcjonuje. Zmiany zostały wymuszone. Dziwne jest to, że kiedy się nie przejmowałem szeroką publicznością, miałem jej dużo więcej niż dziś, gdy staram się wychodzić w stronę kultury popularnej. Z trudem utrzymuję się na powierzchni, ale świat się zmienił. W czasach kiedy zaczynałem prawie nikt nie robił kina dla młodzieży. Młodych nie było stać na bilet. W latach 60-tych unikano na ekranie gwałtu, przemocy, krwi. To zniechęcało publiczność, która pamiętała jeszcze wojnę. Dziś odwrotnie – to wychowane w cieplarnianych warunkach społeczeństwo chce wyjść na przeciw swoim traumom, strachom, koszmarom i syci się krwią. Powstają obrazy sadystyczne, perwersyjne, które mają pewnie pełnić rolę swoistych egzorcyzmów. Stopień zbrutalizowania seksu jest także czymś nowym w historii. Rynek temu wszystkiemu ulega, a ja usiłuję w tym świecie funkcjonować.

I dlatego Doda?

– Jest to oczywiście zabieg marketingowy, ale zintegrowny z utworem. Sam jestem ciekawy co z tego wyniknie. To eksperyment i ma wartość poznawczą. Nad panią Dorotą nie ciąży żadne odium moralne. To nie jest osoba, która kogoś zdradziła, poszła na współpracę, sprzedała się w jakiś haniebny sposób. Doda wykreowała się w świecie kultury szalenie popularnej. Ten obraz ma pewną wartość. Jest nią spontaniczność bezpośredniości. Robione jest to często bardzo wulgarnymi środkami, ale to nie powód do prawdziwego potępienia. Kiedy rozmawiałem z nią publicznie, np. w „Kropce nad i” zauważyłem , że ma trafne poglądy. Co gorsze, pani Monika Olejnik - osoba z mojego świata - parę razy powiedziała rzeczy, których nie aprobuję. Natomiast ta piosenkarka stoi gdzieś po stronie prawdy i autentyczności. Jest w tym coś wartościowego, bo ona w ten sposób broni się przed zakłamaniem świata. Stała się ofiarą mediów, mimo że na nich żeruje. To ciekawy fenomen, którego bym nie lekceważył.

A więc liczy Pan na to, że „inteligencka publiczność” pójdzie do kina z ciekawości. W Pana głosie zabrzmiał sarkazm kiedy w zakończeniu wywiadu u Moniki Olejnik stwierdził Pan, że warto było zaangażować do filmu Dodę, bo dzięki temu trafił Pan do „Kropki nad i”.

- Było wiele powodów, dla których mogłem zostać zaproszony do tego programu. W filmie gra najwybitniejszy aktor ukraiński. Udało się nam zrobić kooprodukcję. Nikogo to nie obchodzi. Pani Olejnik powinna interesować się polityką kulturalną, bo ta jest częścią polityki w ogóle. Tabloidyzację mediów robią same media. To ich twórcy mają skłonność do takiej pogoni za widzem, że przegapiają ważne elementy swojej misji. Dlatego mogłem pozwolić sobie na sarkazm.

Czy z powodu tej komercjalizacji mediów zdecydował się Pan na udział w akcji zachęcającej do płacenia abonamentu telewizji publicznej? Uczyniła tak również Agnieszka Holland i Anna Seniuk.

– Oczywiście jestem świadom, że telewizja publiczna teraz nie spełnia swojej misji w większym stopniu niż zwykle, ale jest niezbędna. Przez ostatnie dwa lata spotkało mnie w niej więcej szykan niż kiedykolwiek wcześniej. Położono kompletną barierę na moje projekty – zatrzymano ich siedem. Stało się to prawdopodobnie bez żadnej decyzji odgórnej i wynika z niekompetencji i lęku osób zarządzających. Zarzucono mi np., że jestem nie dość katolicki dla dyrekcji, która chce być bardziej pobożna od papieża. To ironia losu, tego bym nie wymyślił.

Okazuje się, że życie pisze najdziwniejsze scenariusze .

– Zatrzymano projekt filmu o królowej Jadwidze, bo to podobno temat zbyt popularny. A przecież przeznaczony był dla zagranicznej publiczności i miał pokazywać postać jej nieznaną.

Czy film o Jadwidze to próba zrealizowania marzenia o nakręceniu dzieła historycznego?

– Tak. O ten film zabiegam od dwunastu lat. Telewizja publiczna milczy , a prywatna w to nie wejdzie. Wystąpiłem więc przed kamerami z zaciśniętymi zębami, ale ze zrozumieniem wyższej konieczności.

Wracając do praw rynku rządzących także światem sztuki. Czy nadal Pan twierdzi, że „w wartościach materialnych jest potencjalne dobro, jeśli ich używać w dobrym celu i poświęcić im część życia”? Takie stanowisko zdaniem Pana różni katolików od prawosławnych.

