16 września 2019, poniedziałek

Teksty i nadteksty

Tomasz Sobieraj

List otwarty do Jacka Dehnela

Przesyłam Państwu swój list otwarty do Jacka Dehnela, który jest odpowiedzią na jego paszkwilopodobny felieton o mnie, opublikowany w książka.wp., zatytułowany Po prostu: Sobieraj. Niestety, nie mam innego sposobu na odpowiedź autorowi.
 Pozdrawiam,
 Tomasz Sobieraj




Odpowiedź na felieton Jacka Dehnela Po prostu: Sobieraj, książki.wp, wrzesień 2009.

Szanowny Panie,

rzadko zaglądam do internetu, dlatego dopiero teraz mogę odpowiedzieć na Pański felieton o mojej nieskromnej osobie, który, przyznaję, sprawił mi ogromną przyjemność, przynosząc ze sobą tak konieczne dla megalomana mojego pokroju katharsis. Cóż, nie jestem idealny ale kto jest? Zgódźmy się więc z tym, że jestem potworem to pojęcie zawiera w sobie ładunek na tyle negatywny, że zadowoli moich wszystkich wrogów.  Niemniej, Pańska zawoalowana teza, że pisarz (szerzej: artysta) nieznany za życia jest niejako a priori mierny, wydaje mi się pozbawiona podstaw, czego dowodzi historia, pełna nazwisk twórców swego czasu nieznanych. Bo przecież nie doraźna popularność jest miarą sztuki, nie postawa etyczna artysty, nie jego koneksje, pochodzenie ani nawet nie jego jakże niekiedy barwne cechy charakteru. Nie one czynią artystę wielkim. Czyni to jego wyjście poza modne konwencje epoki, wiedza, warsztatowa sprawność, umiejętność nawiązania dialogu z poprzednikami i kilka innych cech, wśród nich ta najsłabiej zdefiniowana, intuicyjna raczej, jaką jest talent. A Pan postanowił dać upust swoim frustracjom urażony moim stwierdzeniem, że nie jest Pan przystojny i męski, ale za to umie Pan pisać, tylko nie ma o czym, i że Pańska słynna pelisa jest po dziadku. Przyznaję, nie są to argumenty merytoryczne, co do przepięknej pelisy to nie znam jej pochodzenia, ale i rozmowa z Janem Siwmirem była dosyć swobodna, wielowątkowa, kpiarska i ironiczna, co niesie ze sobą dygresje, niekiedy godzące w próżność, w tym przypadku Pańską. A wiemy z psychologii, że im większa próżność, tym rana bardziej dotkliwa. Miał Pan, jak sądzę, zajęcia z psychologii? Czasem taką ranę leczy poczucie humoru. Jeśli go nie ma – to rzeczywiście, życie staje się trudniejsze. Przykro mi, ale w tej sprawie nie mogę Panu pomóc.

 

Postąpił Pan jednak nieładnie, nie po dżentelmeńsku, posługując się wyrwanymi z kontekstu zdaniami, zafałszowaniami, przemilczeniami i przeinaczeniami oraz innymi, typowymi dla propagandy pewnych przebrzmiałych formacji politycznych, zabiegami. Nie zadał Pan sobie trudu przeczytania moich książek i skonfrontowania ich treści z – przyznaję – entuzjastycznymi recenzjami. Pominął Pan milczeniem zawarty w moich esejach i felietonach program artystyczny i stopień jego zgodności z uprawianą przeze mnie twórczością. Uniknął Pan merytorycznej, logicznej i filozoficznej kontroli moich tekstów, uciekając się do sztubackich wygłupów, które, jak wiemy, potrafią ośmieszyć wszystko. Podobnie w złym guście jest nieinformowanie mnie o Pańskiej publikacji, co uniemożliwiło mi odpowiedź we właściwym czasie i miejscu. Cóż, widać po dziadku została Panu tylko pelisa – kindersztubę diabli wzięli. Bo co innego facecje w luźnej rozmowie, a co innego publikacja w dziale książki (co Pański felieton ma wspólnego z recenzją KSIĄŻKI?)

