24 października 2020, sobota

Malarze

Ludwik Cichy

Kwadrans z Dobrym Człowiekiem


(lato 2008)
zapis rozmowy z Andrzejem Bobrowskim, artystą, doktorem sztuki, poetą, założycielem Fundacji Dobrego Człowieka – włączamy dyktafon:


Morele i Grejpfruty: - Hektary łąk, olszyna, kawałek jeziora, oryginalna chata; bardzo przyjemne okoliczności przyrodnicze, słowem: Andrzej Bobrowski, pan na włościach?
Andrzej Bobrowski: - Znasz moją historię: kręciłem się, szukałem miejsca, żeby się osiedlić. Wylądowałem tutaj, w Mirosławkach. I się cieszę; mieszkam na brzegu jeziora, w miejscu skąd się wywodzi kultura łużycka, o czym nie wiedziałem. Dopiero kiedy tu przyjechał Krzyś Sołowiej, kolega rzeźbiarz, archeolog pasjonat, i zaczął łazić po moich gruntach i wykopywać z ziemi urny to się okazało że tu rzeczywiście były pierwsze osady łużyckie. Muzeum Archeologiczne zamierzało tu robić wykopaliska, ale się to przedłużało, bo nie było funduszy, i w końcu Sołowieja chłopi pogonili, bo łaził po okolicznych polach i dziury kopał.
I dlatego kupiłeś ten kawał ziemii, żeby sobie na pradawnej osadzie pomieszkać?
- Nie, no kupiłem, bo mi się tu podoba bardzo.
A jak było z tym Świętowidem? Chłop Tadziu pokazał ci górkę ze szczątkami bożka i chciałeś go odbudować, ale chłopi pogonili?...
- Nie, no to chcesz nagrać?
Opowiedz skąd się wziął ten twój Świętowid, co go potem w szacownych galeriach wystawiano i bardzo głębokie analityczne recenzje o nim pisali krytycy na szacownych łamach?
- No przyszedł do mnie Tadziu, sąsiad ze wsi, chłop i zaczął mi opowiadać o górce Święconce naprzeciwko jeziora, na której stał Świętowid z czterema twarzami. Obejrzeliśmy górkę i postanowiłem odbudować Świętowida, czyli postawić go na jego dawnym miejscu. Ale Tadziu się przeraził: – Chłopie, chcesz żeby cię baby ze wsi pogoniły!? W katolickiej wiosce pogańskie bóstwo stawiać?
Ale postawiłeś go, tyle że nie na górce Święconce, ale jako duży kawał sztuki do wystawiania w artgaleriach. A czemu te ludziki malujesz ciągle, te niekończące się łańcuchy postaci, fale całe, układające się w czarnobiałe i barwne rytmy?
O Jezu! Czemu, czemu?!... Ty to nagrywasz teraz?!
Jasne. Więc czemu te ludziki wciąż malujesz?
- Czemu ludziki… no widzisz, to by trzeba prześledzić od początku moją krótką historię…
Tak jak Opałka zapisuje historię świata swoimi ciągami liczb, ty rejestrujesz swój świat łańcuchami ludzików?
- Nie śmiałbym się porównywać z Opałką. Nie ta psychika. On jest konsekwentny, jest postacią innego wymiaru… Moje ludziki wzięły się z kodu kreskowego – tak bardzo upraszczając. Pierwsze moje dojrzałe prace to były reliefy nawiązujące do linearnego zapisu kodu kreskowego. Potem robiłem moje pola: Namiętności, Nadziei, Radości, Miłości, Szczęścia , Pole Marzeń itd., to wszystko nawiązuje do naturalnych pradawnych ludzkich rytmów…
Na przykład, konkretnie jakich albo czego?