– Ten pogląd się pogłębił . Widzę jak zdobycze materialne wyrwały ogromną rzeszę ludzi z zezwierzęcenia. Człowiek walczący o przetrwanie tylko w heroicznych okolicznościach może osiągnąć pełnię człowieczeństwa. Strasznie denerwuje mnie bezmyślność i lenistwo ludzi, którzy nie podejmują wyzwania materialnego świata. Teraz łatwiej jest się urządzić, żyć przyzwoicie. Wobec tego jest w tym dobro. W świecie materialnym można żyć ponad materią. Ktoś ładnie powiedział, że „pieniądze są złym panem, ale świetnym sługą”. Więc nie muszą nami rządzić , ale mogą umożliwić nam rozwój.

Dawniej czytało się książki dla autora, chodziło do kina dla reżysera; na spotkanie z Antonionim, Bergmanem. Dziś komputer szlifuje scenariusz, robi się pokaz wstępny filmu, po którym dokonuje się w nim zmian. Już dziesięć lat temu zastanawiał się Pan co z tego wyniknie. Co wyniknęło ?

– To są procesy, które tłumaczy się najprościej krzywą Gaussa, gdzie średnia rozkładu statystycznego zakłada, że rzeczy przeciętnych w każdym zbiorze jest najwięcej. To jest właśnie dyktat przeciętności – on obniża loty elitom, ale podciąga ogony. Więc ja nie mogę tego potępić. Pewna różnorodność adresu w sztuce jest potrzebna. Sztuka nie może być uporczywie kierowana do wszystkich. Czego nam brakuje dziś - to światowego mecenatu.

Chciałbym, żeby pan Kulczyk jak kiedyś Ludwik Bawarski u Wagnera zamawiał opery u Pendereckiego. Ja tego pewnie nie dożyję, bo nasz kapitalizm szybko tej dojrzałości nie

osiągnie. Kiedyś próbowałem rozmawiać z tuzami wielkiego kapitału. Było to w czasie kręcenia „Persony”. Myślałem, że pan Gudzowaty, będąc zainteresowany Rosją, zechce uczestniczyć w projekcie. Ale w rozmowie zrozumiałem, że to o wiele za wcześnie, może jego syn stanie się mecenasem takim, jak dawniej papieże i książęta. To przyjdzie, ale ja tego nie doczekam.

Prowadzi Pan działalność dydaktyczną. Kiedyś uznał Pan młode pokolenie za fine de sicle-bis. Jednocześnie wierzy Pan, że duchowość rodzi się z tęsknoty za ładem, dobrem i pięknem. Dookoła „rzeczywistość skrzeczy” – komputerem, „Modą na sukces”, „Big Brotherem” i światem bez Boga. Dla kogo więc sztuka pojmowana jako poszukiwanie sensu w świecie przytłaczającym absurdem ?

– U młodych widzę jednak tęsknotę do ideałów, bo to przyrodzona potrzeba ludzi. Poszukują: od medytacji do ekologii. Wyrażają to dążenie inaczej. Nie bez znaczenia jest też masowość komunikacji. Tyle podmiotów zaczęło uczestniczyć w kulturze, dlatego jest ona zróżnicowana i daje wolność wyboru.

Nasz świat wspaniale charakteryzuje Pan w swoich felietonach . Jawi się on jako rzeczywistość, w której „komputer jest lepszy niż żona”. Ma Pan do komputerów raczej ambiwalentny stosunek, chociaż zetknął się Pan z nimi jako fizyk z wykształcenia o wiele wcześniej niż przeciętny Polak. Czy nadal korzysta Pan z brulionów do pisania i zwyczajnych notesów z adresami?

– Jak Pani widzi, u mnie na biurku nie ma komputera. Ma go mój współpracownik, ja komputera nie dotykam. Maile piszę ręcznie, a wysyłają je moje panie. Nie mam cierpliwości. Na moich oczach zmieniły się stereotypy związane z wiekiem. Dawniej starości przypisywano cierpliwość . Tymczasem ja jako staruch jestem niecierpliwy, a młodzi są cierpliwi. To komputer wyrobił w nich rodzaj pokory, cierpliwości benedyktyńskiej, niestety często bezmyślnej. Komputer jest szalbierzem, chce podobać się wszystkim i dlatego nie spełnia moich oczekiwań. W wielu miejscach jest źle wymyślony, np. zwycięski program Windows wcale nie jest najlepszy, a mnie okropnie denerwuje. Jestem więc niecierpliwy, w przeciwieństwie do młodych, którzy nie widzą , że komputer zabiera cenny czas i ich otumania. To bałamut, umożliwiający ucieczkę w wirtualną rzeczywistość i dlatego go nie lubię.

