21 lipca 2019, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Marcin Muth


Pojawił się Marcin Muth. Nie jest sztuką go zauważyć, ale skandalem by było go przegapić. Jeżeli nie uda wam się wpaść w zachwyt, to proszę się nie przejmować; ostatecznie tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.


 





10. KlubKalifornia

Mogłoby się wydawać, że życie w Poznaniu przełomu milleniów biegło bardzo beztrosko. Przemysł się rozwijał, bezrobocie malało, a na każdym rogu ulicy otwierały się Żabki. Młodzież garnęła się do nauki, przybywało uczelni państwowych i prywatnych. Co tydzień pociągi zwoziły całą tę wesołą ferajnę do miasta, coby się bawiła, dupczyła i nabywała ogłady. Było bardzo wesoło. Tak wesoło, że aż za wesoło. Problemy jednak były.

Największym problemem były ograniczenia przestrzenne. Pomimo furczącego dookoła rozwoju, miasto nadal było europejskim zadupiem. Ciężko było się z niego wyrwać i ciężko było do niego trafić. Poza zjeżdżąjącymi z całej Polski studentami, trafiali tutaj jeszcze goście targowi. To było jednak bardzo nieciekawe towarzystwo. Sami biznesmeni, prawnicy i inne sobiepństwo. Nie ruszali się ze swoich hoteli, czasami jedynie wystawiając nos albo inną część ciała w poszukiwaniu uciech. Nie było z nich żadnego realnego pożytku.

Z miasta trudno było gdziekolwiek dalej wyjechać, bo lotnisko malutkie, a morze tutaj nie docierało. Zostawała kolej, którą jako tako można było osiągnąć Warszawę, Wrocław i Szczecin. Cała reszta była mocno skomplikowana. Już na przykład przejażdżka do nieodległego przecież Berlina wymagała naonczas posiadania dokumentu o szumnej nazwie paszport. Miał on tę zaletę, że jak się go miało, to można było pojechać zagranicę, ale i tę wadę, że jak się coś nie tak za tą granicą zrobiło, to się dostawało Misia. Miś powodował, że można sobie było paszport w dupę wsadzić.

Przestrzeń była cholernie wąska, więc studenci fantasmagorii starali się jak najwięcej podróżować w czasie, jednocześnie rozszerzając granice percepcji. Niektórzy robili to tak skutecznie, że już sami nie wiedzieli gdzie się kóńczy ich percepcja, a zaczyna percepcja kogoś innego. Z tego wynikało wiele nieporozumień między największymi nawet przyjaciółmi. Pomimo bowiem dość otwartych głów i swobodnych obyczajów, byli jednak w większości ludźmi zamkniętymi i zazdrośnie strzegącymi swoich przestrzeni.

Przestrzeń była na wagę złota. Nie każdy bowiem miał paszport, a ci, którzy szczęśiliwie je mieli, nie zawsze mogli z nich korzystać. Przeszkodą był albo brak środków finansowych, albo też administracyjny zakaz przekraczania granicy zwany zdrobniale Misiem. Wszycy za to mogli podróżować po bezmiarach percepcji. Ale, żeby taki bezmiar mieć, trzeba było dysponować nietuzinkową wyobraźnią. Najwybitniejsi fantasmagoryści, żeby wspomnieć Kanta, przez całe życie mogli się nigdzie nie ruszać, a przestrzeń jaką mieli do dyspozycji była nieporównywalna z czymkolwiek.

Studenci fantasmagorii na Akademii Szamarzewskiej dzielili się na trzy grupy. Pierwsi to legaliści, którzy korzystali tylko i wyłącznie z sił własnej wyobraźni podlewanej co najwyżej winkiem lub piwkiem. Drudzy zdecydowanie lansowali środki halucynogenne niedostępne w oficjalnym obiegu, obstając przy twierdzeniu, że im coś bardziej zabronione, tym większego kopa daje. Trzeci to złamane fiuty bez wyobraźni, którym żadne środki nie pomagały w zrozumieniu złożoności świata.

