20 czerwca 2019, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Maciej Dobosiewicz

Maseratti

- Buty - puknąłem się w czoło. - Zostawiliśmy tam buty.
- Ja nie wracam - powiedział stanowczo Seba.
Opowiadanie "Maserati" pochodzi  ze zbioru "Opowiadania na dobranoc".

grafika: Andrzej Bobrowski


 




- Lubię jak prowadzisz - mówi Seba, kładąc mi rękę na udzie.

- Ja też to lubię - odpowiadam mu.


Przeszkadza mi ta ręka, ale postanowiłem mu tego tym razem nie mówić. I tak jestem ostatnio zbyt opryskliwy dla Seby. To przez pracę.

 
Trudno, ale ze wszystkich przyjemności na świecie najbardziej lubię jazdę samochodem. I nic, także wypielęgnowana rączka Seby nie powinna tego zakłócać. Nawet ona, mimo niepodważalnych zasług. Niewątpliwych zalet. Jazda samochodem, to przyjemność, którą lubię smakować sam. Bez dodatkowych podniet. Całe lata samotnego dzieciństwa bawiłem się w ten sam sposób. Najpierw błagałem ojca, żeby dał mi kluczyki do samochodu, a potem siadałem do środka, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, że odjeżdżam gdzieś daleko. W tych podróżach ważniejsze od krajobrazów były sprawy techniczne. Najmocniej skupiałem się na technice jazdy. Zmiana biegów, hamowanie silnikiem podczas jazdy z góry, przyjemnie łaskoczące w brzuch przyspieszenie, gdy naciskałem gaz do końca. Obserwowałem ojca, jak prowadzi naszego dużego fiata, a potem wykorzystywałem tę wiedzę do moich samotnych podróży. A kiedy odwiedził nas wujek mercedesem, słynną beczką i przekonałem się, ile przyjemności może przynieść prowadzenie wielkiego auta, które płynie drogą jak krążownik, zupełnie zwariowałem na punkcie samochodów. Ojciec nie chciał się zgodzić, żebym spędzał w facie całe dnie, a wsiadałem do niego zaraz po szkole i wychodziłem dopiero wieczorem na kolację. Najpierw kupił mi rower, mając nadzieję, że to mnie odciągnie od przesiadywania za kierownicą, a potem, gdy zorientował się, że to nie pomogło, po prostu zabronił mi całej zabawy. No to jeździłem, siedząc na fotelu i naciskając wymyślone pedały. Na początku próbował z tym walczyć, ale potem dał sobie spokój. Jak zawsze. Żadnej wytrwałości. Żadnej konsekwencji. Mięczak. Jednak przeżywał, to było widać. Tak naprawdę odetchnął dopiero, gdy zdałem do dobrego liceum, a nie poszedłem do technikum samochodowego, jak sobie ubzdurał, że zrobię. Idiota. Nie zamierzałem zostać robolem i krzywić sobie kręgosłup cały dzień za kierownicą jakiegoś żuka, czy stara. Bo takie wtedy auta wchodziły w grę. I wejście mercedesa czy scani na nasz rynek niczego tu nie zmieniło. Pracuję dla pieniędzy, dużych pieniędzy. Jeżdżę dla przyjemności. Dlatego kupiłem Maserati. A ojciec zabił siebie i mamę, wylatując z oblodzonego zakrętu w wigilię Wszystkich Świętych. Nigdy niczego nie umiał robić porządnie i do końca.


Zakręt. Redukuję bieg, silnik wchodzi na wyższe obroty. Nie powiem, że w każdym ostrym zakręcie, ale jednak dość często zastanawiam się, co myślał ojciec, gdy czuł, że już wylatuje z drogi i idzie na nieuniknione spotkanie sośnie. Co czuł? Czy przypomniał sobie moje słowa, które powtarzałem mu do znudzenia: “Redukuj bieg przed, nie hamuj w środku zakrętu, bo kiedyś wylecisz z drogi, jak rzygi z pijanego na karuzeli”. Trudno. Dzisiaj jedziemy do rodziców Seby.


Migałem się jak mogłem, ale dłużej się już naprawdę nie dało. Matka nauczycielka, ojciec rencista. Ona uczy polskiego, on był kierownikiem działu w fabryce produkującej części rowerowe.  Na rencie od dziesięciu lat, od czasu wypadku, gdy urwał się ruchomy element jakiejś tokarki czy frezarki i przeleciawszy całą halę oraz oszczędzając całą zmianę roboli, trafił go prosto w potylicę. Ciekawe, czy zobaczył słynne świeczki przed oczami. W każdym razie po tym fatalnym uderzeniu i kilku operacjach trochę się zmienił. Z przeciętnego polskiego męża, umiarkowanie pijącego i umiarkowanie upierdliwego, od czasu do czasy wyręczającego żonę od pewnych obowiązków domowych, stał się wiecznie mendzącym tyranem, tropiącym wszędzie Żydów i pedałów. Biedny Seba. Miał wtedy lat trzynaście i dopiero ledwie zaczynał rozumieć, co się z nim dzieje. Jego matka też. Pewnie nie było mu zbyt łatwo z tym domowym fuhrerkiem.


