15 listopada 2018, czwartek

Malarze

Gabriela Ułanowska

Mariusz Kałdowski (zobacz galerię)

Żyję wśród angielskich ogrodów, starych zabudowań niesamowitego miasteczka z ulubionymi restauracyjkami i sklepikami z antykami. Codziennie mijam życzliwych mi ludzi. Czy to jest eden? Są chwile trudne, ale skupiam się na tych dobrych. Stworzyłem sobie świat, w którym nie ma podziału na sztukę i niesztukę. Gdy przez okna pracowni widzę jak światło pada na kwiaty rododendronów, na róże, to wiem, że patrzę na nieprzemijające arcydzieło natury.


Gabriela Ułanowska: – Pana dziadek był muzykiem, ojciec muzykiem i historykiem. W Chełmnie, w cieniu gotyckich kościołów, przy dźwiękach muzyki organowej, w zabytkowych salach renesansowego ratusza dorastał chłopak, który w liceum założył kabaret, samodzielnie wytapiał ołowiane kule do wykonywanych przez siebie kopii starej broni, w stanie wojennym ostentacyjnie chodził w wojskowym szynelu i właściwie powinien zostać..... muzykiem.

Mariusz Kałkowski: - I jeszcze trzeba dodać, że na okrągło słuchałem muzyki klasycznej. Do teraz mam wielkie poczucie niespełnienia, że nie gram na żadnym instrumencie. Ojciec w dzieciństwie uczył mnie grać na pianinie, bardzo się starał, ale poza tym, że do dziś umiem czytać nuty, zagram w wigilię kolędy, to niczego nie udało mi się osiągnąć w tej dziedzinie. Muzyka jednak inspirowała wiele z moich obrazów i tworzę ją na swój sposób na płótnie.

A otoczka inności w szkole wyrosła z młodzieńczej fantazji i chęci zaznaczenia, że myśli się niekoniecznie tak samo, jak cała reszta. Ponadto, w tamtych szarych czasach nie trudno było się wyróżnić.

Czy pamięta Pan kiedy podświadome dążenie do sztuki przeobraziło się w świadomą decyzję, aby wziąć do ręki pędzel i stanąć przed zagadkową szarością płótna?

- To nie była kwestia jednego momentu. Od maleńkości, opowiadając różne historie, podpierałem się rysunkami. Potem przyszła fascynacja historią i wojskowością, a to też wymagało rysowania - detali zbroi , koni i wszystkiego, czego wtedy nie można było znaleźć w książkach. W szkole średniej malowałem karykatury, chodziłem na kółko plastyczne. To czas spotkań z ciekawymi ludźmi i narodzin niezwykłych przyjaźni. Jednocześnie rozwijała się moja wrażliwość. Pojawiła się fascynacja literaturą, klasyczną filozofią i sztuką . To wszystko sprawiło, że rysowanie przestało być tylko zabawą. Stawało się powoli sposobem na życie.

Przeglądałam ostatnio Pana pierwsze prace: oleje, rysunki, grafiki. Zaskoczyła mnie ich ciemna, pesymistyczna kolorystyka. Nawet z Pana autoportretu patrzą smutne oczy, a pełne grozy i mroku grafiki wręcz ocierają się o turpizm. Skąd w młodym człowieku tyle bólu i smutku?

- Wiele się na to złożyło. Na pewno czasy, w których dorastałem, klimaty mojego rodzinnego miasta. Ale przede wszystkim chyba literatura i sztuka, która mnie wtedy fascynowała.

Z przyjaciółmi czytaliśmy Kafkę, Bruno Schulza, Witkacego. To mieszało się z podziwem dla Wyspiańskiego i Muncha, a historia życia Dagny Przybyszewskiej wydawała się taka niezwykła. To takie boleści młodej egzystencji. Także nocne dyskusje podczas spacerów na stary cmentarz. Narysowałem nawet naturalnej wielkości swój autoportret w trumnie.

Myślę, że wielu robiło podobnie i to nie odbiegało od normy. Gdy teraz widzę mojego syna, który jeszcze rok temu interesował się ruchem młodzieżowym zwanym Gothic, to odnajduję w nim siebie sprzed lat. Najistotniejsze jest jednak to, że wychowywaliśmy się w smutnych czasach. Sztuka polska, którą się otaczaliśmy: Matejko, Grottger, Malczewski, Linke przepełniona jest martyrologią i smutną narodową historią. Akurat w tej kwestii do dziś niewiele się zmieniło - polska sztuka jest ciągle martyrologiczna w sensie narodowym, ale i czysto ludzkim, nie potrafi się pięknie cieszyć. Najlepiej ilustruje to popularność twórczości Beksińskiego.