Do pierwszych zaliczał się Władek Łokietek i czasami ktoś jeszcze. Do drugich zaliczali się zdecydowanie Sztuk i Sid, ale starali się trzymać na uboczu, podczas gdy prym wiedli Nygus i Katamaran. Oboje mieli coś w rodzaju ADHD, za co byli powszechnie lubiani. Robili wokół siebie tyle zamieszania, że cała reszta mogła spokojnie jakoś bokiem się przesmyrgnąć. Trzeba bowiem jasno powiedzieć, że większość fantasmagorystów nie lubiła skupiać na sobie uwagi. Wręcz przeciwnie, każde zainteresowanie swoją osobą odbierali jako inwigilację albo wręcz gwałt. Nygus nie miał takich problemów, lubił być w świetle jupiterów i nie owijał niczego w bawełnę.

Ja tam niczego nie będę owijać w bawełnę, mówił, to nie jest robota dla mnie, to robota dla Murzynów. Nygus był znany ze swoich kontrowersyjnych poglądów. Z przekonania był Sarmatą i Konfedaratą. Ale nie Barskim, tylko południowoamerykańskim. To znaczy w wojnie secesyjnej byłby zdecydowanie po tej samej stronie co Patrick Swayze. Jednym z jego ulubionych bohaterów historycznych był Kazimierz Pułaski. Nawet próbował tłumaczyć kolegom, że jeden z jego przodków zmienił nazwisko na Nygus tylko i wyłącznie dlatego, aby uniknąć prześladowań ze strony uwolnionych murzyńskich niewolników. Większości nie przekonał, ale osiągnął tyle, że większość uznała go za wariata i mitomana. Mniejszość uznał, że jest Teksańczykiem i unikała z nim na wszelki wypadek kontaktów.

Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, Nygus cieszył się sporym poparciem zarówno Łokietka jak i Gustaffsona. Redaktorzy „Bibuły“, którzy tak wysoko windowali wymagania moralne, wyraźnie stosowali taryfę ulgową wobec Nygusa. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, jak wiele mu zawdzięczali. Nygus bowiem nie dzielił świata według poglądów, ale po prostu na białych i czarnych. Czarni mieli pracować, a biali mieli grać w Heroes of Might & Magic. Łokietek i Gustaffson choć nie zgadzali się ze stosowaniem kryterium etnicznego, to jednak nie potrfili sobie odmówić partyjki. Za każdym razem jednak, gdy tylko przekraczali próg mieszkania Nygusa, zaczynali mu myć głowę na temat równouprawnienia ras, płci, narodów i gatunków. Macie nasrane w głowach, ale was lubię – powtarzał zawsze Nygus i włączał jeden ze swoich podrasowanych kompów.

Drugim filarem silnej pozycji Nygusa, poza dość interesownym wsparciem Łokietka i Gustaffsona, był właśnie Klub Kalifornia. Sam go wymyślił, założył i rozpropagował. Wymyślił też postać Bosmana Szkwała, który miał niby pływać na statkach po całym świecie i zewsząd przysyłać Nygusowi trawę. Pierwszą porcję o wadze 100 gramów przysłał z Kalifornii. Wtedy to właśnie Nygus wpadł w euforię, jakiej jeszcze nie tylko Akademia Szamarzewska, ale i stary jak Polska piastowski Poznań nie widział. Biegał po całych Jeżycach i zapraszał wszystkich ludzi, którzy mu kogokolwiek znajomego przypominali, na schizownię w Strzeszynie, gdzie miała się odbyć wielka Kalifornikacja. Po kilku godzinach takiego biegania, za Nygusem szła już spora grupa zdecydowanych na wszystko synów Jeżyc i cór Koryntu. Wszycy w jednym celu.