 

Jest Pan, w opinii niektórych, wielkim artystą wszechstronnym, polskim Leonardem, największym kolorowym balonem, planetą, ba, najjaśniejszą gwiazdą polskiego zaprzałego literackiego nieboskłonu, więc złość i jad Panu nie przystoją, tym bardziej nie przystoi nieelegancki atak ad personam przypuszczony na mnie z braku merytorycznych argumentów. Szczególnie on niesmaczny, bo sprowokowany błahostką, jednak przyznaję, tekst w sumie zabawny chociaż nieuczciwy i zalatujący paszkwilem. Stąd moje mieszane uczucia, w których jednak kiełkuje nadzieja, że nareszcie mam godnego siebie przeciwnika – oczywiście, jeśli idzie o złośliwość, bo zasady dżentelmeńskiej walki powinien Pan sobie przyswoić. Rzecz jasna, jeśli uzna to Pan za konieczne broń Boże, proszę nie łamać swojej natury.

 

Jak wspomniałem, Pański atak na mnie jest osobisty i nosi cechy pieniactwa, bowiem w całej długiej (25 str.) rozmowie z Janem Siwmirem poświęciliśmy Panu zaledwie dwa zdania. Rozumiem, że Pan i Towarzystwo uważacie, że tacy jak my powinniśmy jedynie płacić na Was podatki i siedzieć cicho, rozdziawiając gęby w niemym zachwycie, bo tacy jesteście wielcy – przecież mówią o Was w mediach, wydają Wam książki. Otóż te czasy, Panie Dehnel, się skończyły. To, kto jest naprawdę wielki, oceni historia, może co lepiej wykształceni czytelnicy, a nie Komitet Centralny, Radiokomitet czy inni koledzy. Proszę wspomnieć te dzisiaj zapomniane, a niegdyś wynoszone nazwiska. Kto pozostał z dawnych nadmuchanych balonów? Kto zostanie z dzisiejszych? Ja nie mam tyle pychy, by stwierdzić, że wiem. Mogę jedynie przypuszczać.

 

Panie Dehnel, dał się Pan nabrać na moją pozorną w istocie megalomanię, sprowokowaną tym, co dzieje się w dzisiejszej polskiej krytyce i literaturze – moja bufonada to tylko kopia z dystansem tego, co wyprawiają inni, ci znani i lubiani autorzy i ich apostołowie. Obnażył Pan za to megalomanię swoją, niestety prawdziwą. Czy uzasadnioną? Cóż, ponownie zostawmy głos historii.

 

Przy okazji, gorąco polecam Panu lekturę moich książek nie tylko wstępów do nich. Bo może jednak zweryfikowałby Pan swoją, proszę wybaczyć, niemądrą tezę, że jedynie popularny pisarz to dobry pisarz. Bowiem jeśli to Pan ma rację, to, ach, aż się boję te wszystkie Hölderliny i Schulze, Gombrowicze i Witkace, te zastępy za życia wyśmiewanych, niedocenianych i zwykle niewydawanych lub wydawanych późno i w niewielkim nakładzie pisarzy, są do dupy, a liczą się jedynie ci wydawani, medialni, nagradzani i wynoszeni przez sobie współczesnych krytyków, żerujący na stypendiach, tłumaczeniach, zagranicznych wojażach, za pieniądze podatnika?

 

Właściwie mógłbym wzruszyć na ten Pański atak ramionami, gdyby nie jedna, jedyna rzecz wzbudził Pan w czytelnikach swojego felietonu błędne przekonanie, że pogardzam takimi ludźmi, jak: Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, uważając ich za „pozytywnych grafomanów”. Nie napisał Pan, przez niegodziwość lub niezrozumienie, że przez grafomanię, co wyjaśniam wyraźnie, rozumiem jedynie imperatyw pisania, który przynosi efekty pozytywne, doskonałe, jak u wyżej wymienionych, którym oddaję cześć niemal boską, albo mierne, zgodnie ze słownikowym wyjaśnieniem terminu grafomania.

 

I last, but not least nie bardzo się zgadzam z Pańską samokrytyką. Określa się Pan bowiem słowem „matołek”, które, wydaje mi się, nie jest właściwe. Matołkiem może być uczeń podstawówki, ostatecznie gimnazjalista, ale człowiek po studiach zasługuje na epitet adekwatny do wykształcenia.

