4 kwietnia 2020, sobota

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Ludzie, miasta

„Ludzie, miasta”, korporacja ha!art, Kraków 2008.
400 stronicowa książka jest zbiorem krótkich form stypendystów programu Homines Urbani. Znajdziecie w niej takich pisarzy, jak: Dorota Masłowska, Sylwia Chutnik, Natalka Śniadanko, Ignacy Karpowicz, Michał Witkowski oraz prozę jeszcze paru innych osób. Oto kawałek Ameryki według Doroty Masłowskiej.




NYC

 

(…)

„7 kwietnia 2008

Czy nie poszerzamy pola walki, czy nie jesteśmy dwoma biednymi Polkami mówiącymi po angielsku? Dziś nie czuję się tak świetnie jak zawsze, szczerze mówiąc, obudziłam się z myślą, że zaraz się zajebię. Znowu mam kaca, konsystencję psychologiczną i jednorodność stłuczki szklanej. Psychopatologia przebywania w Nowym Jorku:

- Plamy skórne, wypryski, dziury w skórze (pierwszy tydzień). Woda jest ciepła w obu kurkach, w szklance po nalaniu jest biała i syczy przez dłuższą chwilę. Podobno jest świetna i należy ją pić. Wychodzę z założenia, że musi być dobra na kamień nazębny.

- Jedyny mankament to świerzb.

- Nasilająca się skokowość zmiany nastrojów.

-Alkoholizm, niepokój.

- Chęć rwania włosów z głowy metodą mechaniczną.

- Urojenia. Agresja. Myśli samobójcze, następujące wprost po nich napady euforii i nadmiernej ekspresji.

 

 

Krótka relacja z wczorajszego wieczoru. Pięciolecie CUNY. Średnia wieku: „dzień dobry, mam dziewięćdziesiąt osiem lat”. Konwencja konfekcyjna: chryzantemy, bezy, pistacje, tort, ozdoby choinkowe. Ja w osranym dresie, by zabić poczucie druzgocącego braku korespondencji mojego kodu westymentarnego z kontekstem, podpinam się pod dozownik campari. Wtem na scenę po występach różnych znanych geriatrów wychodzi przedziwna para. Mierzący około dwa i pół metra wzrostu mężczyzna z twarzą „wyszedłem właśnie po sześćdziesięciu latach z więzienia za gwałt i morderstwo, po przypadkowym spaleniu się mojej twarzy w pożarze zostało mi kilka nieznacznych blizn” i zaczyna grać na fortepianie. Akompaniuje mu słowiczym głosem kobieta z fryzurą na kosz wiklinowy, niepierwszej młodości lekko otyła róża herbaciana w naelektryzowanej sukni, jakiej nie powstydziłaby się Alexis Colby na dziesięcioleciu szybu naftowego w Denver. Nie raz, nie dwa potyka się o kabel, gdy schodzi ze sceny, by pieścić dłonie stuletnich mężczyzn na widowni, doprowadzając ich jednak w ten sposób wyłącznie do form bardziej ożywionego półsnu.

 

 

Ja coraz gwałtowniej opróżniam szklanki z campari, ponieważ trudno mi w tych okolicznościach zachować racjonalne myślenie. Wreszcie jest koniec występów i część reception. No więc ja bryluję w towarzystwach, hipnotycznie ściskam dłonie, nie przebierając, czy to Murzyn, czy Chińczyk, powtarzając „how nice, how nice", a w międzyczasie zaszczycam swoją obecnością kolejkę do alkoholi świata, gdy starszy mężczyzna o wyglądzie takim, jak tylko może wyglądać stary bogaty mężczyzna w Ameryce, czyli szlachetna siwizna, dobrze skrojony garnitur, zapach zębów i prenumerata „Twojej Chirurgii Plastycznej”, którego wcześniej widziałam, że wieszała się na nim ta piosenkarka, którą ostatecznie można by nazwać piękną, tylko po co. No więc on prowadzi ją prosto do mnie i mówi: „Siedziałem obok tej dziewczyny, była w transie gdy śpiewałaś” - po czym wpycha ją w moje ramiona i sam umyka świńskim truchtem w kierunku kobiet tak samo pięknych, ale pięknem nie aż tak dojrzałym. Nagle, też nie wiadomo skąd, wyrasta ten pianista, a jego twarz mówi do mnie: „Dzień dobry, mierzę dwieście siedemdziesiąt centymetrów, ważę dwieście czterdzieści kilo i szczycę się tym, a te niewielkie, obejmujące sto procent powierzchni twarzy blizny tylko jeszcze dodają mi uroku”. Ja się patrzę, oczywiście potwierdzam, że byłam w transie podczas występu, bo poniekąd przecież była to odmiana prawdy. No więc kobieta ta szybko otaksowała mnie i mój osrany dres, niebezzasadnie zaklasyfikowała do osób niezbyt wpływowych, spytała mnie skąd pochodzę, sama powiedziała skąd pochodzi (z Oklahomy), spytała, czy wiem gdzie jest Oklahoma, ja powiedziałam, że nie, a ona, nie podejmując dłużej znoju konwersacji, przeprosiła i odeszła w kierunku cateringu. Ja natomiast wpadłam w szpony pianisty, który umiał powiedzieć po polsku: „Masz powodu, by być dumna z ciebie” i wielokrotnie nie starał się tego ukryć.

