23 września 2019, poniedziałek

Teatr rozmowy

Łukasz Stern

Literatura według Rylskiego

Pół godziny z Eustachym Rylskim.  Zapis z dyktafonu, bez retuszy, ale z pominięciem powitania i słowa wstępnego. Klub Alicji B. Toklas w Lesznie. Późne popołudnie, w roli Eustachego Rylskiego - Eustachy Rylski,  w roli publiczności - 10-cioro ciekawskich.

EUSTACHY RYLSKI: - Ktoś kiedyś mnie zapytał, jakie jest zadanie literatury? Ja powiedziałem, że różnie w różnym wieku sądziłem o tym, ale teraz wydaje mi się, że takim podstawowym, elementarnym celem literatury nie jest tłumaczenie otaczającego nas świata, bo literatury moim zdaniem na to szkoda, bo od tego jest przede wszystkim eseistyka, ale podstawowym i elementarnym obowiązkiem literatury jest walenie łbem w mur tajemnicy istnienia, z nadzieją, że się może go kiedyś rozbije. Że spróbujemy się dowiedzieć, co jest po tamtej stronie. Ja na przykład, nie mam najmniejszych wątpliwości, że słuchając "Requiem" Mozarta odczuwamy taki dreszcz metafizyczny, mamy wrażenie że to jest muzyka nie z tego świata. Można zapytać, jeśli nie z tego to z którego świata? Albo jakiego świata? Nie wiem, ale wiem, że jest to muzyka nie z tego świata i odnoszę takie wrażenia czytając niektóre pozycja literackie. Mam nieodmiennie takie wrażenie czytając niektóre opowiadania Iwaszkiewicza, zresztą są to w pełni opowiadania metafizyczne, to znaczy stworzone trochę poza możliwościami człowieka jak np.: "Panny z wilka", w których pozornie, nic się zresztą specjalnego nie dzieje: ktoś przyjechał, porozmawiał, pospacerował i odjechał. Po przeczytaniu tego opowiadania, to nie jest tylko moje wrażenie, niedawno rozmawiałem o tym z Andrzejem Wajdą właśnie, ma się takie absolutne odczucie przebywania w przestrzeni jakiejś takiej metafizycznej poza naszym światem. I oczywiście, w tych moich próbach literackich, przynajmniej dotychczasowych, tego albo prawie nie było albo było bardzo niewiele, ponieważ to jest takie moje bardzo mocne ograniczenie literackie, ja jestem właściwie autorem fabuł, ja muszę mieć bardzo dobrze skonstruowaną fabułę z takim klasycznym początkiem, środkiem i zakończeniem, żeby móc coś pisać. No, ale bardzo zazdroszczę pisarzom którzy potrafią stworzyć znakomitą literaturę z nastroju tylko, z przeczuć, z jakichś refleksji, z reminiscencji, z niepowiązanych ze sobą wspomnień. To jest właściwie coś, z czym ja się nigdy, przenigdy nie próbowałem nawet mierzyć, ale czego miałbym ochotę spróbować, krótko mówiąc. Ale właściwie jeśli można państwa o coś prosić to prosiłbym raczej o jakieś pytania, bo jak człowiek mówi, to nie wie, czy mówi o tym, co jest interesujące.

Klubowicz, lat dwadzieścia i coś: - No, może ja mam pytanie. Mianowicie, jak widzę starszego autora, to lubię go przeciwstawiać młodszym, no i mam w rękach ostrą broń, ona się nazywa Dorota Masłowska. Otóż Masłowska powiedziała, że nie lubi, że nie che pisać tego, co już zostało napisane. Masłowska wchodzi do grona pisarskiego, ma "Dwoje Rumunów" w kieszeni, ruskie fajki i puszcza pawie, w których brakuje fabuły. No, szczerze, trzeba przyznać, że u Masłowskiej brakuje fabuły, ale pokazuje coś nowego. Co pan myśli na temat takiego pisania, takiego nowatorskiego, pozbawionego fabuły?