 

Kłaniam się,

 

Tomasz Sobieraj

 

 

 

 

 

 

A to ów felieton Jacka Dehnela

Po prostu: Sobieraj
2009-09-04 10:39:06 | Jacek Dehnel
źródło: Książki WP

Papier może i jest cierpliwy. Ale internet? Ten dopiero ma nerwy jak światłowodowe postronki! Internet tylko z pozoru tworzy odbicie świata; jest raczej krzywym zwierciadłem, które jedne hierarchie odwraca, inne tworzy od zera. Tablice z tagami, gdzie hasła częściej występujące są większe, a rzadziej – mniejsze, są zapewne jedynym miejscem, gdzie Piotr Czerski jest większy od Faulknera, Tomasz Piątek – równy Gombrowiczowi, a Sławomir Shuty przerasta Hrabala.

Ale w necie pojawiają się także postaci, jak się zdaje, endemiczne, których z obiegu papierowego nie kojarzą nawet wytrwali czytelnicy, a które, jak się okazuje, są utajonymi gwiazdami pierwszej jasności.

Weźmy dla przykładu stronę autorską artysty – ba, co tam „artysty”: poety, fotografika, eseisty, autora opowiadań, publicysty, a także absolwenta geografii (hydrologia i klimatologia), Tomasza Sobieraja. Mogliśmy, przez jakieś karygodne niedopatrzenie, nic jak dotąd o Sobieraju – mimo imponującej, renesansowej iście rozpiętości zainteresowań – nie wiedzieć, ale ze strony się dowiemy, bo Sobieraj na swój temat pisze obszernie, nie uciekając się do fałszywej skromności: Moją twórczość literacką znawcy określają jako wyrafinowaną, wielowarstwową i symboliczną, wymagającą od czytelnika dojrzałości, wiedzy, smaku, braku uprzedzeń, nierzadko filozoficznego przygotowania. Niewątpliwie tak jest, że pisząc czy to w skupieniu czy w porywach ducha, skazuję się na elitarność, jednak inaczej pisać nie chcę, gdyż nie chcę skazać się na przeciętność i tanią popularność. Piszę doskonale – bo potrafię, gdybym nie potrafił, pisałbym jak inni modne wiersze, bełkotliwe, nieporadne, ponure i wulgarne. Ja „tworzę i czynię trwałym” – że zacytuję samego siebie. W wywiadach recenzuje (entuzjastycznie) własne dzieła, zarówno opowiadania (tekst […] krystalicznie czysty, pozbawiony rys i chropowatości, a nade wszystko zbędnych słów. Wspaniały brylant.) jak i wiersze (A„Wojna Kwiatów”? Znowu nie będzie wiadomo co z tym zrobić, jak zawsze, gdy dzieło przerasta epokę, wychodzi poza konwencje, szarpie zdrową tkankę parobka, psuje mu piękny widok na oborę i niszczy głębokie przekonanie, że świat się na niej kończy.); wreszcie dodaje, równie asertywnie: wszystko to sprawia, że moja twórczość nie poddaje się jednoznacznym ocenom i – w co głęboko wierzę – upływowi czasu.