Na szczęście wtedy Nygus spotkał Katamaran, która nerwowo paliła fajka na stacji benzynowej przy Żeromskiego. Katamaran chwyciła bezceremonialnie Nygusa za rękaw i powiedziała bez ogródek.
- Nygus, masz palenie, bo odpierdolę?
- No ba!? – w charakterystyczny dla siebie sposób potwierdził rozpromieniony Nygus, po czym wyjął ze swojej jaskrawo żółtej kurtki spory worek marihuany.
- Jamajka, men! – zawołała rozradowana Katamaran, nie zwracając uwagi na policjantów zbliżających się do niej w celu zgaszenia papierosa, który siał niebezpieczeństwo w pobliżu stacji beznyznowej.
- Kalifornia, siostro, Kalifornia! – wypiszczał szczęśliwy jak dziecko Nygus, który zawsze zaczynał piszczeć gdy wpadał w euforię, a wpadał w nią bardzo często, co sprawiało, że brzmiał przez większość czasu dość groteskowo, bo miał chyba dwa metry wzrostu, a głos niczym Farinnelli, co znowu nie było przypadkiem, gdyż przynależał on jeszcze kilka lat temu do słynnego chóru Kurczewskiego, który naonczas był już w rękach słynnego skądinąd Krollopa Wojciecha. Nygus nigdy nie opowiadał, co tam przeżył, a koledzy taktownie nie pytali, choć wiedzieli, że coś przeżyć musiał, a to co przeżyć musiał, musiało z kolei odcisnąć swoje piętno tu i ówdzie, z naciskiem na ówdzie.
- Dokumenty, proszę. – powiedział nie znoszącym sprzeciwu głosem policjant, który właśnie doczłapał do Katamaran i Nygusa.
- Czego chcesz, faszysto, kobietę uderzysz – Katamaran wiedziała, że najlepszą obroną jest atak, więc po prostu zaczęła energicznie wymachiwać rękami przed twarzą stróża prawa, podczas gdy bystry Nygus upychał w ciasnych dżinsach cały swój towar, a towarzyszący mu przyjaciele z Jeżyc zaczęli buczeć i tupać w celu przestraszenia policjantów.
- Rozejść się! – krzyknął drugi policjant, który wyglądał nieco groźniej, bo miał czarne okulary, jakby był z Ameryki.

Na normalnym osiedlu może by go posłuchano, ale Jeżyce to nie było normalne osiedle. To była dzielnia z tradycjami. Tu były trzy może cztery świętości, a wśród nich nie było policji. Był Papież Polak, był Kolejorz, był alkohol i był ewentualnie hip-hop. Cała reszta, nie wyłączając porządku prawnego, reżimu politycznego oraz klimatu była względna. Cała reszta zależała tylko i wyłącznie od woli mieszkańców. Biedni policjanci, którzy przytuptali z willowych Ogrodów, nie mieli pojęcia w co się wdali. Co prawda stacja należała jeszcze do ich rewiru, ale przez aktywną działalnóść Nygusa oraz przypadkową obecność Katamaran została zaanektowana na rzecz Jeżyc poprzez zasiedzenie a właściwie zastanie. 

Wypierdalać! – krzyknął na całą chrypę Góral, któremu kiedyś płuco na siłce pękło, bo za daleko ze sterydami pojechał, i od tego czasu jest wyjątkowo cięty nie tylko na pedałów i policjantów, ale także sprzedajnych farmaceutów, którzy za drobną łapówkę przepiszą każdą ilość wszystkiego i nawet nie ostrzegą, że płuco może pęc bez ostrzeżenia. Góral już zdołał wyrwać z chodnika płytkę i cisnąć ją w stronę gliniarzy. Nygus tylko na to czekał. Chwycił Katamaran z całej siły za ramię i pociągnął za sobą. Dziewczyna zdołała jeszcze zamachnąć się dużą indiańską torbą i zdzielić w łeb jednego z tych niebieskich fagasów. Drugi cudem uchylił się przed lecącą ze sporą prędkością płytką chodnikową, a że należał do tych co łatwo nie odpuszczają już trzymał w ręku krótkofalówkę, przez którą wzywał posiłki z całej dzielnicy.

Zanim jednak ktokolwiek przyszedł z odsieczą Góral rozwinął natarcie. Patrol został zepchnięty do głębokiej defensywy. Ostrzeliwując się z broni służbowej w powietrze, zabarykadowali się w sklepiku stacyjnym, między batonikami a płynami do spryskiwaczy. Napastnicy tymczasem chwycili za nalewaki i rozpoczęli kanonadę w kierunku wejścia. Policjanci zmuszeni byli zabarykadować wejście lodówką z coca-colą. Wzmocnili swoje szeregi osbługą stacji i zrobili sobie kawę oraz hot-dogi, ostrzeliwując się cały czas z broni służbowej. Z mandatu za palenie raczej nici, skonstatował ten, który pierwszy zaczepił Katamaran. Jeszcze ich dorwiemy, odparł przez zaciśnięte zęby drugi, który nigdy nie odpuszczał, a nazywał się Kaczmarek.