- Na przykład, stawały naprzeciwko siebie dwie wielkie armie rycerzy, albo żołnierzy ustawione we wrogie rzędy, potem ten historyczny teatr ludzki ruszał z miejsca i linearny porządek ustępował miejsca kłębowisku, chaosowi, o! - jak tu przyjechałem, na wieś, zobaczyłem siewnik, który malował na polu linearne rytmy, na których wyrastały później uporządkowane rzędy zbóż, a jeszcze później pług multiplikował na bezkresnej płaszczyźnie czarne rzędy skib. Z punktu widzenia szybującego myszołowa, albo jeszcze wyżej – jakiegoś kosmosu, ludzki padół musi wyglądać jak pola złożone z własnych wewnętrznych rytmów i ze sposobów komunikowania się tych pól pomiędzy sobą. Każdy ludzik, każda ikona w moich łańcuchach jest inna i ma takie znaczenie dla ostatecznego kształtu całości kompozycji, jak każdy żywy człowiek z własną osobowością dla rozwoju całego gatunku. Obserwowałem mrówki – dziwna historia. Pewnego dnia pojawiły się i otoczyły cały dom żywym pierścieniem. Próbowałem przerwać ten łańcuch. Na nic, po chwili chaos porządkował się i masa czarnych punkcików powracała do swojego rytmicznego marszu. Tydzień to trwało i zniknęły. W tym roku znów powrócą. W swoim czasie, w swoim rytmie. Popatrz, kiedy ostatnio spotkaliśmy się kończyłem remontować moją pracownię w Poznaniu, teraz spotykamy gdy kończę remont mojej chaty na wsi. Nasze spotkania odbywają się też w pewnym naszym rytmie.
Spotkaliśmy się jeszcze raz, kiedy ja kończyłem remontować moją chatę…
- No widzisz – rytm. Wszystko układa się w rytmy, dziejące się w naszych mikro oraz makrokosmosach. Czasem tylko na krótko coś zaburza naturalny porządek rzeczy, a potem wszystko wraca do rytmu, choć bywa, że do innego i w nowym miejscu, ale do rytmu.
… i podczas tego spotkania podobała ci się moja pracownia na wielkim przeszklonym poddaszu. Obiecałeś wtedy, że mi pomalujesz kominy. W ludziki. Gdybyś mi je wtedy pomalował toby wartość mojej chaty od razu wzrosła razy dwa.
- Rzeczywiście, pamiętam twoje kominy. Chciałem je malować. I zrobię to kiedyś.
Teraz nie będziesz miał czasu: wykładasz na dwóch uczelniach, zostałeś doktorem i to habilitowanym, niebawem zrobią cię pewnie profesorem, wystawiasz, tworzysz i jeszcze remontujesz dom; za wiele się dzieje, żebyś miał czas na moje kominy. Wystarczy, że wpadniesz na chwilę i podpiszesz się na jednym, albo na wszystkich trzech, na przykład:
„Będę malował te kominy. Andrzej Bobrowski.” Wtedy też wartość chaty bardzo mi podskoczy.
- Będę malował te kominy. To dobre miejsce, podoba mi się światło.
Wystarczy jak mi je podpiszesz. Ultra Violet dostała kiedyś od Andy Warhola karton puszek zupy Campbell, przez niego zaprojektowanych, i kiedy nie miała czym podjąć gości na przyjęciu, na którym był też Warhol, poczęstowała ich tymi zupkami, a puste puszki wyrzuciła. Po latach nie mogła odżałować, że nie dała Andemu pustych puszek do podpisania. „Zrobiłby to z przyjemnością, a moje konto powiększyłoby się dzisiaj o sześć zer”, wspominała w swojej książce „Moje lata z Andy Warholem”. Pamiętam takie zdanie Warhola: Robienie pieniędzy jest sztuką, praca jest sztuką, a dobry interes jest największą sztuką.
- Bardzo mocne.
A Ulta Violet mówi tak: Słyszę dźwięk brzęczących monet i uświadamiam sobie, że Andy się śmieje.
- Cha, cha, cha…
Sztuka służy do robienia pieniędzy? I czy wyłącznie?
- Przedziwnie formułujesz te swoje pytania. Chyba nie mam na nie gotowych odpowiedzi. Takie kwestie nie znajdują się w zbiorze moich fundamentalnych rozważań…
No w każdym razie, jak się patrzy na artystów, polskich, to bardzo rzadko, albo wcale się ich nie widuje w porszaku, majbachu czy innym rojsie.