W tych pierwszych teczkach jest również mnóstwo świetnych rysunków. To oczywiste – tak przyszły artysta kształtuje swój warsztat. Ale jeszcze przed studiami pojawiły się piękne , lekkie rysunki piórkiem – portrety i pejzaże. Niezwykłe twarze rysowane pointystycznie i skomponowane z łąką lub ogrodem. Skąd pomysł na taką technikę i kompozycję jeszcze przed rozpoczęciem edukacji artystycznej?

- Widzę, że dokładnie przejrzała Pani moje stare teczki. Rzeczywiście pojawiają się w nich fajne rysunki. Oglądałem coraz więcej albumów ze sztuką. W małym prowincjonalnym Chełmnie kontakt ze sztuką światową miałem tylko dzięki książkom i albumom. Pamiętam, jakim przeżyciem było dla mnie spotkanie z dziełami impresjonistów, oczywiście w radzieckim albumie. Poza tym na piękno przyrody uwrażliwił mnie ojciec. A na piękno natury w ogóle - oczywiście kobiety, wtedy jeszcze dziewczyny, które nagle zacząłem zauważać.

Byłem pracoholikiem, zostało mi to do teraz. Wszystko co było godne uwagi nanosiłem na papier lub płótno. Połykałem książki o sztuce. Dużo kopiowałem wielkich mistrzów. Rysowałem, malowałem na okrągło i eksperymentowałem z różnymi technikami. Myślę, że od tamtych czasów tkwiła we mnie podświadoma potrzeba ukazywania piękna jasnego i pełnego ciepła, która nieśmiało próbowała przebić się przez to, jak wtedy pojmowałem sztukę. Uważałem, że ta prawdziwa powinna być poważna i mroczna. To, co tworzę teraz jest właśnie takie jasne i pozytywne. To kwintesencja piękna przeze mnie odczuwanego.

I w końcu decyzja o podjęciu studiów na ASP. Pana przyjaciel ze szkolnej ławki, również artysta malarz, wybrał Toruń. Pan postanowił studiować w Krakowie. Decyzja odważna i chyba bezkompromisowa.

- Przyjaciel mojego ojca i "przyszywany" wujek, słynny wirtuoz organów - Joachim Grubich przekonywał mnie, żebym zdawał do Krakowa. Tłumaczył, że jak już spadać to z wysokiego konia. Pewnego dnia, jeszcze przed maturą wrzucił moją teczkę do samochodu, obok siebie posadził przerażonego kandydata na artystę i pojechaliśmy do Krakowa. Złożyłem papiery na ASP. To dzięki niemu tam się znalazłem. Czy to było bezkompromisowa decyzja? Nie wiem, gdyż byłem tak przestraszony, że kiedy zdałem te egzaminy i w końcu otrzymałem dyplom, ciągle myślałem o tym, jak o pomyłce. Ja z takiej prowincji - to mógł być tylko przypadek. Tak sobie w głowę wbiłem wielkość krakowskiej akademii.

Prestiżowa ASP, Kraków- miasto wielkich malarzy, miasto Kantora i Piwnicy Pod Baranami. Czy studia ukształtowały Pana jako artystę i pozwoliły dojrzeć emocjonalnie i intelektualnie?

- Okres studiów to czas kiedy musiałem przewartościować mój cały system myślenia o posłannictwie sztuki i nauczyć się profesjonalizmu. Moje przekonanie o wyjątkowości i misji sztuki zderzyło się z codziennością szkoły. Uczyłem się warsztatu, nie było już rozmów o tym najistotniejszym przesłaniu, które tkwi w każdym wysiłku twórczym. Wtedy myślałem, że nikogo to nie obchodzi, nie mówiło się o tym. Było to takie dziwne rozdwojenie. Rozmowy z profesorami o niczym albo o technicznych zagadnieniach. Pustka. Ale potem stawałem na wystawach przed obrazami tych samych profesorów i tam odnajdowałem to, czego szukałem. Przeczuwałem, że proces twórczy to nie tylko technika, kompozycja i małpia umiejętność oddawania rzeczywistości.