Jestem z Torunia . Muszę więc zapytać o premierę „Roku spokojnego słońca”, która odbyła się w tym mieście. Hanna Skarżanka nie przyjechała, bo przeczuwała , że ks. Popiełuszko nie żyje. Wydało się to dwa dni później. Jak Pan wspomina tę premierę?

– Jako wielkie przeżycie. Pamiętam ogromne napięcie. Strasznie baliśmy się, żeby nie sprawdził się najczarniejszy scenariusz. Żywy udział torunian sprawił, że miałem świadomość uczestnictwa w sprawach ważnych. To była bardzo poważna premiera.

Podobno w każdym Pana filmie pojawia się pies. Z czego to wynika? Ma Pan w domu zwierzęta ?

– Mam dziewięć psów, dwa konie i dwa koty. To jest zoo. Zwierzęta rządzą w domu, a ja jestem sublokatorem. Miało być osiem psów, ale dziewiątego uratowaliśmy przed utopieniem, kiedy był już niesiony do jeziora. Paskudny z niego psiaczek, ale jest i cóż robić? To świętość życia

Nieobca jest Panu kokieteria. Pisał Pan, że niezbyt dobrze włada językami. Na spotkaniu w Londynie sama słyszałam jak świetnie mówi pan po angielsku, mama spowodowała, że zna Pan rosyjski, włoski z racji pochodzenia.....

– To nie kokieteria. Języki są moją pasją. Znam ich kilka i to dość biegle, ale to mnie właśnie ogranicza. Mam świadomość, że nawet mój ojczysty język płata mi figle, bo czasami nie doganiam myśli, nie potrafię jej wyrazić.

Odpowiednie dać rzeczy słowo” jak mówił Tuwim.

- Właśnie. Cenię ludzi takich jak Tuwim, który może nie miał wiele do powiedzenia, ale jak mówił! Jak Słowacki. A Norwid?... Z jakim mozołem przekazywali rzeczy najmądrzejsze. Mówiąc we wszystkich językach, które znam, mam poczucie knebla, czuję go w gardle. Nie potrafię wyrażać się w obcych językach tak, jak po polsku. Mówię więc to, co umiem , a nie to, co chcę. To mnie upokarza, bo ja komunikuję. Mama nauczyła mnie również francuskiego. Natomiast kiedy zacząłem naukę angielskiego, ojciec zapytał mnie „po co mi ten język, przecież nie będziesz handlarzem”. To był wtedy taki niepotrzebny i nieelegancki język.

Dane było Panu spotkać wielkich tego świata: artystów, polityków, koronowane głowy. Spotkanie z kim było dla Pana największym przeżyciem?

– Pełniona funkcja raczej wywołuje emocje, a nie osoba. Nieporównane były spotkania z papieżami. To funkcja, która daje poczucie majestatu. W pamięć zapadło mi spotkanie z nieżyjącym już księciem Kadyksu. Młodym, inteligentnym, efektownym człowiekiem, który powinien być królem zamiast Juana Carlosa. Spotkałem go po tym, jak Franco wskazał na swojego następcę obecnego władcę Hiszpanii. To ciekawe, już wtedy zobaczyłem w nim człowieka tragicznego, a przecież nie wiedziałem, że zginie w tak straszliwych okolicznościach z odciętą przez linę głową, zaraz po śmierci swoich dzieci.

Przeżyciem było spotkanie z Indirą Gandhi, o którym ostatnio opowiadałem przy obiedzie panu Putinowi. Pamiętam rozmowę z Marquezem. Niedawno wykładałem w założonej przez niego w Hawanie szkole. W Japonii ludzie do tej pory bledną, kiedy mówię, że ściskałem dłoń cesarza i cesarzowej. To robi na Japończykach wielkie wrażenie.

Jak na mnie spotkanie z Panem. Poznał Pan również Zbigniewa Herberta. Było to na przyjęciu w ambasadzie w Tel Awiwie. Poeta stwierdził: „ Jak to dobrze , że mogę przestać Pana nienawidzieć”. Na pytanie: za co? padła odpowiedź: „Za to, że Pana nie znałem”. Na taką żartobliwą rozmowę mogli sobie pozwolić tylko niezwykli ludzie...

– Ja pozwoliłem sobie tylko tego wysłuchać i potem zanotowałem. To było ważne dla mnie spotkanie.

Jak dla mnie to, które właśnie się skończyło. Dziękuję za rozmowę.


Autorem portretu Krzysztofa Zanussiego jest Mariusz Kałdowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~w, 2011-08-06 00:31:58

gabrysiu nie moge wyjsc z podziwu

(0)~Ania, 2014-04-02 19:23:46

Czy ktos pamieta ksiazke Krzysztofa Zanusiego do nauki angielskiego. To byla super sympatyczna, dowcipna ksiazka. Niestety zapomnialam tytul.

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.