Eustachy Rylski: - Generalnie ja za tą młodą literaturą nie przepadam, ale Masłowską uważam za bardzo utalentowaną pisarkę, bardzo. To znaczy uważam, że jej "Paw królowej" jest książką dużo gorszą od jej debiutu. "Wojna polsko-ruska" była lepszą i autentyczniejszą powieścią. Jednak ona niewątpliwie ma talent i ja się zastanawiam, jaka będzie jej trzecia książka, dlatego, że jeżeli będzie w tej samej poetyce, jak "Wojna polsko-ruska" i "Paw królowej", to ona już trochę czytelników, moim zdaniem znudzi. Ale dałby Bóg, żeby chlebem powszednim polskiej młodej literatury byli tacy pisarze jak Masłowska. Ja nie mam żadnego powodu, żeby ją chwalić, poza tym nie jest tajemnicą żadną, że ja o włos przegrałem nagrodę Nike z Masłowską. To znaczy, moja książka i książka Masłowskiej to były dwie najpoważniejsze pozycje do nagrody Nike w tamtym roku. No i przegrałem z nią jednym głosem, targi trwały do końca. Jeżeli już mówimy o tej młodej literaturze, to myślę, ze bardzo zdolnym prozaikiem, jest również pan Witkowski, jeżeli nie mylę nazwiska... tak, pan Witkowski. To znaczy to jest kompletnie obca mi literatura, właściwie dosyć obrzydliwa prawdę powiedziawszy, ale muszę przyznać, że on pisze dobrze. On pisze dobrze. Jeżeli w ogóle można uznać za młodego, bo on, mi się zdaje, jest już po czterdziestce, to kroi nam się wielki poeta, myślę tutaj o Tomaszu Różyckim, który jest znakomity. I właściwie w tej chwili te trzy nazwiska, które jakoś tam się wyróżniają. Nie, no generalnie jeśli pan się mnie pyta, co sądzę o Masłowskiej, to sądzę dobrze. Na podstawie tych dwóch książek sądzę dobrze. No ale czy jest w ogóle coś nowego w literaturze? Po pierwsze literaturę pisze się z literatury, a literatura to jest w ogóle obieg zamknięty, wszystkie nowe rzeczy już były. Poza tym, wie pan, niewątpliwie w technice mamy postęp. To znaczy, że możemy pewne rzeczy zbadać i zmierzyć, na przykład Ford obecny jest lepszy od Forda z lat trzydziestych. Możemy się zastanawiać, czy jest ładniejszy, czy jest estetyczniejszy, ale technicznie to jest lepszy samochód. Natomiast, czy "Requiem" Mozarta jest gorsze od na przykład, nie wiem, symfonii czy poematu Pendereckiego czy Góreckiego, albo czy Honecker jest lepszy od Albinoniego, to trudno powiedzieć. W ogóle, w kulturze, nie ma czegoś takiego jak postęp. Tak jak w nauce jest postęp, w cywilizacji jest postęp, to w kulturze nie ma czegoś takiego jak postęp. W związku z tym, jeśli ktoś mi mówi, że trzeba pisać nowoczesną literaturę, czy postępową, w sensie przynajmniej formalnym, która byłaby jakimś postępem wobec literatury już stworzonej, to uważam to za zawracanie głowy. Ale Masłowska jest zjawiskiem bardzo interesującym. Jeżeli się będzie rozwijać, to wróżę jej dużą przyszłość.

Klubowicz lat dwadzieścia i coś: -Dziękuję.

EUSTACHY RYLSKI
: -Proszę.

Klubowicz, lat 43: - Rok temu pan powiedział, że drugorzędność polskiej literatury bierze się stąd, że, brak jej zaangażowania. I dalej, że wielka literatura musi o coś walczyć. Pan to podtrzymuje?