To, czego szukałem znalazłem na spotkaniach z ludźmi teatru. Przede wszystkim z Inką Dowalasz. Dla niej technika była oczywistością, którą trzeba mieć i umiejętnie wykorzystywać. Ale najistotniejsze dla naszego artystycznego rozwoju jest to, co kryje się pod tą techniką. To, czym dzieło emanuje i jak oddziałuje na ludzi. Sztuka jest nośnikiem emocji, kluczem do ludzkich serc…

Po dyplomie zamieszkał Pan w Krakowie i rozpoczął trudną tzw. artystyczną karierę. Pobyt w tym mieście umożliwił Panu poznanie wielu wspaniałych ludzi, między innymi księdza Józefa Tischnera. Portretował go Pan wielokrotnie.

- Księdza Profesora poznałem właśnie przez Inkę. Było to u niej w domu. Inka powiedziała , że jestem malarzem, a ja chwyciłem szkicownik i zrobiłem dwa rysunki. Chyba się spodobały Księdzu, bo pojawiła się propozycja namalowania portretu. Na drugie, już umówione spotkanie przyniosłem trzy lub cztery kartony z olejnymi portretami i szkice piórkiem. Profesor zabrał je wszystkie. Nie wiem co się z nimi stało, może trafiły do Łopusznej.

W sumie namalowałem kilka jego portretów, te pierwsze u Inki, a potem już u mnie w domu, do którego Profesor zachodził na herbatkę i ulubioną szarlotkę.

Jeden z tych portretów należy do cyklu "Velis Passis" złożonego z 30 portretów wybitnych Polaków: Pendereckiego, Lutosławskiego, Zanussiego, Kapuścińskiego... Poprosił Pan o pozowanie ludzi niezwykłych, którzy wywarli wpływ na rozwój Pana osobowości. Jak pisze Inka Dowlasz "założenia tego cyklu sięgają w głąb psychicznych przeobrażeń artysty, który postanowił zmierzyć się z własnymi ograniczeniami w sensie rzemieślniczym i psychologicznym". Jak i dlaczego narodziła się idea namalowania portretów tych, którzy "rozpostarli skrzydła"?

- Portret zawsze był dla mnie najważniejszym nośnikiem emocji i filozofii. To taki kondensat ogromu osobowości na małym kawałku płótna. Komunikujemy się przecież głównie poprzez twarz, szczególnie oczy. I te elementy stały się dla mnie najważniejszym przekaźnikiem , mówiąc górnolotnie, prawdy o ludzkiej egzystencji. Tworząc portret konkretnej osoby muszę sprowadzić to na ziemię, do realiów.

Aktor gra całym ciałem, ale gdy reżyser chce pokazać coś wyjątkowego to kamera robi najazd na samą twarz. To samo robimy na co dzień. Podczas rozmowy o pogodzie rozglądamy się dookoła siebie, rozmawiając o istotnych sprawach wpatrujemy się w oczy i twarz rozmówcy. Chciałem, aby moje portrety były właśnie takie.

Jeszcze na uczelni malując znudzone twarze modelek wiedziałem, że to nie o to chodzi. Pragnąłem malować ludzi wyjątkowych, wyjątkowych wewnętrzną siłą i osobowością. I tak kilka lat po studiach w gronie moich znajomych poznałem parę osób, których działania wywarły znaczny wpływ na rozwój mojej osobowości. Byłem wtedy na początku drogi określania siebie, swojej twórczości . Szukałem odpowiedzi na pytanie jak to jest potem, kiedy już się wie czego chcemy w życiu. I na pytania najistotniejsze: skąd przychodzimy, dokąd idziemy, kim jesteśmy….

Malując pierwsze portrety tych wielkich ludzi, nie myślałem o wystawie, ale podczas rozmów z Inką powoli kształtował się pomysł całego cyklu . Wtedy przestałem traktować te obrazy jako oddzielne byty i zacząłem tworzyć całość, która miała stać się dla mnie czymś niezwykle ważnym. Nie mogliśmy znaleźć tytułu. W końcu pojawiło się Velis Passis - to Inka gdzieś wyszukała takie łacińskie sformułowanie. Bardzo mi się spodobało, gdyż oddawało to, co ja chciałem przekazać. Wtedy zacząłem proponować spotkania i pozowanie tym ludziom, którzy z powodu swoich osiągnięć byli dla mnie autorytetami, a ja zawsze chciałem się z nimi spotkać twarzą w twarz.

