20 sierpnia 2019, wtorek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Redakcja

Marsz Polonia

 

Siódmego maja (2008 roku) w Poznaniu, w Centrum Kultury Zamek, Jerzy Pilch odczytał fragment swojej najnowszej książki. I chociaż do sali na sto osób, wpakowało się trzystu słuchaczy, to przecież dla wszystkich zainteresowanych miejsc i tak nie starczyło. Fragment jest na tyle uroczy, że dla tych, którzy się dopchać nie zdołali, zdecydowaliśmy się go wydrukować. Klick!!!


                                                      

                                                                  XXII

     W naszym zajętym mrówczą pracą i nieskorym do uciech domu zawsze się pamiętało o jubilatach, ale też zawsze się im mówiło: wszystkiego dobrego, zdrowia, przede wszystkim zdrowia, bo jak jest zdrowie, to będzie wszystko inne; błogosławieństwa Bożego, bo bez tego niczego nie ma; tak, tak: przede wszystkim zdrowia i błogosławieństwa Bożego. Pięknie, pięknie, że masz, Jeremiaszu, Tobiaszu, Tymoteuszu urodziny, wszystkiego dobrego, zdrowia i błogosławieństwa Bożego, wybacz, że na razie tylko życzenia bez prezentów, bez tortu, bez uroczystego obiadu, ale widzisz, ile roboty, wszyscy zagonieni, kiedyś - jak będzie trochę wolniej - to tak odprawimy twoje, Mario, Heleno, Anno, urodziny, tak odprawimy, że ho, ho!


A na prezent, daruj, musisz trochę poczekać: jeszcze niegotowy.


Całymi latami wszyscy członkowie naszej rodziny szykowali wzajem dla siebie jakieś zupełnie ekstra, na specjalne zamówienia obstalowywane prezenty, nigdy jednak ich tajemniczość nie została zdradzona, nigdy nie zmaterializowała się ich niewidzialność. Wszyscy zawsze pamiętali o prezentach i wszyscy zawsze mieli tyle roboty, i tak byli zagonieni, że choć intencje mieli najszczersze i najserdeczniejsze - stać ich było jedynie na obietnicę prezentu. Obiecanki cacanki. Z jednym - aż za dobrze przeze mnie zapamiętanym - wyjątkiem.


Raz jeden było mi dane ujrzeć zapowiedź daru; zapowiedź tylko, ale zapowiedź widzialną. Opowiem pokrótce historię sprzed czterdziestu pięciu lat. Jeszcze zdążę.


Dzień mych siódmych urodzin zapowiadał się - jak dziś - piękny i upalny. Ledwo otworzyłem oczy, jęli przy moim łóżku pojawiać się kolejni domownicy. Wszyscy mieli uroczyste miny i puste ręce (jedna babka przychodziła z bukietem gladioli, wówczas pogłębiało to pustkę); wszyscy zgodnie życzyli mi zdrowia i błogosławieństwa Bożego i wszyscy zapewniali, że jak będzie trochę wolniej, to wyprawią mi takie urodziny, że ho, ho! Na prezent, mówili, musisz trochę poczekać: jeszcze niegotowy.


Na końcu rytualnego korowodu winszowników wślizgnął się do pokoju stryj Tobiasz - jak zwykle z roztargnionym wyrazem twarzy, jak zwykle w wymiętym białym garniturze, jak zwykle spowity aurą perfum i spirytualiów.


- Wszystkiego najlepszego, czcigodny jubilacie - stryj przysiadł na brzegu łóżka - przede wszystkim zdrowia: byczej wątroby i jasnego umysłu. Niechaj ciało twoje będzie zdrowe, a dusza błogosławiona. Oto jest, widzisz, pewien przedmiot - miękkimi ruchami jął przeszukiwać kieszenie - który pragnę ci ofiarować.