I, ostatecznie, trudno się Sobierajowi dziwić, bowiem wyżej wymienieni znawcy stoją za nim murem-marmurem. Na stronie, poza pochwałami autorstwa Sobieraja, możemy się natknąć na takie choćby zdania Zygmunta Hermana: zbiór „Gra” szybko zyskał miano kultowego (niestety, nie dowiadujemy się w obrębie jakiego kultu) czy: nastąpił punkt zwrotny w polskiej – i zapewne nie tylko – poezji a także: „alchemia słowa”, wymieszanie żywiołów apollińskiego i dionizyjskiego, szczerość doprowadzona do granicy duchowego ekshibicjonizmu sprawiają, że czytelnik zostaje oczarowany i onieśmielony, zaskoczony i rzeczywiście wprowadzony w rozterkę. Po czym Herman dodaje skromnie na swój temat: ten pochlebny osąd, tak rzadki u znawcy i krytyka współczesnej poezji słynącego z bezkompromisowych poglądów, dowodzi, że w przypadku „Wojny Kwiatów” mamy do czynienia z literaturą najwyższych lotów, jakiej od czasów Herberta w Polsce nie było. Niestety, nie mogłem się zapoznać z innymi bezkompromisowymi poglądami Zygmunta Hermana, bowiem w necie – jeśli nie liczyć podpisów pod rozmaitymi pieniami na temat Tomasza Sobieraja, w tym po włosku, hiszpańsku i francusku – pojawia się tylko Zygmunt Herman FH Zygmunt (handel artykułami spożywczymi), Zygmunt Herman Abco Bud (sprzedaż okien) oraz Zygmunt Herman, baryton w Chórze Juranda (rozwiązanym w 1960 r.); żaden z nich, jak się zdaje, nie para się na boku krytyką literacką. Widać krytyk Zygmunt Herman słynie ze swych bezkompromisowych poglądów gdzieś poza netem, a ja, matołek, nie natknąłem się nań jak dotąd.

Ale to jeszcze nic. Największe wrażenie robi autor wstępu do tomu „Gra”, Georg A. Fichte (wprawdzie Google po wpisaniu „Georg A. Fichte” podaje tylko kilka stron związanych z Sobierajem, ale chyba tylko ktoś wyjątkowo podejrzliwy i niechętny mógłby podejrzewać, że Georg A. Fichte nie jest światowej sławy krytykiem literackim – ostatecznie, nie wszystko, co w świecie istnieje, trafia do netu, a poza tym pamiętamy z „Mambo Spinoza” Przybory: Helwecjusz, Platon Fichte - / każdy ich też / zna!).

Zaczyna z pewną taką nieśmiałością od opisu duchowych rozterek, kiedy zaproponowano mu przyjazd do Polski i napisanie wstępu do tomiku Sobieraja: Z jednej strony, byłaby to świetna okazja do poznania autora, którego lirykę i prozę uważam a najciekawsze dokonania literatury ostatnich kilkudziesięciu lat i wielokrotnie przekładałem na język niemiecki; (wstyd nas ogarnia, że my jeszcze o Sobieraju nic, a Georg A. Fichte za najciekawsze dokonania uważa!) z drugiej ryzykowałem spotkanie z tajemniczym, niechętnym mediom (zaskakujące, zważywszy że Sobieraj na swojej stronie stworzył osobną zakładkę „Media” a w niej skwapliwie podaje linki) bohaterem mrocznych zazwyczaj legend (nie wiem jak Państwo, ale ja nawet legendy o Sobieraju nie znam. Nawet niemrocznej. O królu Popielu, o Wandzie, co nie chciała, o królu Arturze – ale o Sobieraju, wstyd przyznać – nie). Decyduje się jednak pojechać (bo to niepowtarzalna okazja skonfrontowania mitu z rzeczywistością; no nie, mitu o Sobieraju nie znam nie tylko ja, ale i żaden z moich znajomych; shame on us!) i staje przed domem artysty który stanowił zaprzeczenie moich (Georga A. Fichtego) wyobrażeń o siedzibie mrocznego (na wszystkich zdjęciach Sobieraj rzeczywiście ubrany w pomroczne, skórzane przyodziewy) poety i myśliciela.

Tu dochodzimy do najbardziej chyba soczystego opisu, jaki kiedykolwiek zamieszczono we wstępie krytycznym do tomiku: Zbliżał się do mnie mężczyzna ubrany tylko w krótkie obcięte, postrzępione i obcisłe dżinsy, na stopach skórzane sandały. Opalony, budowa ciała apollińska – obraz nie pasujący do powszechnego wizerunku mizernego, zszarzałego poety. Do tego delikatne dłonie, wąski, prosty nos i to zniewalające, ironiczne, inteligentne spojrzenie zielono-granatowych oczu. Stanąłem przez lordem Byronem naszych czasów.