Eustachy Rylski:- -Podtrzymuję to. Uważam, że literatura, to znaczy wielka literatura, powinna stawać po dobrej stronie. To jest moim zdaniem bardzo ważne. Ja zresztą mówiłem i powtarzam to, że w Polsce pisze się w tej chwili, moim zdaniem, bardzo dobre książki. Jest dużo zdolnych pisarzy i wydaje się dużo świetnych książek. I to zarówno opowiadań, powieści, esejów itd. Natomiast w Polsce bardzo brakuje ważnych książek, właściwie nie ma ważnych książek. Bo dobra książka nie zawsze jest książką ważną. Ja na przykład uważam swoją  książkę "Warunek" za książkę dobrą a może nawet bardzo dobrą, natomiast nie uważam, żeby to była książka ważna. Nie ma takiej powieści, jak na przykład "Przedwiośnie" z okresu międzywojennego. To znaczy powieści, bez której nie byłoby międzywojnia, to znaczy tego dwudziestolecia międzywojennego. Bo ona odcisnęła nieprawdopodobny ślad na tym okresie i była książką niesłychanie ważną, do której Polacy się szalenie odwoływali, co wcale nie znaczy, że była książką wielką czy wybitną. Ona w ogóle, miejscami była wręcz grafomańska, była książką w całej tej części dotyczącej Nawłoci bardzo nieprawdziwą, ale napisaną z tak nieprawdopodobną pasją moralną, że to budziło ogromny szacunek. W ogóle brakuje mi w polskiej literaturze takiej pasji moralnej. Trudno odmówić Pilchowi umiejętności pisania, pisze świetnie. Ale ja bardzo często zastanawiam się nad tym właśnie, o czym on pisze, i ja nie widzę w nim żadnej pasji moralnej, a właściwie nie bardzo wiem o co mu chodzi, ale ja ten zarzut również stawiam sobie i w ogóle całej, współczesnej, polskiej literaturze. Ja podaję zawsze przykład takiego filmu "Obława", który w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat sześćdziesiątych zrobił Arthur Penn, film, który przeorał świadomość Amerykanów i Ameryki. Ja nie wiem, czy to był najlepszy amerykański film jaki wyprodukowano w Stanach Zjednoczonych. Przypominam, to był taki film z Jane Fondą, Robertem Redfordem, Marlonem Brando, ale był to film, w którym Arthur Penn powiedział: wymierzam wam sprawiedliwość, wymierzam sprawiedliwość Amerykanom, pokazuję wam, gdzie powinniście stanąć, gdzie jest dobra strona, gdzie jest zła. Na coś takiego wielu krytyków się bardzo obrusza twierdząc, że literatura nie jest od wymierzania sprawiedliwości. Otóż są czasy, w których literatura nie powinna wymierzać sprawiedliwości i są takie, w których powinna wymierzać. Uważam, że w tej chwili takie czasy mamy, w których nie bardzo wiadomo gdzie jest przód, gdzie tył. To taka literatura jest potrzebna. Ale to wcale nie znaczy, że ja będę próbował się mierzyć z taką literaturą, chociażby dlatego, że żeby w ogóle wymierzać sprawiedliwość w literaturze, trzeba mieć poczucie, takie bezwzględne poczucie własnej nieskazitelności moralnej i etycznej. No ja tego poczucia nie mam. W związku z tym nie czuję się w prawie do wymierzania światu sprawiedliwości. Ale niewątpliwie literatura powinna to robić. Takim wielkim moralistą był Jerzy Kapuściński. On był tym, który wymierzał światu sprawiedliwość. Może dlatego jego książki były takie wielkie, niezależnie od tematu i maestrii wykonania. Takim pisarzem, który wymierzał Francji sprawiedliwość, który krzyczał wręcz "jestem waszym sędzią" był Albert Camus. Szczególnie w "Obcym" i w "Dżumie". Miał taką odwagę, bo to jeszcze trzeba mieć odwagę bycia sędzią czy wymierzania sprawiedliwości. Oczywiście nieszczęściem by było, gdyby każdy prozaik z debiutantami włącznie, uparł się, że będzie sędzią i będzie wymierzał światu sprawiedliwość, ale ci znaczący pisarze nie powinni unikać tego obowiązku. Tak, uważam, że taka literatura jest potrzebna. To się nie może ciągle zdarzać, to nie może być tak, że to każda książka wymierza światu sprawiedliwość, bo to by było nie do zniesienia, ale od czasu do czasu powinny pojawiać się takie książki. Ja we współczesnej polskiej literaturze, może właśnie poza Kapuścińskim, czegoś takiego nie widzę i mam wrażenie, że tego brakuje.

Klubowicz, lat 43: - Ale nagrodę imienia Ptasznika z Wilna pan przyjął?!