Pełną epą wpadły na skrzyżowanie trzy nowiutkie radiowozy wiozące Kaczmarków z całego Poznania. Trzeba bowiem wiedzieć, że z Kaczmarkami się w Poznaniu nie zadziera. Jest tu ich od cholery i jeszcze trochę, więc jak jednemu nastąpicie na odcisk, to możecie być pewni, że stu innych wam nadepnie. Oblężony na stacji benzynowej młodszy aspirant Kaczmarek mógł liczyć na wsparcie innych Kaczmarków i liczył i się nie przeliczył. Przyjechali i otoczyli całe to jeżyckie towarzystwo gęstym kordonem. Góral, widząc co się święci, szybko wyjął z kieszeni najnowszą powieść Małgorzaty Musierowicz i podreptał, jakby nigdy nic, w kierunku Ogrodu Botanicznego. Ci, którzy lali jak głupi benzynę na stację, dostali w ryja pałami i się uspokoili. Młodszy aspirant Kaczmarek został uwolniony. Za hot-dogi nikt nie zapłacił.

Nygus z Katamaran siedzieli już w tym czasie spokojnie na stadionie Olimpii, klubu sportowego niegdyś milicyjnego, potem mafijnego, a na koniec ochroniarskiego. Mogli tam się czuć bezpiecznie, bo nad wszystkim czuwali ludzie, którzy znali się na bezpieczeństwie i narkotykach jak nikt inni. W najlepszych czasach miejsce to było pięknym kamuflażem raczkującego partnerstwa publiczno-prywatnego pod przewodem generałów milicji i prezesów firm polonijnych. Najpierw wyglądało to tak, że sponsorem drużyny piłkarskiej był pan, który kleił jakieś plastikowe pudełka, a prezesem klubu komendant główny policji ledwo przemalowanej z milicji. Na murawie szalał Brzęczek z Okońskim, a w gabinetach się biznesmeni zrzucali na lodówkę dla komendanta. Potem się okazało, że w tym wszystkim jeszcze jakieś narkotyki były. Że podobno jakiś szmugiel przez Polskę szedł na zachód. Wtedy jednak nikomu to do głowy nie przyszło. Zawracanie głowy, powiedział Nygus, tamci nas gonią za palenie fajek na stacji benzynowej, a tu ich dowódcy wałki z mafią kleili, a może dalej kleją. Jak tu szanować prawo. Kiedyś to by się takich cwaniaków na pal wbiło. Targowica!

- Daj no lepiej Nygusku staficzku– powiedziała czule na to wszystko mało zainteresowana niuansami Katamaran – życie za krótkie jest, żeby się przejmować.
- Masz – wyraźnie zdegustowany Nygus podał jej lufkę nabitą po brzeg jeszcze zielonym zielskiem.
- Ładnie pachnie – pochwaliła substancję Katamaran – będzie z tego radość.
- Zaprosiłem dziś wszystkich na schizownię, przyjdziesz? – zapytał Nygus, który ponad wszystko cenił gościnność.
- Wysoki jak brzoza, głupi jak koza – aż podskoczyła zdegustowana Katamaran – chcesz się tym dzielić z całą dzielnią?
- To moi bracia, krew z krwi...
- Pojebało cię? Za mało tego dla tych troglodytów. To jest dawka dla intelektualistów. Weźmiemy ekipę z Szamarzewka i pójdziemy do mnie.
- Ale co ja powiem kolegom? – rozłożył ręce Nygus, który przeżywał konflikt sumienia, nie wiedząc czy zachować wierność klasową czy plemienną.
- Olej ich – powiedziała rzeczowo, jak na kobiętę przystało, Katamaran – wszystkich nie zadowolisz, wiem co mówię – po czym wzięła macha i uklękła na indiańskiej torebce przed Nygusem.

