10 grudnia 2018, poniedziałek

Podróże teatralne

Błażej Baraniak

List z dwóch podróży do Wrocławia i jednej do Opola

Większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.


Pod koniec sezonu zawsze sporo premier; nawet nie wymienię wszystkich, które obejrzałem w nadziei na: 1. – znalezienie tych najciekawszych, które można przywieźć do Leszna, 2. – znalezienie reżysera, któremu chciałbym powierzyć pracę nad którymś z dramatów Stanisława Grochowiaka (notabene po ponad trzech ćwierćwieczach nieobecności zawodowych ludzi teatru w naszym mieście inaczej jak tylko gościnnym przejazdem).


I kłopot. Troje reżyserów, których inscenizacje obejrzałem niemal wszystkie w ich karierze – Maja Kleczewska, Piotr Kruszczyński i Wiktor Rubin – tak dało mi popalić, że sam nie wiem, co tu zrelacjonować i czy, po ponad ćwierćwieczu teatralnego wałęsania, ja się jeszcze do tego nadaję. Przemawiają do mnie, każde po swojemu, ale o sprawach, które dla mnie chyba oczywiste. Nie sprawiają, że tracę dech i szukam punktu na niebie albo ziemi, który mógłby być dla mnie jakimś punktem odniesienia. Przejadłem się, albo – co innego – moje ostatnie lektury oraz hałas dookolny spowodowały, że w teatrze chętnie wyglądam ciszy, przede wszystkim ciszy.


Bo to jest tak: pod moim oknem, a mieszkam na parterze w samym śródmieściu, gdzie uliczki wąskie, niebudowane dla ruchu pojazdami mechanicznymi. Miejsce niby odległe od rynku o rzut beretem, ale dla ruchu niezamknięte, na spacerowisko niezamienione, toteż za ścianą mego ponadwustuletniego domu w całkiem świeżej plombie zagnieździł się producent lodów. Teraz sezon dla lodowytwórców, toteż od pół do szóstej rano pod moim oknem parkuje dostarczyciel produktów, z których lody się wytwarza. Wolę nie wiedzieć, co to za produkty, natomiast – chcąc nie chcąc – co dzień słyszę najpierw hamowanie, potem trzaskanie drzwiami, a w trakcie wyładunku radio „Hałas.fm” oraz przynajmniej ze dwie rozmowy odbywane przez telefon komórkowy. Mniejsza, że znam treść rozmów biznesowo-lodowych (nie ma zamiaru współpracować z konkurencją, bo lody wszelkie szczerze znienawidziłem), mniejsza, że zasnąć nie sposób, bo za lodziarzami rusza lawina innych użytkowników mojej cichej kiedyś ulicy, a wszyscy oni mają komórki i bardzo pilne sprawy do obgadania przez telefon o każdej porze dnia i nocy.


I jest jeszcze tak: większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzęsę się zatem w posadach razem z moim domem, trenuję nie z własnego wyboru stoicki spokój i czytam Czarodziejską górę Tomasza Manna. Na przemian z innymi lekturami, w których ludzie wprawdzie już używali kolei żelaznej, ale przedkładali ten praktyczny wynalazek nad podróż w czymś zaprzężonym w konie tylko wówczas, kiedy tak było szybciej i w żaden sposób nie dało się uniknąć hałasu żelastwa. Bo trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.


Wszystko, co powyżej, piszę dla wyjaśnienia, dlaczego Radio Morele i Grejpfruty z upodobaniem codziennie nadaje rytualne pięć minut CISZY, upiera się przy lekturze Schopenhauera, Manna, Grochowiaka i współczesnych poetów odróżniających przecinek od spacji.


A także dlatego, żeby – w sobie właściwy, a najpewniej słabo słyszalny sposób – wyartykułować protest przeciwko światu, którego metaforą jakże niemetaforyczną niech będzie doświadczenie, którego skutki musiałem poczuć na własnej skórze podczas ostatnio transmitowanego meczu piłki nożnej między reprezentacjami narodowymi Holandii i Rosji (podobno już nie sowieckiej). Otóż po powrocie z Wrocławia, gdy z mym asystentem zdrożeni chcieliśmy wypić wieczorny kufelek zimnego piwa i zastanowić się w dialogu nad dziełem, którym raczyliśmy się na widowni Teatru Współczesnego, zmuszeni byliśmy uczestniczyć w fenomenie współczesnej recepcji sportu masowego. Bo Leszno nie tylko tym się charakteryzuje, że mając 70 tysięcy mieszkańców, nie ma ani jednego kina z prawdziwego zdarzenia (ostatnie zamknięto i usiłowano przerobić na świątynię sztuki handlowania detalicznego), za to także nie ma STREFY KIBICA, jak w innych miastach. Bo w Lesznie całe miasto jest strefą kibica, zatem literalnie w każdym ogródku (kiedyś zwano je wiedeńskimi) piwnym na rynku pod ratuszem zainstalowano wielkie ekrany i wielkie głośniki transmitujące w czasie mistrzostw piłkarskich mecze futbolowe, a przy okazjach żużlowych – takież. Nie było dokąd uciekać, bo nasz klub Alicja B. Toklas tego dnia zamknięty (barman uciekł nad jezioro), zatem trzeba było być świadkiem dzikiego entuzjazmu leszczyńskich kibiców, gdy Rosjanie (z holenderskim trenerem) dokopali Holendrom. Rusofobem nie jestem, ale jak żyję, czegoś takiego nie doświadczyłem i nie wiem, jak mam to rozumieć.


W związku z tym, co powyżej – chaos mam w głowie, czego skutkiem w felietonie tym także rządzi chaos, a i puenty doszukiwać się będzie trudno. Może poza tą jedną: czekam na zaproszenie jakiego kuzyna umieszczonego gdzieś 5 tysięcy metrów nad poziomem zero, do jakiegoś zakładu dra Bahrensa, a gdy tam już się znajdę, nie będę trawił czasu na debaty z profesorem Settembrinim, tylko zastanowię się, dlaczego warto zobaczyć ostatnie dzieła Kleczewskiej, Rubina i Kruszczyńskiego. Bez uprzedniego przebijania sobie bębenków we własnych uszach.


Błażej Baraniak, przy współpracy TB


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Masz lerpszego koniecznie. (0)~Paweł Mycka, 2011-02-27 01:28:26

Oj nie czas na Schopenhauera, Manna i Kanta, czy Webera. lepszy dziś ma i sercu bliski, jak bóg On daje ze swej miski. Szanowny Panie Dyrektorze, wszak własne pole asan orzesz i przesadzone Twe dmuchanie, na rzeczy pospolitej granie:) Wyczul swe myśli może bardziej, wsłuchaj się w tłumu myśli harde, Żaden wszak z Ciebie egzorcysta, pospół, to sprawa oczywista. Wszak jesteś wciąż obywatelem, wciąż spadkobiercą PRL'u !

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.