Ryszard Kapuściński we wstępie do katalogu wystawy "Velis Passis" w krakowskim Pałacu Sztuki podkreśla "jedność kolorystyczną obrazów, doskonale uchwyconą równowagę, harmonię i współbrzmienie barw". Dopatruje się wpływu impresjonizmu, ale wzbogaconego o ruch, oddający pośpiech i olbrzymie tempo życia współczesnego człowieka. Kaja Danczowska po obejrzeniu swojego portretu podziękowała za to, że "mogła sobie pierwszy raz spojrzeć prosto w oczy". A czym dziś, po tylu latach jest "Velis Passis" ?

- Kiedy rok temu pokazywaliśmy ponownie tę wystawę, Leszek Długosz - jeden z portretowanych - powiedział, że dopiero teraz zrozumiał te portrety i w pełni może się nimi zachwycić. Potrzebował na to aż jedenastu lat dystansu…

Na poziomie faktów jest to kolekcja portretów ważnych dla Polski ludzi z okresu transformacji w drugiej połowie XX wieku. Niektórzy już niestety odeszli na zawsze, więc ten historyczny aspekt cyklu ma coraz większe znaczenie.

A dla mnie…. Najważniejsze było to, że spotkałem niezwykłych ludzi – autorytety mojego dojrzewania i mogłem z nimi spędzić trochę czasu, mogłem bezkarnie przyglądać się ich oczom i temu, co w nich było. To były wspaniałe chwile. Czy dzięki temu odnalazłem odpowiedzi na dręczące mnie pytania? Teraz po latach wiem, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Ponadto wykrystalizowała się wtedy moja indywidualna technika malowania portretu. Zygmunt Korus z galerii w Chorzowie nazwał ją oksymoroniczną. Jerzy Prokopiuk w tych obrazach dopatrzył się "pejzaży duszy“, bo to są twarze w dużym powiększeniu, malowane dynamicznie, dużym pędzlem, odważne kolorystycznie i zbliżone do ekspresjonistycznego pejzażu.

Pamiętam jak skończyliśmy wieszać te portrety na pierwszy pokaz wystawy w Pałacu Sztuki w Krakowie. Kiedy wszystko było już uprzątnięte przeszedłem się samotnie po salach i wtedy pojawiła się natarczywa myśl – humanizm – zdefiniowany przeze mnie jako człwieczeństwo o trzydziestu twarzach. Dostrzegł to również Ryszard Kapuściński, który napisał: " jest jeszcze jedna cecha malarstwa Kałdowskiego, jakże ważna, której wartość trudno określić w zbyt fomalistycznym języku współczesnej krytyki artystycznej – to humanizm“.

Krótko po wystawie Velis Passis wyjechał Pan do Anglii.....

- Tak, to był dziwny i szalony okres w moim życiu. Z uśpionego i refleksyjnego Krakowa przeniosłem się do kipieli zwanej Londynem. Pojechałem, aby zrobić jedną, dwie wystawy, a zostałem na stałe. Koszmar trudności pierwszych lat rekompensował mój wrodzony optymizm i wiara, że to ma sens i musi się udać.

Nagle zetknąłem się z mieszanką kultur, mieszanką wszystkiego. Tam każda dziedzina życia ma tysiące kulturowych wersji i odcieni, czasami tak skrajnych, że pojawia się obawa przed pogrążeniem się świata w chaosie. Człowiek traci punkt odniesienia, który wyniósł z rodzimej kultury, ale zyskuje dystans i szacunek dla odrębności.

Krótko po przyjeździe namalowałem 40 portretów polskich emigrantów wojennych i powojennych. Spotkałem się wtedy z wielką życzliwością i wsparciem. Pomagał mi szczególnie Juliusz Englert – kronikarz tejże emigracji. Także prezydent Kaczorowski, premier Szczepanik, których oczywiście sportretowałem. Teraz ta kolekcja wisi w muzeum w Bydgoszczy.

Po tym mocno polskim przedsięwzięciu otworzyłem się na ten świat tutaj. Codzienny kontakt z największymi arcydziełami sztuki i brutalna szarość egzystencji finansowo-bytowej przenosiły się na poszukiwania artystyczne.