Czy muszę w tym miejscu opisywać moje reakcje? Przedstawiać, jak zdrętwiałem, zamarłem, zastygłem? Dawać frazę o rozstępujących się niebiosach nad dachem i chórach anielskich za oknami? Nie muszę. Nie muszę i nie powinienem, albowiem bym skłamał. Nie muszę i nie powinienem, albowiem to, co działo się ze mną, było nie do opisania. Nawet jakbym powiedział, że nigdy potem nie miałem takiego zachwytu - nic bym nie powiedział.


Stryj Tobiasz flegmatycznie, pozornie bezowocnie, ale z nieubłaganą pewnością, że co się ma znaleźć - zostanie znalezione, przeszukiwał zakamarki ubrania i w końcu powiedział: jest. I z ulgą, jaką niesie nieustanne pokonywanie materii świata, westchnął, i wydobył zza pazuchy znaleziony skarb.


Wciąż nie wiedziałem i wciąż nie widziałem, jaki to klejnot, bo cały się mieścił i cały był skryty w zaciśniętej w pięść dłoni (a dodać trzeba, że pięść stryja nie była pięścią atlety-boksera, była to raczej drobna, biała pięść kobiety, może nawet dziecka). Tym większe było moje osłupienie, gdy ujrzałem, jakie w tych miękkościach kryją się ostrza. Na rozpostartej tuż pod moim nosem delikatnej, kruchej dłoni spoczywał miniaturowy scyzoryk, najpiękniejszy nóż świata, sztylet sztyletów, klinga kling.


Ująłem w palce ten cud i ważyłem go w dłoniach, i badałem, i otwierałem ostrze po ostrzu, i odczuwałem tę pełną niesłychanej radości ulgę, jakiej miałem doznawać w wiele lat później, gdy bez wiary i ze sceptycyzmem brałem się do obmacywania niepozornych i spowitych we wzmagające ich gabaryty zawoje glis, glis - chudzin; i nagle z ekscytacją odkrywałem pod zawojami mocne i intensywne biusty - zaprawdę, powiadam wam, nie ma większej radości niż odkryć biust w kobiecie, której o biust się nie podejrzewa - tak i teraz, tak i wtedy: nożyk-zabawka nie był w istocie zabawką, był mocny, ciężki, z gęstej stali uczyniony, był pełnym i dojrzałym ciałem, był twardą i jędrną tkanką, był sztyletem, dłutem i toporem; jego ostrzami będę czynił - w sumie nie wiadomo co - wszystko: ciął, strugał, rzeźbił, żłobił; a raczej nic nim nie będę czynił, nawet nie będę go na dwór zabierał, będę go trzymał w specjalnym pudełku po indonezyjskiej herbacie, czasem będę go wyjmował, będę na niego patrzył tak jak się patrzy na drogocenny klejnot, będę go pielęgnował, przecierał flanelą, maścił oliwą. Będę go miał.


- Będziesz miał taki scyzoryk - usłyszałem głos stryja Tobiasza - specjalnie na twoje urodziny obstalowałem identyczny, a nawet z dwoma dodatkowymi jeszcze bajerami. Zobaczysz jakimi. Spodoba ci się - zaręczam. Miał już być, dokładnie na wczoraj. Niestety, jeszcze niegotowy. Wszyscy tacy zagonieni, na nic, dosłownie na nic czasu nie ma.


Stryj zasępił się, zamilkł, machinalnie wyjął scyzoryk z moich zesztywniałych w stężeniu pośmiertnym palców, odruchowo zatrzasnął dwa jeszcze otwarte ostrza, i jakby miał do czynienia nie z przedmiotem przedmiotów, ale, z dajmy na to, pudełkiem zapałek, wrzucił go do rozciągniętej i pewnie dziurawej kieszeni marynarki, i tą samą ręką - w liniach życia i przeznaczenia musiał zostać choć atom przepadłego na wieki metalu - przejechał po moich włosach; rozpaczliwie ziewnął, wstał i wyszedł.

 

 

Jerzy Pilch, „Marsz Polonia”, wydawnictwo „Świat Książki”, Warszawa 2008, seria „Nowa Proza Polska” stron – 200, cena – 32,90 zł

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.