Eustachy Rylski: - To znaczy mówi pan o Mackiewiczu, tak? Ja panu powiem, przyjąłem, dlatego, ze niezależnie od losów Mackiewicza i od kontrowersji tej postaci uważam, że był to bardzo wybitny pisarz. Bardzo wybitny pisarz, a w sytuacji, w której on pisał - trzeba pamiętać też o czasie, kiedy on tworzył - wiele racji moralnych stało po jego stronie. To, wie pan, w tej chwili łatwo nam go krytykować czy źle oceniać, ale w czasach, w których on żył... Mogę się nie zgadzać z jego poglądami, ale ja te poglądy rozumiem. To znaczy rozumiem dlaczego miał takie a nie inne poglądy. A poza tym był wybitnym, absolutnie niedocenionym pisarzem. Jego "Kontra" jest jedną z najlepszych książek napisanych w języku polskim, niewątpliwie. I zresztą bardzo mi bliską. Oczywiście jest ta nagroda skrajnie prawicowa. I przyznawana przez, już nie chcę powiedzieć konserwatywne, ale skrajnie prawicowe środowiska.

Klubowicz, lat 29: - Ja jestem ciekaw - wobec tego, co pan powiedział wcześniej - jak pan się czuł wśród finalistów Nike, w takim gronie, z Dorotą Masłowską i Michałem Witkowskim właśnie? Bo jeżeli, na przykład, pańską twórczość można wpisać do pewnego kanonu, chociażby ze względu na gęstość tego języka, dojrzałość i fabułę, to myślę, że Witkowski i Masłowska to są jakby z innego świata autorzy. I ta nagroda sama, która co roku wzbudza kontrowersje, bo tam "ścigają się" i książki i proza i poezja i eseistyka...

Eustachy Rylski: -Tak, tam jest wszystko. Zresztą, ja rozmawiałem na ten temat przez chwilę z Michnikiem i to jest pewien problem tej nagrody, poważny problem. Jest zupełnym absurdem, żeby w jednej konkurencji stawała Szymborska, Witkowski i Masłowska, prawda? Bo w ogóle nie wiadomo jak to mierzyć, a tak na przykład było  przed dwoma laty. Tam do finału doszła Masłowska, Witkowski, Szymborska, Mencel i ja. I to jest tak rozstrzelone, i to są zupełne różne rzeczy. Jak właściwie porównać Szymborską z Masłowską, Witkowskim czy chociażby ze mną. Jest to pewien problem tej nagrody, ale ponieważ jej statut jest taki , że to mają być najważniejsze rzeczy z dziedziny poezji, rozpraw krytyczno-literackich, eseistyki i powieści wydanych w mijającym roku, więc dosyć trudno założyć, że noblistów się z tego wyłącza, ale to jest jakaś trudność. A jak ja się czułem? No, to nie był mój wielki problem. Powiedzmy sobie szczerze, że w życiu miewam większe problemy niż bycie w jednym szeregu, w finale Nike z Masłowską, czy Witkowskim.
Masłowską przeczytałem bardzo dokładnie, obie powieści i Witkowskiego przeglądnąłem. Jeżeli miałbym porównywać tą dwójkę, to ja Masłowską stawiam nieporównanie wyżej, aczkolwiek Witkowskiego też uważam za pisarza bardzo... To znaczy uważam, że Witkowski potrafi pisać, natomiast to co on pisze, jest mi tak obce, że nie jestem w stanie się przez to przedrzeć.

Klubowicz, lat 55: - Powiedział pan taką rzecz, ze pańskim zdaniem kultura się nie zmienia. Czy kultura jest stała, jest jakimś zamkniętym obiegiem?

Eustachy Rylski: - Że nie ma postępu w kulturze, powiedziałem.

Klubowicz, lat 55: - Ale czy nie doszliśmy do takich czasów upadku tej kultury Zachodu, gdzie już właściwie nie ma żadnych stałych wartości, że każda wartość jest jakoś podważona i pisarze co niektórzy z podważania wartości czynią sobie powód do chwały? Czy mamy sytuację kryzysową i czeka nas rewolucja, która zmiecie to wszystko na skalę upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego? Co teraz, co dalej?