Ale to jeszcze nie koniec. Nagle ci ludzie znienacka złapali mnie z każdej strony, na usta przywołali najgwałtowniejsze uśmiechy, jakie dane mi było widzieć, niekorelujące z wcześniejszą wykazywaną przez ich twarze ospałością mimiczną, i tak bez udziału mojej woli sfotografowawszy mnie, w pośpiechu oddalili się.

Dalej drogą różnych fluktuacji jednostek ludzkich i ich przemieszczania się drogą losową w przestrzeni sali bankietowej mówiłam coraz więcej po angielsku, poruszałam problem polskiej tożsamości narodowej, posługując się na prawo i lewo słowem identity, które wychynęło z bric-à-bracu mej pamięci nagle jak trup wiosną z rzeki, wkrótce mówiłam już również o tożsamości niemieckiej, łódzkiej Filmówce, szeroko omawiałam swój podziw dla zalet Nowego Jorku, zalety pogody, ogólne zalety świata i życia, a przynajmniej jego właściwości, po czym zostałam wyprowadzona przez Agatę, ale nawet wtedy zachowywałam gotowość do dalszej konwersacji, zabawy i wszystkiego, którą można by wręcz nazwać histerycznym zapałem.

 

 

Tak więc już około dziesiątej tańczyłam na stole w barze Hogs and Heffner. Na stół zostałam wciągnięta przez około dziewiętnastoletnią kelnerkę w samym staniku, której niewinna twarz nie korespondowała, w moim odczuciu, z szorstkością obycia, skłonnością do przemocy fizycznej, basowym głosem i tym, że o każdej pełnej godzinie wskakiwała na bar w butach do stepowania i zaczynała tańczyć taniec symultaniczny z drugą barmanką również w negliżu. Często gęsto też drogą losową znajdowała wśród klientów ofiarę, ściszała muzykę i mówiła przez megafon: „Hej koleżko, co się tak podnieciłeś, nie podniecaj się tak” - deprymując ją i celowo onieśmielając, i w ten sposób czyniąc atmosferę w barze jeszcze bardziej napiętą i utrzymaną w konwencji „orientuj się", nic więc dziwnego, że tańczyłyśmy na tym barze zachęcane do rozbierania się, ale tylko tyle mojego, że bezskutecznie. Był tam też około dziewięćdziesięcioletni staruszek w przebraniu kowboja, który stepował wśród trocin do muzyki motocyklowej, ale z racji wieku robił to w sposób dostojny, dość powolny i kontrowersyjnie rytmiczny, a jeśli jeszcze powiem, że nad barem wisiało coś, co mogę nazwać wyłącznie, jakkolwiek to brzmi, kupą staników wszelkich barw, rozmiarów i stopnia pokrycia brudem, wyglądającą jak wielkie zwisające wielobarwne rzygi, i że niezachęcany przez nikogo zaczął obmacywać mnie smutny i ciastowaty Koreańczyk, to, przyznaj, nie zdziwisz się, że nie powzięłam hardej postawy wylewania na kołnierz, tylko postawę skrajnie przeciwną. W następnym odcinku:

- Żebranie o papierosy po pijaku przez osoby wcześniej epa¬tujące rzucaniem palenia.

- Dalsze tańce na stole.

- Gra w piłkarzyki z głupimi chujami.

- Spotkanie z Gwen Stefani.

- Niemożność uwierzenia w to.

- Wizyta w loży masońskiej.

 

 

 

10 kwietnia 2008

Wizyta w loży masońskiej

Wybraliśmy się do loży masońskiej. Był chłodny i zielony poranek.

Wiatr przywiewał znad rzeki Hudson szarawy opar. Oprowadzał nas malutki, stuletni, przedobry, drżący staruszek Anton pseudonim Hipnotyzer. Mówił przedziwną mieszaniną angielskiego, polskiego (nauczył się w Australii) i czeskiego, a przy tym tak bardzo unikał najlżejszych zmian tembru głosu, że od razu wysunął się na pierwsze miejsce w ogłoszonym nagle nieoficjalnie konkursie „niefarmaceutyczne metody leczenia bezsenności”. O samej loży masońskiej nic nie mogę powiedzieć. Masoni istnieją!

 

Loża masońska jest to budynek swoją skomplikowaną konstrukcją i architektoniczną efemerycznością nasuwający mi skojarzenie z książkami tego znanego pisarza czeskiego imię na F, nazwisko na K, nie mogę sobie teraz przypomnieć. Wydaje mi się, że ten stary Anton, hipnotyzując nas swoimi mętnymi dywagacjami, wprowadzając w trans i wożąc z jednego piętra na inne i otwierając coraz to inne drzwi, za którymi ciągnęły się korytarze prowadzące do innych korytarzy, za którymi dopiero były przedsionki do sal i tak dalej, i tak dalej, mógł mieć w tym jakiś interes.