- To są lata izolacji od światowych rynków sztuki, ale myślę, że wielu polskich twórców stać by było na majbacha albo nawet trzy…
A można ci wierzyć? Wymienisz choć jedno takie nazwisko?
- No choćby wspomniany już dzisiaj Roman Opałka…
Żartujesz chyba?! Opałka, ten starszy pan nie wygląda na osobę wożącą się nowiutkim porszakiem. Raczej taki bidula nawiedzony.
- Zgadza się, bo to go nie interesuje zupełnie. Jednak jego obrazy idą po sto i więcej tysięcy dolarów.
I ktoś je naprawdę kupuje?
- On ma wysprzedane wszystko do końca życia.
I powinienem ci dalej wierzyć?
- Cha, cha, cha, a ty to wciąż nagrywasz?
Słowo w słowo.
- Chyba ci tego nigdzie nie puszczą.
Przecież ciekawe rzeczy opowiadasz.
- Ale prowadzisz tę rozmowę, ja wiem… dziwacznie, w życiu takiego wywiadu nie udzieliłem, wciąż poruszamy się po obrzeżach, nie zadajesz tych pytań...
To co, wyłączyć, czy gramy dalej?
- No nagrywaj sobie, nagrywaj…
To jeszcze trochę o pieniądzach. Warhol powiedział coś takiego: Co tam, każdemu mogę namalować portret za 25 tysięcy dolarów.
- Warhol jest moim nieulubionym przypadkiem. On był na tyle mądry, czy może cwany albo cyniczny w tym swoim pop-arcie, że portretował prawie wyłącznie ludzi sławnych, bogatych, na przykład Marylin Monrooe, a Monrooe stać było na 25 tysięcy dolarów za portret. Ale nie chcę rozmawiać o Warholu.
Bo?
- Bo dla mnie to był dewiant, nie szanował ludzi, wykorzystywał ich, niszczył. Człowieka i wartości z nim związane miał za nic. Ale faktycznie zgromadził fortunę na czymś co zdołało przejść do historii jako sztuka pop-art. To w ogóle był dobry czas na zarabianie pieniędzy i robienie karier, także w sztuce.
A teraz, jak jest teraz w Polsce – mamy dobre czasy dla sztuki?
- Nie. Rynek sztuki wciąż się tworzy. Tworzył się pięć lat temu, teraz się tworzy i za rok też będzie można to samo powiedzieć. Nie bez powodu wielu twórców wyjechało stąd, nie tylko z powodu mizerii finansowej, ale z powodu klimatu. Na przykład Opałka – przecież naczelni krytycy polscy kompletnie nie rozumieli jego twórczości i zwyczajnie drwili sobie z niego. (Między innymi Andrzej Osęka pisał, że ciekawsza jest książka telefoniczna, niż obrazy Opałki – red.) A przecież on jest jednym z kilkunastu zaledwie, największych artystów współczesnych świata.
No ale o takiej, na przykład Abakanowicz, to same zachwyty można przeczytać, więc chyba nie jesteśmy takimi burakami?
- Abakanowicz poza zasięgiem już jest! Ona żyje w świecie, jest bardzo znaną artystką, tak jak Opałka, to że z sentymentu przyjeżdża do Polski – zresztą uczyła u nas w szkole (ASP Poznań – red.). O! Widzisz, pytałeś o polskich twórców, którzy odnieśli sukces także finansowy - jak ty to nazwałeś?
Mogą się porszakami albo majbachami wozić.
- Właśnie. To masz przykład. Tyle, że to są ich (Opałka, Abakanowicz- red.) prywatne, wypracowane sukcesy, i nijak się to ma do rynku sztuki w Polsce.
A czy są współczesne nazwiska w Polsce takiego typu jak Boznańska, Malczewski, Podkowiński?
- Ja mam takie nazwiska wymienić?
Tak – artysta dobry i drogi.