Zacząłem myśleć o dużym projekcie podsumowującym moje refleksje nad życiem. Powstawały obrazy, które miały być swoistym szkicem do dużego dzieła. Długo nosiłem w sobie pomysł tryptyku: "Karma, Ecstasy, Harmony". Pierwszy obraz pokazuje to, z czym przychodzimy na świat, drugi – najbardziej witalny i fizyczny aspekt naszego życia, zaś trzeci – koniec walki, pogodzenie się , przejście do innego świata. Dwie pierwsze części namalowałem wcześniej, o trzeciej wiedziałem tyle, że bazą dla niej będą moje kontakty emocjonalne i filozoficzne z Józefem Tischnerem. Chciałem uchwycić to, czym emanował. Twarz Profesora, jaką pamiętałem była dla mnie nośnikiem treści "Harmony". Kiedy szukałem zdjęć, dostałem od Inki wiadomość, że Profesor nie żyje. Przysłała mi również wycinki z gazet i fotografie. Nie chciałem namalować portretu, w którym podobieństwo fizyczne jest najważniejsze. To miało być moje wyobrażenie o człowieku i pokazanie jego niezwykłego wnętrza. Kiedy wystawiłem ten obraz w Anglii, został odebrany jako portret człowieka, który odchodzi pogodzony z wszechświatem. Anglicy, którym nazwisko "Tischner" niewiele mówiło, dostrzegli w tym obrazie akceptację śmierci – naturalnego i świadomego końca naszej egzystencji.

Obecnie portret znajduje się w PWST w Krakowie – tam, gdzie wykładał Profesor.

Obraz "Harmony" to nie tylko swoiste pożegnanie z wielkim filozofem, ale również nowatorskie połączenie technik malarskich. To efekt ciągłego poszukiwania nowych środków wyrazu artystycznego. Portret jest dla Pana próbą pokazania prawdy o człowieku i wielokrotnie podlegał w Pana malarstwie warsztatowym przeobrażeniom. Czy mógłby Pan wyjaśnić istotę tych poszukiwań?

- Dla mnie sztuka jest zapisem tego, co dzieje się w mojej głowie i w sercu. Dwadzieścia lat temu, dziesięć lat temu malowałem portrety inaczej. Ale to nie forma jest tak ważna. Ważne jest to, co ja myślę o człowieku. Każdy obraz jest portretem danej osoby, ale także moim. To, co czuję, to w jakim momencie życia się znajduję, gdzie jestem, to wszystko odbija się w twarzy portretowanego. Żeby portret miał w sobie siłę, szukam w sobie tych elementów, które pasują do osobowości pozującej osoby. Jest to dialog z portretowanym prowadzony przez pryzmat mojego doświadczenia. Malując "Harmony" wymieszałem dwie techniki. To było malowanie i rysowanie. Akryl – kolor oraz kontrastowa technika - tusz i piórko, czyli czerń. Kolor miękki i przestrzenny przeciwstawiał się ostrości pociągnięć piórka, które były organiczne, intymne jak szkice robione dla siebie. Od pewnego już czasu stosowałem tę mieszankę, ale w tym portrecie znalazłem pełną harmonię i współbrzmienie technik z tematem, treścią filozoficzną i emocjonalną. Wiedziałem, że Profesor nie żyje, ale moja pamięć jego witalności i siły pozwoliła zaakceptować tę śmierć, tak jak on ją akceptował, jednocześnie czyniła go ciągle żywym.

Podczas malowania portretu prowadzę cały czas wewnętrzny dialog z samym sobą i z osobą, którą maluję. To są najważniejsze i najbardziej intymne momenty. Zapis tego dialogu pozostaje na płótnie, ale - co istotniejsze - pozostaje we mnie. Malowanie portretu w tak dużej skali jest bardzo złożonym i skomplikowanym procesem. W sensie mentalnym i technicznym.

Doszliśmy w naszej rozmowie do bardzo ważnego punktu, którym jest odpowiedź na pytanie dlaczego ja ciągle trzymam się tradycyjnego malowania, a nie realizuję na przykład nowoczesnych i modnych teraz instalacji. Instalacje powstają na zasadzie impulsu, są zapisem chwili, często artysta jest pomysłodawcą, a ktoś inny ten pomysł realizuje. Sama realizacja staje się zabiegiem czysto technicznym.

W tradycyjnym podejściu do sztuki mamy wielogodzinny proces szlifowania formy dzieła. Są to godziny, w których głowa artysty, jego serce, emocje, intuicja współpracują, współgrają. Nie możemy odejść, aż poczujemy, że obraz jest skończony. Ten długi proces tworzenia zmienia nas jako ludzi. I to uważam za istotę twórczości. Zapis tej drogi pozostaje na płótnie czy kawałku papieru - w twarzy, pejzażu czy nagim ciele aktu.