Katamaran była młodą kobietą, która dobrze wiedziała, czego chce i nie robiła z tego ceregieli. Rozpięła swoimi delikatymi dłońmi spodnie Nygusa, po czym z dużą wprawą zaczęła pieścić jego centralny układ nerwowy. Dobrze wiedziała, że z Nygusem można wszystko, tylko trzeba ustami. Kiedy mózg Nygusa był już bardzo twardy wprawnym ruchem wyswobodziła go z żółtych slipek i włożyła do buzi. Trudno opisać, co czuł wtedy Nygus. W każdym razie podjął decyzję, że zrobi tak, jak mówiła Katamaran. Podzieli się Kalifornią tylko z fantasmagorystami, a na dzielni opowie, że gliny mu zabrały cały stuff. Argumenty koleżanki były nie do odparcia. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Myśli goniły jedna za drugą. Głowa Katamaran poruszała się rytmicznie, a język umiejętnie trafiał w czułe punkty twardogłowego Nygusa.

Na to wszystko z lasu wyszedł Góral. Zatopiony w lekturze nawet nie zauważył, jak obszedł cały Ogród Botaniczny, wychodząc od strony przejścia pod torami do Jeziora Rusałka i dalej tunelem do obiektów Olimpii na Golęcinie. Góral uwielbiał bowiem prozę Małgorzaty Musierowicz. To jedyna wybitna pisarka z Poznania, powtarzał kolegom na siłce. Kiedy protestowali, wymieniając jeszcze Kazimierę Iłłakowiczównę, która również była ziomem z Jeżyc, oponował, twierdząc nie bez racji, że pani Kazimiera to jednak zdecydowanie literatura kresowa. Musicie sobie zdać sprawę, że Poznań to właściwie niemieckie miasto i ma więcej wspólnego z Monachium niż z Wilnem, pouczał kolegów wyciskając kolejne kilogramy. My myślimy i działamy inaczej. Musierowicz ma to we krwi. Ona jest jedną z nas. Nikt nie śmiał oponować Góralowi. Wszyscy wiedzieli, że jak się wkurwi, to mu może ostatnie płuco pęc, Iłłakowiczównę czytali po kątach.

Zaczytany Góral pewnie by nie zauważył swoich lepiej wykształconych przyjaciół, gdyby nie to, że Nygus z właściwym sobie zaangażowaniem zaczął głośno jęczęć.A że głos miał jak dzwon, to i drepczący żużlowym torem Góral go usłyszał. Spojrzał w górę na koronę stadionu i się rubasznie roześmiał, klapiąc rękoma w uda z takim impetem, że mu najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz wypadła na żużel. Zakochana para – Jacek i Barbara! Wykrzyknął jak dziecko jednopłucy osiłek z Jeżyc na cały swój chrapliwy głos. Faktycznie, kolorowa głowa Katamaran między długimi i chudymi nogami Nygusa mogła z boku wyglądać nawet zabawnie. Zwłaszcza dla kogoś, kto przaśnym obejściem i wulgarnym dowcipem maskował wrodzoną wrażliwość.

Założyciele Klubu Kalifornia nie od razu spostrzegli Górala. W momencie, kiedy wykrzyknął zaczepkę, Nygus właśnie pozbywał się reszty wątpliwości co do tego, z kim się podzielić cenną przesyłką od Szkwała. Katamaran właśnie poczuła jak duże to były wątpliwości. Czując, że to decydujący moment wtuliła się mocno w nogi Nygusa i odchyliła nieco głowę w tył, nie wypuszczając jednak z ust inicjatywy. Nygus zanurzył dłonie w gęstych falach włosów Katamaran i przytulił jej głowę jeszcze bliżej, wyrzucając jednocześnie z siebie wszystkie argumenty. Dziewczyna przełknęła je wszystkie, choć nie było to łatwe i natychmiast ryknęła w stronę Górala. Odwaliło Ci, kurwa, tej!? Chcesz, żebym się udusiła!?
CDN.

 

rys.Anka Cięciel


 

Pisanie Marcina Mutha możecie znaleźć tutaj:

 

http://warzywo.blogspot.com/2010/03/klub-kalifornia.html

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.