 

Było tam dużo sal, a każda pomalowana była w inne paski i różne kolorowe rewelacje nie wiadomo po co i dlaczego. Wszędzie stały skórzane fotele, trony, świece; bibeloty, wśród których tak niezwykle trudno było powstrzymać się od skojarzeń: dziewice, noworodki, palenie kotów.

 

Wkrótce do naszej wycieczki dołączyła para przejętych, starszych, niemówiących po angielsku Francuzów. On umiał mówić po angielsku „yes” i „but”. Ale od czego jest język ciała i różne nieartykułowane dźwięki, którymi również można wyrazić najbardziej elementarne uczucia, takie jak podniecenie, brak zajęcia co zrobić z czasem i podjarkę faktem, że się ma aparat cyfrowy.

 

Ciągle ze wszystkich szpar wyłaniały się sprzątaczki i wtedy Anton mówił: „What about the weekend, ha? Was it exciting, ha? Something exciting happened, am I right? But it was not enough, am I right, Nancy, yeah?”. Nigdy żadnego z tych zdań nie opuszczał i zawsze mówił je w tej kolejności. W końcu wszyscy się uściskali i odbywszy z Francuzami rozmowę tak długą, na ile tylko pozwalała ich znajomość stów „yes” i „but”, poszliśmy nad rzekę Hudson oddychać powietrzem, bo ci masoni nas wykończyli.

 

 

 

 

Spotkanie z Gwen Stefani

 

 

 

Wczoraj idziemy wieczorem po wyjściu z tego baru. Ja trochę to słabo pamiętam, bo wypiłam litr campari i siedemnaście piw, więc jakość rejestracji jest VHS. Ale jest tam jakiś dywan, klub, świecą się światła takie jak w teleekspresie, jak pokazują, gdy Madonna wysiada z auta, i idzie Gwen Stefani, a my wrzeszczymy: „Gwen Stefani! Gwen Stefani!”. A nikt się nie przyzna, że jej realne istnienie było dla nas wielkim ciosem. Normalnie, idziemy tego samego dnia, o tej samej godzinie, po tym samym fragmencie chodnika. Wiesz, z Gwen jak to z Gwen, co ci będę mówić. Śpieszyła się. Ale jedno jest pewne: istnieje. Potem oni zostali zwerbowani jako przeciwna drużyna w piłkarzyki przez jakiegoś wymokłego zamroczonego koleżkę zataczającego się wśród rozmnażających się pokątnie między sobą w czasie rzeczywistym Koreanek. Mnie było bardzo przykro, bo nigdy nie umiałam w to grać i nigdy chyba jeszcze, mimo wielu prób, nie udało mi się takim piłkarzykiem musnąć piłki. Więc stoję z boku, myślę o sobie najgorzej i chcę iść do toalety i wydrapać scyzorykiem „chuj”. Ten wymoczek ryczy z uciechy, zaprasza, stawia, wrzuca monety, przelewa, dolewa, odgraża się, że zaraz palimy dżointa, w tym samym momencie przegrywa, zwija, zawija, śpieszy się, jedna Koreanka poszła do kibla, druga wyszła, trzecia szuka chusteczki w torebce i nagle już nikogo nie ma, a my stoimy pośrodku oceanu pustego miejsca i wolnego czasu.

 

 

I w ogóle obudziłam się z poczuciem, że wszyscy są źli, a Amerykanie to chuje. Bardzo tam wszyscy wczoraj byli niemili, nikt się nie uśmiechał i każdy koleś gapił się na ciebie wzrokiem „jak bardzo chcesz, to możesz mi zrobić już tę laskę, co ja mogę", a rozmowa z jednym gościem, od którego brałam ognia, bo spaliłam se jedną fajkę, wyglądała tak:

- Skąd jesteś?

- Z Polski.

- Jesteś Polką?

-Tak.

- Ja też jestem Polakiem (wszystko to mówi z malującym się na twarzy ciepłem i sympatią do całego świata kasjerki na nocnej zmianie w Tesco). Nazywam się Łukowski. Mój dziadek był Polakiem.

- Ojej! To bardzo ciekawe!

-Tak.

- Nie wiesz, kim był, dlaczego tu przyjechał?

-Nie.

- Nie chcesz przyjechać do Polski poszukać swoich korzeni?

- Nie. Po co. To cześć.

A teraz kończę, bo jeśli będę tylko wszystko Ci opisywać, to nic mi się nie przydarzy i tu jebnę jeszcze na koniec kulturowe nawiązanie do map Borgesa i tym podobne.”

(…)



Dorota Masłowska, "NYC", ze zbioru "Ludzie, miasta", korporacja ha!art, Kraków 2008

 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.