 


Człowiek sobie żyje w tej Polsce, coś tam czyta niby, a nie wie, że tu, na tej ziemi Asnyka i Konopnickiej, lord Byron naszych czasów w najlepsze sobie mieszka, przyodziany jedynie w skórzane sandały i dżinsy oraz apolliński tors. O, niewiedzo! Od Fichego (Georga A.) dowiadujemy się dalej, że Sobieraj to mistrz wielości znaczeń, który mówi i robi co chce (łaaał), trzyma w sypialni nabitą broń (Moryc, odsuń się!), pali papierosy (na Jowisza!), łamie przepisy ruchu drogowego (święty Krzysztofie!), popiera związki homoseksualne (Santo Subito!), publikuje w anarchistycznych pismach (na rany Kropotkina!) oraz, co zapewne jest najmniej poprawne we współczesnym tzw. zachodnim świecie, gardzi demokracją (Pol Pot eleyson!), warzywami i gwiazdami popkultury. Przy pogardzie dla warzyw zamilkłem w mych okrzykach. Tego jeszcze nie było. Wzgarda dla warzyw to z pewnością coś, co nie jest poprawne w świecie. Tak zwanym zachodnim.

Ale Sobieraj, poznany bliżej, zdjął budowany latami pancerz (czyli nie tylko w tych dżinsach chodzi Byron nasz współczesny, ale i w pancerzu chadzał) i Fichte poznał człowieka delikatnego i wrażliwego, którego głos poetycki uderza słowami podobnymi kryształom górskiego kwarcu. Sobieraj, pisze Fichte (Georg A.) odrzucił popularność i uznanie (znów wstyd, bo się na Sobierajowe uznanie i popularność nie załapałem), wybrał wewnętrzną banicję, licząc na zrozumienie nielicznych, nie zadowalających się jedynie pospolitym skubaniem trawy (i słusznie, jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć beee – nie może aprobować skubania trawy ktoś, kto gardzi warzywem. Wbrew całemu światu. Tak zwanemu zachodniemu). Czas spędzony w domu artysty, rozmowy i milczenie, udział w zwyczajnym, domowym życiu, pracy w ogrodzie (tylko pomyśleć! Słynny Georg A. Fichte pielący grzędy pietruszki!), przygotowaniu posiłków (ten sam Georg A. Fichte obierający ziemniaki!), wielokilometrowych wędrówkach (te ubłocone na bezdrożach czarne oksfordy niemieckiego wykładowcy!), to czas poznawania. Dowiedziałem się o sobie i o nim tyle, ile żaden dyplomowany psychoanalityk nie byłby w stanie wydobyć z podświadomości (a zatem do poety, eseisty, klimatologa itp. dodać winniśmy jeszcze niedyplomowanego, ale znakomitego psychoanalityka! Da Vinci może się schować!). Do tego psychoanaliza była darmowa – nie licząc sześciu butelek Bordeaux, które przywiozłem ze sobą.

Jeśli dotychczas Fichte nie poruszył mnie do łez, to teraz polały się czyste, rzęsiste, kiedy wyobraziłem sobie niemieckiego wykładowcę o skołatanej, wymagającej psychoanalizy duszy, który z sześcioma butelkami dociera do bram lorda Byrona naszych czasów i tam, siekając marchew i pieląc fasolę, doznaje iluminacji. Jest jeszcze wielkość na tym świecie.