Eustachy Rylski: - Jakieś piętnaście, dwadzieścia lat temu ja dałbym rękę, głowę może nie, ale rękę za to, że właściwie nastąpi zmierzch tej literatury, która jest opowiadaniem wymyślonych historii, bo nie w ogóle literatury. Ja widziałem ogromną przyszłość na przykład przed eseistyką, zresztą dalej ją widzę, przed biografiami, przed jakimiś antologiami. Natomiast sądziłem, że już ta literatura, która polega na opowiadaniu zmyślonych historii, czyli krótko mówiąc beletrystyka, się kończy. Tymczasem nic podobnego, mamy właściwie do czynienia szczególnie w Europie i w Ameryce z ogromną recydywą beletrystyki i takich opowieści wymyślonych czy zmyślonych. Więc jeśli chodzi o formę, myślę, że tak długo, jak będzie istnieć ludzkość, tak długo będzie istnieć literatura i w ogóle sztuka. Natomiast jeżeli rzeczywiście zatracimy wszystkie wartości i już właściwie nie będzie wiadomo, gdzie jest przód, gdzie tył, gdzie jest dobro, gdzie jest zło, która strona jest jasna, która strona jest ciemna i tak dalej, to być może, sztuka w ogóle stanie się po prostu, już nie mówię, że indyferentna moralnie, ale po prostu nudna, że to stanie się nudne. Ale nie sądzę żeby tak się zdarzyło.

Klubowicz, lat 33: - A nie odnosi pan wrażenia, że Zachód jest zmęczony po prostu? Nie wie co wymyślić dalej?

Eustachy Rylski: - Ja odnoszę wrażenie, że Zachód jest w ogóle zmęczony. I to się nie odnosi tylko do sztuki, to jest związane ze starością Zachodu i z pewnym wyczerpaniem intelektualnym. Szczególnie, jeśli mówimy o zachodniej Europie. Nie wiem, co potrafi odrodzić Zachód. Bardzo możliwe, że wielokulturowość. Bardzo możliwe, że na przykład zachodnią Europę odrodzi to, czego się w tej chwili najbardziej obawiamy i najbardziej boimy, to znaczy ten bardzo agresywny i ekspansywny Islam, który ją penetruje. Natomiast, wie pan, świat jest tak nieprawdopodobnie nieprzewidywalny, że właściwie trudno coś prorokować. Stosunkowo jest łatwo wiedzieć, jakim torem pójdzie technika, co się wymyśli w zakresie medycyny, astronautyki, komputerów i tak dalej, bo to są procesy dosyć logiczne, jedno wynika z drugiego. Natomiast jak będzie wyglądać cywilizacja za dziesięć lat, trudno powiedzieć, ponieważ elementy, które się na to składają, są szalenie zmienne. Ja na przykład nie wiem, czy w ogóle na cywilizację i na naszą przyszłość nie będą miały wpływu tak trywialne rzeczy, jak bardzo drastyczna zmiana klimatu, z którą mamy niewątpliwie do czynienia. Ale jest coś takiego, jak ogólne wyczerpanie Zachodu, z tym, że myśmy już to przerabiali i jakoś to się odradzało, więc bardzo możliwe, że nie wygląda to tak źle. Wie pan, na przykład w dramaturgii, którą zresztą uprawiał Jarzyna i Warlikowski, była moda na tych tak zwanych brutalistów. Ja tego bardzo nie lubiłem, ale to było bardzo oglądane, bardzo ważne dla młodych ludzi. Była taka, nieżyjąca już pisarka Sarah Kane, bardzo modna, i mam wrażenie, że to się trochę kończy. Ja na przykład, rozmawiam bardzo często z młodymi ludźmi i pytam się, jakie spektakle ich interesują, na co oni chętnie chodzą. No i właśnie, jakieś pięć, sześć lat temu Sara Kane była nieprawdopodobnie oglądana i czczona przez nich i tak dalej. A teraz na przykład niektórzy mówią, że bardzo chętnie obejrzeliby bardzo porządnie i tradycyjnie zrobiony "Wiśniowy sad". Więc bardzo możliwe, że świat tak faluje, od takiego dołu do góry, że właściwie, trudno powiedzieć, że jesteśmy w tym najgorszym momencie, że to już jest ewidentnie zmierzch pewnych wartości. Wie pan, nie czuję się na siłach, żeby panu na to pytanie odpowiedzieć.

Mistrz ceremonii, lat 47: - Bardzo proszę, przedostatnie pytanie.