Malując swoje obrazy słucha Pan muzyki i szuka w niej natchnienia. Powiedział Pan , że gdy "obrazy idą w świat, muzyka pozostaje w pracowni". Ale na pewnym etapie swojej drogi twórczej postanowił Pan otworzyć drzwi pracowni i pozwolił z niej odejść muzyce i obrazowi. Tak powstało niezwykłe , inspirowane koncertem Vivaldiego dzieło "Cztery pory roku. Cztery pory życia". Co skłoniło Pana do namalowania tego 22-metrowego płótna?

- Jak już wspominałem, w pewnym momencie zacząłem myśleć o czymś dużym. Dużym nie tylko w sensie wielkości, ale i ważności tematu, czymś co podsumowałoby moje doświadczenia życiowe i artystyczne. Przez wiele lat szukałem formy na przedstawienie tego co myślę o życiu, dojrzewaniu, ojcostwie, miłości, starzeniu się i śmierci. W końcu zaczęło się to krystalizować w wizję jednego obrazu. Chciałem, żeby to było jak wejście do świątyni w której człowiek staje się częścią misterium opowiedzianego na obrazach. Zapragnąłem zatrzymać na płótnie to moje uczucie, które ogarnia mnie, gdy wchodzę do gotyckiej katedry i widzę mówiące kolorami witraże w ogromnej przestrzeni wypełnionej muzyką organów. To przejmujące uczucie postanowiłem odtworzyć dla widzów wchodzących w mój obraz.

Wiele lat wcześniej robiłem scenografię do spektaklu, w którym reżyser Tomek Obara wykorzystał "Cztery pory roku" Viavaldiego. Zapamiętałem muzyczną próbę nocną w teatrze, kiedy nagle usłyszałem piękno tego utworu. Siedzieliśmy sami w środku widowni. Było to wyjątkowe przeżycie. Pozostało we mnie już na zawsze.

I postanowiłem do tego wrócić. To był długi proces. W efekcie powstał szkic w skali 1:10. Zacząłem szukać galerii , sponsorów. Ale było ciężko. Realizacja pomysłu odwlekała się. Więc malowałem różne wariacje pomysłu i szkice obrazu. Wtedy też powstał wspomniany już tryptyk "Karma", "Ecstasy", " Harmony" oraz cykl obrazów "Ludzie są jak ogrody". Któregoś dnia nie wytrzymałem i zabrałem się do pracy. Ze względów technicznych musiałem malować ten obraz w częściach. Trwało to rok. Rok słuchania Vivaldiego, przenoszenia szkiców we właściwej skali na płótno i tego wszystkiego, co było we mnie.

Chciałem, aby ten obraz był mną i Vivaldim. "Cztery pory roku" przestały być dla mnie tylko pięknym utworem ilustrującym zmieniającą się przyrodę. Odnalazłem w nim prawdę o życiu, także moim. Dlatego tak ważne jest pokazywanie tego obrazu z muzyką, która wykonywana na żywo pogłębia odbiór jeszcze o siłę emocji grających muzyków. Pokaz taki staje się swego rodzaju spektaklem. Pisałem o tym we wstępie do katalogu: "czas oglądania i obcowania z obrazem jest jak film, drama. Jest początek i jest koniec. Jest przestrzeń kolorów, jest przestrzeń myśli, przestrzeń muzyki. To wszystko razem powoduje, że powstaje nowa jakość, obraz zaczyna żyć."

Obraz ten pierwszy raz pokazywany był w 2001r. w Walii, potem w Londynie i Preston. W Polsce od pierwszej prezentacji w toruńskim Dworze Artusa towarzyszy mu koncert orkiestry Amadeus pod dyrekcją Agnieszki Duczmal. To właśnie ta orkiestra domalowała muzyką do Pana dzieła niezamierzony początkowo podtekst. W programie koncertu znalazły się oprócz Vivaldiego "Cztery pory roku w Buesnos Aires" A. Piazzolli.

Kiedy słuchał Pan tego utworu w Toruniu i patrzył na swój obraz , powiedział Pan, że dziś namalowałby Pan plastyczną interpretację do muzyki tego argentyńskiego kompozytora. Dlaczego?