- No ale to będzie bardzo subiektywna lista.
Podaj trzy twoje typy.
- Dobry i drogi?
I bardzo znany.
- Ja uważam, że Leon Tarasewicz jest bardzo dobry i drogi. Może Mariusz Kruk, Kozyra?...
Ale co ona ma na sprzedaż, ta Kozyra? Ktoś to kupuje?
- To są filmowe zapisy, rejestracje. Są kolekcjonerzy, muzea kupują. Ty rzuciłeś nazwiska Warhola, Malczewskiego, Boznańskiej… Od razu widać, że nie śledzisz rozwoju sztuki. Jest nowa rzeczywistość, nowe przesłanie sztuki, nowatorskie środki wyrazu, inne technologie, no i inna percepcja. Nowa epoka. Impresariat, marketing, ogromna skala inwestycji na przykład w sztukę społeczną. Popatrz taka Tamara Łempicka, 70 lat temu, w ogóle nie musiała się martwić o sprawy bytowe, w zasadzie niewiele sprzedała, bo poślubiła – chyba jej drugie albo trzecie małżeństwo – bardzo zamożnego człowieka, wyjechała do Ameryki i sobie malowała. Dzisiaj jej obrazy są rozchwytywane na aukcjach. Ale ona sama nie musiała niczego sprzedawać. Dzisiaj taka komfortowa sytuacja jest nie do pomyślenia. Inna, nowa epoka.
A jak się w tych nowych czasach ma doktor habilitowany sztuki Andrzej Bobrowski?
A.B.: - Raczej bardzo dobrze.
A po co twórca zostaje doktorem, profesorem sztuki? Czy to jest tak, jak na przykład w reklamie, że dobrze jest być doktorem marketingu, bo to podnosi prestiż, kreuje popyt na usługi lub dzieła, no i winduje ich ceny? Czy obraz doktora Bobrowskiego, jest więcej wart niż obraz Andrzeja Bobrowskiego?
- Nie, to jest związane z naszym systemem edukacji, po prostu jeśli prowadzisz pracownię w szkole, to musisz spełnić wymogi tej uczelni, czyli po paru latach musisz zrobić stopień doktora, a potem następne, bo w przeciwnym razie uczelnia musi ci podziękować.
Twoje obrazy są wyjątkowe. Kiedy je zobaczyłem pierwszy raz, od razu się do nich przykleiłem. Bo są inne od tego co mnie otacza. Od perfekcyjnie sfotografowanej, ale jednak tandety, atakującej z mistrzowsko zaprojektowanych layoutów kolorowych pism dla masowego odbiorcy.
- Mi się podobają niektóre kolorowe czasopisma. Są dobrze zrobione.
Mi też się podobają, i mojej cioci, i sąsiadce się podobają, i w ogóle wszystkim i każdemu osobno. No i są takie fajne i można obejrzeć jaka jest teraz najnowsza moda na słanie łóżek w Paryżu, a jaka w Boliwii i czy Angelina Joli zaadoptowała ostatnio białe, czarne, czy żółte dziecko. Ale nie o tym chciałem tobą rozmawiać. Powiedz czemu takie wielkie te grafiki i obrazy walisz?
A.B.: - Ja nie walę wielkich.
Jak to nie: dwa na trzy metry, trzy na trzy i pół, dwa i pół na sześć – wielkie jak billboardy!
- Robię też wiele prac mniejszych, po prostu ludzką historię można opowiedzieć na małym i dużym formacie, na każdym. To tylko kwestia środków wyrazu do uzyskania zamierzonej ekspresji.
Trzeba będzie znaleźć w Lesznie bardzo wielką salę na wystawę twoich prac.
- Zamierzasz wystawiać Bobrowskiego w Lesznie?
Taki mam zamiar.
- Chętnie, ale nie wcześniej niż na jesieni przyszłego roku.
Dlaczego tak późno? Nie masz obrazów, sprzedałeś wszystko czy cię może okradli?
- Takie mam po prostu terminy.
No dobra, niech już będzie ta jesień.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.