Klubowicz, lat 43: - To może ja . W "Literaturze", w latach osiemdziesiątych powiedział pan, że Stankiewicza pan pisze, czy napisał, i że skończył pan z którąś tam swoją, kolejną pracą. Chodziło wtedy o bycie wychowawcą w zespole szkół budowlanych? Czy wytrzymałby pan do teraz w szkolnictwie?

Eustachy Rylski: - Byłem rzeczywiście wychowawcą i nauczycielem BHP w zespole szkół budowlanych, a potem miałem przez wiele lat firmę, taką remontującą mieszkania, razem z moim kolegą i to było moje ostatnie zajęcie. Rzeczywiście Stankiewicza napisałem z desperacji trochę, dlatego, że mieliśmy firmę z kolegą, ale nie za bardzo mogłem na niego liczyć. Sam tego nie mogłem prowadzić, poza tym nastał stan wojenny, były ograniczenia w transporcie i były straszliwe kłopoty z materiałami. Zawiesiliśmy tę działalność, ja miałem wtedy 36 lat i sobie pomyślałem, że coś trzeba chyba, do cholery robić, nie mogę siedzieć w domu i patrzeć przez okno. I rzeczywiście, miałem wrażenie, że jeżeli za coś się nie wezmę, to po prostu zwariuję. Pewno, teraz mam 62 lata, to bym sobie pomyślał, Bogu dzięki, mam trochę oszczędności, mogę nic nie robić, będę czytał książki, oglądał telewizję, chodził na spacery z psem i tak dalej. No, ale byłem za młody wtedy na to. I doszedłem do wniosku, że może spróbowałbym pisać. Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, dlatego, że ja pamiętam, że z polskiego byłem marny a wypracowania polskiego mi w ogóle nie szły. Nigdy nie pisałem wierszy, byłem jednym z nielicznych młodych ludzi, który nigdy nie pisał wierszy. Ale przypomniałem sobie taką historię, którą opowiedział mi kiedyś mój dziadek i którą zawsze uważałem za bardzo filmową albo literacką. Otóż mój dziadek mówił, że podczas jednego z bardzo takich arystokratycznych ślubów w Petersburgu spotkał starszego pana, który mu opowiadał, że podczas odbywania praktyki oficerskiej na Kaukazie, w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, spotkał ponad wszelką wątpliwość, w jednej z sotni kozackich dziesiętnika kozackiego, który niewątpliwie zamordował jego ojca podczas powstania styczniowego, i on, jako dziecko był przy tym. I to była bardzo potężna inspiracja do mojej debiutanckiej powieści "Stankiewicz". I pomyślałem sobie, że właściwie mam ręku nieprawdopodobną historię i że mało ludzi może być tak zainspirowanych. No i zacząłem coś tam pisać. Pamiętam, że tego "Stankiewicza" napisałem nawet dosyć szybko, bez żadnych poprawek. Zapytałem się mojego znajomego, co z tym można by zrobić, on powiedział, że zna jakąś redaktorkę w PIWie, zaniosłem to do PIWu, przeczytano to, bardzo szybko do mnie zadzwonił Andrzej Wasilewski, powiedział, że mu się to szalenie podoba i chciałby to wydać. Zapytałem, czy to przejdzie przez cenzurę. On powiedział, że będzie miał kłopoty z cenzurą, ale że to wyda. Pewno, gdyby nie był członkiem KC w tym czasie, to by nie wydał. No bo to nie była powieść, na którą w tych czasach czekano. To był w ogóle rok 1983, no i nie czekano na powieść, w której przedstawiałem bolszewików jako ludzi przesiąkniętych nihilizmem i złem, a białych jako postacie tragiczne. Zresztą w ogóle wszyscy się dziwili, że to przeszło przez cenzurę. Cenzura nie skreśliła ani jednego słowa i ta książka została wydana w 1985 roku, co było dla bardzo wielu zaskoczeniem, że coś takiego mogło się ukazać.

Klubowicz, lat 19: - Skoro to było przedostatnie pytanie, to może załapię się na ostatnie.

Mistrz ceremonii, lat 47: - Ja też miałem nadzieję, ale odstępuję.