- Piazzolla jest oczywiście bardziej współczesny, nieprzewidywalny, zaskakujący. Gdy malowałem ten obraz bardzo ważna była liniowość utworu i chronologia opisywanej przeze mnie historii. Ale minęło już parę lat. Zmieniłem się, inaczej patrzę na pewne sytuacje życiowe. Nauczyłem się spontanicznie śmiać i cieszyć się chwilą. Tę impulsywność i zaskakujące kontrasty, zwroty napięcia, dynamikę świata znajduję u Piazzolli. Dlatego dziś to on byłby dla mnie inspiracją. Teraz najważniejsza jest dla mnie jakość wykonania muzyki. Dzięki Agnieszce Duczmal i orkiestrze Amadeus można naprawdę usłyszeć obraz i zobaczyć muzykę.

Zanim namalował pan "Cztery pory roku. Cztery pory życia" powstał cykl obrazów – kompozycji "Ludzie są jak ogrody". Malowanie ogrodów i parków to kolejny etap Pana drogi twórczej. Bo "ogrody są jak ludzie, podlegają czasowi, są bezbronne wobec niszczących je warunków, są piękne i kruche, zmienne i stałe..." Wydaje się , że malując ogrody szuka Pan w nich odbicia egzystencjalnych zmagań człowieka. Czy to rzeczywiście kolejna próba zbadania tajemnicy bytu i zagadki natury, by pokazać zagubionego w świecie człowieka czy może komercyjna odpowiedź na potrzeby angielskiego odbiorcy sztuki, który bardzo chętnie kupuje Pana obrazy?

- Kiedy malowałem cykl "Ludzie są jak ogrody" zacierałem granice pomiędzy człowiekiem - jego twarzą, ciałem - a ogrodem przyrody. Szukając odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące sensu naszego życia, zawsze docieramy do problemu istnienia Boga. Są ludzie, którzy jego istnienia doszukują się w drugim człowieku, inni odnajdują go w naturze. Mój dziadek zrywając jabłko z drzewa, brał je do ręki i mówił: "Spójrz, jaki Bóg jest wielki i doskonały". Dla mnie świat jest jednością, odbieram go jako boski byt zwielokrotniony.

Będąc studentem, malowanie pejzaży traktowałem jako plenerowe wakacyjne malowanki. Nie czułem żadnych zobowiązań wobec pejzażu. Przy "Velis Passis" zacząłem mieszać ludzką twarz z pejzażem. Ona ciągle była twarzą, ale rozpływała się w przestrzeni. Pejzaż nadal stanowił uzupełnienie, był ważnym, ale drugoplanowym bohaterem. W "Czterech porach roku" był już partnerem, ale ciągle podporządkowanym logice ludzkiego życia.

Pewnego dnia zaproponowano mi namalowanie cyklu portretów najstarszych i najpiękniejszych ogrodów północnej Walii. Podczas malowania tego cyklu otworzyły mi się oczy na głębię i piękno pejzażu. Znalazłem wtedy własny język opowiadania o przyrodzie i uczuciach z nią związanych.

Potem manager z Regent’s Park w Londynie namówił mnie, abym namalował cykl widoków parku i Primrose Hill na wystawę z okazji rocznicy powstania tego słynnego miejsca.

I tak zaczęła się moja wielka przygoda z malowaniem tego, co zawsze w jakiś sposób mnie wzruszało, a czego nie potrafiłem przenieść na płótno przez wiele lat. Wreszcie mi się to udało. W Anglii spotkałem ludzi, dla których ogrody i parki są sensem życia. Teraz to rozumiem jeszcze lepiej, bo sam mam ogród, który kocham. Kiedyś malowanie róż uważałem za najbardziej infantylną i ogłupiającą pracę plastyczną. Dziś, gdy namalowałem dziesiątki obrazów z kwiatami, za niektóre dostałem nagrody, wiem, że to zależy ode mnie jak je pokażę, by nie stały się przysłowiowym kiczem. Teraz już naprawdę wiem, że "ludzie są jak ogrody, ogrody są jak ludzie". Ten komentarz do mojej wystawy wymyśliłem wiele lat temu, ale dopiero dziś go rozumiem. Ludzie, którzy kupują moje ogrody, pejzaże mówią, że zatrzymują na płótnie piękno i dają im radość życia. Czy można usłyszeć coś wspanialszego? Czuję się potrzebny. To odpowiedź na pytanie o komercyjność mojej sztuki.