- Denerwujesz się?


Seba docenia. Seba jest troskliwy. Seba wie, że nie miałem na to ochoty i że trochę popchnął mnie do tego przyjazdu. Teraz ma lekkie wyrzuty sumienia - w końcu szantażowanie szlabanem na łóżko to trochę ponad jego siły. Każda głupia baba w tym kraju to stosuje i nie ma z tym żadnych problemów. Uczy się tego od matki, my wszystkiego musimy uczyć się sami.


- Nie, nie denerwuję - odpowiadam.


Trzeba nad sobą pracować. Nie mogę warczeć na Sebę przy każdej okazji, bo któregoś dnia to się zemści.


Wjeżdżamy do Wólki. Seba nie lubi, kiedy tak mówię o jego mieście, ale jedna główna ulica, kościół i zdewastowana wieża ciśnień nie zasługują na nic innego. Byliśmy tu dwa lata temu. Podrzuciłem go wtedy na święta, ale nie wchodziłem do domu. Wólka zmieniła się od tego czasu. Trochę. Weszła do Unii. Zmieniła chodniki na kostkę, to zauważam od razu. Jest ładniej. W stylu odpustowym, ale przynajmniej czysto. Trochę więcej sklepów. Połowa z nich to spożywczo-monopolowe, druga to lumpeksy. Reszta w ramach błędu statystycznego. Więcej aut. Nawet komunalny dom, w którym mieszkają rodzice Seby, otynkowali. Podjeżdżamy. Wpasowuję się między golfa II, a renault 5 mamy Seby stojące na chodniku. Biorę głęboki oddech. Seba też. Wysiadamy. Idziemy. Podwórze z pękającym betonem. Rachityczny ogródek otoczony wyleniałym trawnikiem, upstrzonym psimi kupami. Trzy azbestowe garaże stojące ramię w ramię. Zachwaszczone krawężniki. Sąsiadka z dołu wylewa fusy po kawie przez okno. Seba krzywi się. Wstyd mu. Ciężko dorastać na zadupiu. Wiem, ja też swoje odsiedziałem na podobnym. Szczęśliwie zanim ojciec zabił siebie i matkę, dostał pracę w Poznaniu i przeniósł się tam razem z rodziną czyli ze mną i młodszą astmatyczną siostrą.


 - Jesteście wreszcie. Już się bałam, że coś się stało - wita nas matka Seby.

- Mamo, co się miało niby stać?

- Nie wiem. Był wypadek. Słyszałam w radio.


Radio. Radio, a nie radju - stara szkoła. Od razu widać, że polonistka. Pewnie jeszcze tylko trzy, cztery osoby mówią jej językiem w tym mieście. Ciekawe, czy zdążyła się do tego przyzwyczaić.


- Przyznaj się, kto za tym stoi! Obaj to wiemy. Wiemy dobrze, ty i ja! - dobiega do nas z sąsiedniego pokoju. To ojciec Seby i TVN 24. Mama Seby krzywi się podobnie jak on, gdy sąsiadka chlusnęła na podwórze fusami po kawie. Dopiero teraz mnie zauważa.


- Mamo, to jest mój Jonasz. Mieszkamy razem.


Ładnie. Bardzo ładnie sobie poradził. Ominął wszystkie pułapki, jakie zastawił na niego polski język, a przy tym wyraził się prosto i precyzyjnie. Jego matka też znosi to dzielnie.


- Bardzo mi miło. Cieszę się, że wreszcie pana poznałam. Proszę wejść.  Nie stójmy tak w progu.

Wchodzimy. Odwieczny dylemat. Ściągać buty czy nie ściągać. Zaścianek kontra Europa.  Seba ściąga. Ściągam i ja. Matka Seby protestuje, ale widać że tylko tak pro forma. W końcu błogosławiony parkiet i święty dywan w dużym powinny pozostać nieskalane. Tak jak i opinia ludzi, którzy nigdy nie wiadomo, co powiedzą. Wchodzimy. Najpierw ja, popychany przez jego matkę, a na końcu Seba z przepraszającym uśmiechem.


Po prawej regał (po Gierku) na wysoki połysk, po środku stół, również na wysoki połysk (także po Gierku). Po lewej szafa i kanapa. Pod oknami, na przeciwko dwa fotele. Na jednym ojciec Seby wgapiony w telewizor, który zaczyna się tam, gdzie kończy się połyskujący odblaskowym brązem i kryształami za wypolerowaną szybą regał. Na stole warta honorowa złożona z kwiatów, piramidki sernika oraz jabłecznika. Z kuchni dolatuje zapach schabowych i smażonej kapusty, a z łazienki domestosa.


Siadamy. Sakramentalne pytania: kawa, herbata. Moc, sposób parzenia (neska czy po turecku?), objętość pojemnika. Przebijamy się przez to, jak przez instalację systemu operacyjnego Windows. Na koniec pytam:


- Przepraszam, chciałbym..., gdzie jest łazienka?