Klubowicz, lat 19: - Odnośnie nudy w literaturze. Ja mam takie podejście: jak coś czytam, i to jest zbyt tradycyjne, zbyt porządnym językiem takim klasycznym, edukacyjnym opowiedziane, to ja zasypiam. Przykładowo, jak wziąłem do ręki Mencla, no to straszne...

Eustachy Rylski: - Mówi pan o "Wszystkich językach świata", tak? Tej ostatniej jego książce?

Klubowicz, lat19: - Tak, tak, to strasznie się nudziłem przy tej książce, momentalnie, miałem ochotę, nie wiem… zasypiałem czytając tą książkę. Właściwie, jeśli ja coś czytam, to to musi mnie pobudzać, i ja to widziałem przykładowo u Gombrowicza, u Masłowskiej. Ta literatura musi pobudzać. I jeśli piszemy jakąś książkę, jeśli mamy autora i on pisze książkę, to jaki jest cel tego prawdziwego pisania? Bo jeśli autor napisze książkę, i to jest takie tradycyjne pisanie, zwykłe opowiadanie, czy to ma sens moralizować ludzi czymś takim? Bo jeśli weźmiemy Masłowską – jej "Wojna" powstała w miesiąc i ona to napisała w taki sposób, żeby ludzi oderwać od tego tradycyjnego pisania, no bo literatura współczesna istnieje dwieście lat, powiedzmy, od dziewiętnastego wieku i wszyscy piszą tak samo. Był Gombrowicz, jest Masłowska. Oni próbowali coś nowego. Czy nie lepiej odejść od tego tradycyjnego pisania i spróbować odnajdywać coś nowego, skoro ta stara literatura cały czas jest powtarzana i niemal nas nudzi?

Eustachy Rylski:- To znaczy, wie pan, niech pan mówi za siebie, to znaczy akurat pana nudzi. Wie pan, "Warunek" jest napisany tradycyjnie, mówię o mojej ostatniej powieści, i sprzedało się 50 tysięcy egzemplarzy, co znaczy, że jakieś 350 tysięcy ludzi to przeczytało. No Masłowskiej się akurat tyle nie sprzedało, więc wie pan, to jest czysto indywidualna sprawa. Są ludzie, których z kolei nudzi nieprawdopodobnie Masłowska. To zależy, co kogo interesuje i co kogo nudzi. Ja cały czas uważam, że nie ma czegoś takiego, jak nienowoczesna literatura. Literatura jest opowiadaniem jakichś historii, jak się opowiada, to jest, wie pan, tak jak w filmie. Inaczej opowiada Altmann, inaczej opowiada Ford Coppola, a jeszcze inaczej Tarantino, prawda? To można by zapytać, po jaką cholerę Altmann miał robić filmy czy Coppola, skoro istnieje Tarantino i poszedł o tyle dalej, prawda? Wie pan, jedni chcę oglądać Coppolę inni chcą oglądać Tarantino. To samo jest w literaturze. Myślę, że gdyby napisał jakąś książkę Konwicki, miałby rzeszę czytelników. W tej chwili bardzo często spotykam się z młodymi ludźmi, którzy mówią, że chcą czytać porządnie, dobrze skonstruowaną, tradycyjnie napisaną literaturę. Myślę, że w ogóle dobrze, jeżeli w literaturze są różne książki i różne typy narracji. Natomiast, jeżeli chodzi o Mencla, on miał bardzo dobre recenzje, ta książka była bardzo komplementowa, przetłumaczona chyba na kilka języków. Akurat trudno mi na temat Mencla coś mówić, bo go nie czytałem. Ale wiem, że opinie o tej książce były bardzo dobre. I słyszałem bardzo wiele złych opinii o książce Doroty Masłowskiej, i to wśród młodych ludzi. To nie jest tak, że jest taki podział, ze młodzi ludzie czytają Masłowską, a na przykład ludzie po pięćdziesiątce czytają właśnie Szymborską. To nie jest podział generacyjny. On idzie jak gdyby trochę inaczej.

Mistrz ceremonii: - Proszę państwa, oddałem ostatnie pytanie, czego szczerze żałuję, myślę, że tak jak każda, porządna opowieść, która ma początek i środek i dobre zakończenie, tak i nasze spotkanie też swój koniec mieć powinno. I właśnie do niego dotarliśmy.


KONIEC



   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.