A jednak, jest to wielkość nierozpoznana (poza netem przynajmniej), wielkość zatajona. Jakie są przyczyny tego zatajenia? Krytyka. Sobieraj i pozostałe postaci z tej wyjątkowej strony, rozdają ciosy na prawo i lewo: fotografie Nan Goldin i zdaniotwórstwo Masłowskiej to wtórne i desperackie akty bezpłodnych przeciętniaków, słabo wyedukowanych, pozbawionych smaku i umiejętności warsztatowych; późna twórczość Miłosza nadaje się raczej do kosza niż na półkę; Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy i Chmielewska to pozytywni grafomani; Mahler to kuglarz i muzyczny kabotyn, Joyce to grafoman i nudziarz, Masłowska i Podgórnik posiadając towarzyskie umocowanie, zasrywają świat literatury nieudolnymi, wulgarnymi odchodami dla ćwierćinteligentów – no bo dla kogo innego? Świetlicki, Gretkowska, Tokarczuk, Huelle odczuwają wewnętrzny przymus pisania nieistotnych pierdol powstaje więc całe mnóstwo przeciętnego, pseudointelektualnego bełkotu albo nudziarstwa aspirującego do wielkiej sztuki. Z kolei, w innym zestawie, Tokarczuk, Masłowska, Pilch i Sasnal to przeciętniaki i miernoty. Dlaczego zatem słychać o nich, a nie o Sobieraju? Wina leży oczywiście po stronie krytyków, tworzących sztuczne (czytaj: pozanetowe) hierarchie (na szczęście Sobieraj rozprawia się z nimi raz-dwa: po naszych ostrych słowach krytycy i uznane dzisiaj literackie autorytety leżą niczym złociste łany zbóż ścięte ręką najprzedniejszych w gminie żeńców), a pomijają go, gdyż, jak heroicznie wyznaje: nie jestem krewnym nikogo ze środowiska artystycznego czy mediów, nie mam bogatego ani znanego tatusia, nie byłem kapusiem SB, nie jestem też niczyim protegowanym. Fatalnie. Żeby się całkowicie pogrążyć dodam, że jestem niepraktykującym religijnie, nieobrzezanym heteroseksualistą. Ha, zatem tłamszą go i ciemne masy, i złowrogie spiski, i kliki, i mniejszości. Choć z mniejszościami rozmaicie, bowiem dodaje figlarnie w wywiadzie: W moim przypadku pierwiastek męski jang i żeński jin siedzą wygodnie w jednym, urodziwym ciele, na zmianę to walcząc ze sobą, to ulegając erotycznej namiętności, co prowadzi do niezwykłej różnorodności poczynań artystycznych. Moja twórczość jest więc zrodzona ze sprzeczności, ale, jak powiedział Gombrowicz (czy też Sandauer o Gombrowiczu) „sprzeczności są cechą geniuszu”. Skromność nie pozwala mi polemizować z takimi autorytetami, więc noszę brzemię z godnością, spokojnie przyjmując wyrazy uwielbienia zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet. Gdyby ktoś z Państwa chciał złożyć wyrazy uwielbienia z nadzieją, że nie zostaną odrzucone, to do Sobieraja jak w dym, przyjmie spokojnie i z godnością.

Cóż jednak będzie z lordem Byronem naszych czasów (a przy okazji również Beethovenem literatury, jak rzuca o sobie mimochodem Sobieraj)? Zygmunt Herman pyta dramatycznie: Czy bezwolne, bezkrytyczne i zindoktrynowane masy wielbicieli nieporadności i wulgarności docenią tę „rzuconą niedbale perłę”? Czy inni poeci, szczególnie młodego i średniego pokolenia dostrzegą ten ogromny dystans, jaki ich dzieli od poety „pustych ulic” i podejmą heroiczną próbę doścignięcia? I odpowiada sobie, równie dramatycznie: Sądzę, że nie. Po czym zaraz wyjaśnia: Masy, jak opisywane przez Czesława Miłosza kaczki, nadal będą brzechtać się w literackim błocie i kwakać, mimo że obok jest czyste jezioro – bo taka jest natura kaczek. Niemniej, fakt, że w polskiej literaturze pojawia się twórca tej miary co Tomasz Sobieraj, daje nadzieję, że nie będzie ona postrzegana jedynie jako błotniste bajoro.

Jeśli sądziliście Państwo, że zniknął już ostatni młodopolski artysta-samozwańczy geniusz, niezrozumiany przez głupich i podłych filistrów, tępe masy, durnych krytykantów, idący pod prąd, ba, pod wszelkie prądy, nierozpoznany za życia, ale wielki jak duchowy galeon, unoszący się na falach czasu, to on trwa, on istnieje. Nazywa się Sobieraj. Tomasz Sobieraj. I ma swoją stronę w necie.

 

 

 

 

 


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Kto z kogo kpi? (0)~Karol, 2009-12-17 10:34:12
Przyganiał kocioł garnkowi. Wielki Dehnel zakpił z Malutkiego Sobieraja, czy na odwrót?
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.