Udziela Pan również lekcji malarstwa, dawniej prowadził także warsztaty. Kiedy byłam w Londynie zabrał mnie Pan do Regen’s Parku i pozwolił popatrzeć na to, jak wygląda taka plenerowa lekcja. Brały w niej udział trzy kobiety z Arabii Saudyjskiej. Ubrane w tradycyjne stroje, ale w czapeczkach z daszkiem od Gucciego , żeby nie opalić sobie twarzy, zjawiły się w towarzystwie kierowców i służących , którzy przynieśli im sztalugi. Siedziałam na ławce i przyglądałam się jak pracują. Podchodzili do nich zaciekawieni przechodnie: elegancki Murzyn z synem na spacerze, Izraelczyk w jarmułce pchający przed sobą wózek z chorą żoną, spocona biegająca po parku Angielka..... Patrzyli , a nietypowe uczennice uśmiechem odpowiadały na to życzliwe zainteresowanie. Pomyślałam: jacy różni ludzie, odmienne kultury, religie i taka zwyczajna, spokojna bliskość.... Do tego uzmysłowiłam sobie, że to wszystko dzieje się na lekcji w Londynie, prowadzonej przez polskiego artystę-katolika. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie. A jak to uczenie wygląda z Pana perspektywy?

- To był krótki, ale bardzo ważny epizod w moim życiu. Wiele lat myślałem, że muszę żyć ze sztuki, bo uczenie w szkole to byłaby porażka. Potem, gdy już do czegoś doszedłem pojawiła się potrzeba dzielenia się doświadczeniem.

Gdy robiłem wystawy w Regent’s Parku jako Artist in Residence, wiele osób pytało mnie czy mogą zapisać się na lekcje. Spróbowałem, zapomniałem o starych uprzedzeniach i zorganizowałem parę workshopów. Ważne dla mnie było również to, że musiałem prowadzić zajęcia w języku angielskim. Publiczne przemawianie w tym języku było dla mnie nie do pomyślenia. Udało się i nawet to polubiłem. Spotykałem tam ciekawych ludzi, rozmawiałem z nimi i coś im od siebie dawałem. Obcowanie z tą nieprzewidywalną mieszanką osobowości przychodzących na zajęcia doprowadziło mnie do refleksji: obojętnie, z jakiej kultury jesteśmy mamy taką samą wrażliwość na piękno. To tkwi w naszej ludzkiej naturze.

Teraz mieszkam pod Londynem, więc zrezygnowałem z lekcji. Ponadto w tym uczeniu pojawiło się to, co musiało – rutyna. A ja bardzo nie lubię tego słowa.

Patrzę na Pana obraz "Sunrise in Park". Czuję światło, mam świadomość, że to ulotna chwila piękna zatrzymana na płótnie. Ten obraz pozwala na chwilę uwierzyć, że na ziemi można odnaleźć "raj utracony". Czy Pan go odnalazł?

- Raj, to między innymi kraina wiecznej szczęśliwości. A ja jestem szczęśliwy. Maluję prawie codziennie, czasami wiele godzin. Mieszkam w małej miejscowości w Kencie. Mam cudowną żonę, która pracuje w Scotland Yardzie i także maluje. Zaczęła ostatnio wystawiać. Świetnie się rozumiemy. Mam wspaniałego i otwartego na świat 15-letniego syna z pierwszego małżeństwa. Dom, który urządzamy pięknymi przedmiotami jest naszym gniazdem. Żyję wśród angielskich ogrodów, starych zabudowań niesamowitego miasteczka z ulubionymi restauracyjkami i sklepikami z antykami. Codziennie mijam życzliwych mi ludzi. Zwiedzam świat, zawsze o tym marzyłem....Czy to jest eden? Są chwile trudne, ale skupiam się na tych dobrych. Stworzyłem sobie świat, w którym nie ma podziału na sztukę i niesztukę. Gdy przez okna pracowni widzę jak światło pada na kwiaty rododendronów, na róże na pergoli, to wiem, że patrzę na nieprzemijające arcydzieło natury. To piękno czuję od urodzenia, doświadczam go i mówię o nim kolorami na moich obrazach.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

ten wywiad jest czarujacy jak dzisiejszy dzien! (0)~urszula , 2013-07-16 14:56:08

wyjatkowo mily i madry czlowiek, utalentowany ,delikatny i czuly artysta, obu mu sie wiodlo jak najlepiej, a on sam wciaz sie doskonalil duchowo i artystycznie!

ten wywiad jest czarujacy jak dzisiejszy dzien! (0)~urszula , 2013-07-16 14:56:09

wyjatkowo mily i madry czlowiek, utalentowany ,delikatny i czuly artysta, obu mu sie wiodlo jak najlepiej, a on sam wciaz sie doskonalil duchowo i artystycznie!

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.