- Tam. Proszę, proszę. - Matka Seby odprowadza mnie do samych drzwi. Potem rzuca się do czajnika i prychającej parą kuchenki gazowej.


Zamykam się na klucz. Myję twarz zimną wodą, a potem podchodzę do muszli klozetowej i podnoszę klapę w jasnosraczkowatym kolorze, okrytą puszystym futerkiem. Z chwilą, gdy pierwsze krople moczu uderzają o taflę wody, dopada mnie pytanie:

- Panie Jonaszu, śmietanka w proszku czy naturalna, UHT?

Tradycyjna polska gościnność w całej krasie. Rozgryzam pytanie. Co o tym mówią podręczniki dobrego wychowania? Udać, że nie słyszę, zwrócić delikatnie uwagę? Ważę przez chwilę ten problem ważąc w dłoniach, dla czystej zabawy, swoje jądra. Jedno jajo, jedna dłoń. Podobno jedno na ogół jest niżej - a ja nigdy nie zwróciłem na to uwagi. No to może teraz sprawdźmy, a wynik niech będzie odpowiedzią na pytanie. Jeśli prawe, to śmietana w proszku. 


-
Naturalna z UHT,  pani Ireno - odkrzykuję raźno.


Myję starannie ręce i wychodzę. Odsuwam, siadam. Dziękuję. Słodzę. Mieszam. Dziękuję. Nabieram na talerz sernika. Seba bierze sobie jabłecznik. Seba się poci. Ja nie. W łazience zmoczyłem sobie przedramiona aż do łokci. Stary sprawdzony sposób na upały. Zawsze tak robiłem przed egzaminami ustnymi i prezentacjami u klienta. Tam pewność siebie to 70 procent sukcesu. Może nawet 75. Dopóki byłem tylko copywriterem i unikałem wyjazdów do klientów z prezentowaniem projektów reklam nie zarabiałem tyle, ile teraz. Umiejętność bezpośredniego sprzedania czegoś drugiemu człowiekowi to nadal najważniejsza rzeczy, czy pchasz się z nożami do drzwi emerytki, czy proponujesz kampanię reklamową stadzie wykształconych palantów kierujących polskim oddziałem wielkiej korporacji. O proszę, pani Irena też się poci. Za to ojciec Seby nie poci się wcale. Pochłania sernika, odrąbując kawałki łyżeczką, które potem nakłada na nią palcami i chybotliwie niesie do ust. Spotykają się w pół drogi - usta i łyżeczka. Przed samym zetknięciem z ust wysuwa się język, a zgrabny kawałek sernika ląduje na nim. Operacja równie ryzykowna jak połączenia dwóch rakiet w przestrzeni kosmicznej.  Po chwili wszystko się powtarza. Nie mogę oderwać od tego oczu. Od ilu lat Seba musi na to patrzeć? W każdym razie długo, bo przy każdym ojcowym połyku wzdryga się, jak podłączony do prądu.


Ojciec Seby nie zwraca na nas uwagi. Zjada umówioną ze sobą porcję i bez słowa przesiada się na fotel. Sięga po pilota i włącza TVN 24 ze słowami “Co tam WSI 24 nadaje?”. Pani Irena poprawia serwetę i przystępuje do akcji.


- Czym się pan zajmuje?

- Do niedawna byłem copywriterem, a od roku jestem head creative w agencji reklamowej - odpowiadam i milczę z uśmiechem, mimo, że domyślam się faktu, że nie zrozumiała ani słowa.

- Jonasz kieruje zespołem, który wymyśla reklamy, a wcześniej zajmował się tym samym tylko nie był szefem.

- Pisałem też po prostu różne teksty. Na przykład listy dodawane do wysyłek reklamowych.

- To chyba ciekawa praca - grzecznie, ale bez przekonania powiedziała mama Seby.

- Ciężka wbrew pozorom, ale dobrze zarabiam - odparłem nieskromnie.

- Ja tych nowych rzeczy nie do końca rozumiem - wyznała pani Irena.


Nic dziwnego. Rocznik 1948, za granicą dwa razy, w ramach wakacyjnego plażowania w Bułgarii oraz w bratnim Berlinie. Seba pierwszy raz opowiadał mi o tym, w samolocie, gdy lecieliśmy do Egiptu, drugi raz na wynajętym jachcie w Chorwacji, a trzeci raz na nartach w Szwajcarii.


- Fakt - przyznałem możliwie najgrzeczniej. - Czasy zrobiły się wyjątkowo szybkie.

- Ma pan rację, panie Jonaszu - pani Irena popatrzyła na mnie z wdzięcznością.


Widziałem, jak rozpaczliwie szuka wspólnego tematu. I im bardziej szukała, tym bardziej nie mogła go znaleźć. Zupełnie jak ja, kiedy zaczynałem pracę. Trwało lata zanim nauczyłem się podchodzić do tego, jak do każdej innej czynności - gotowania zupy, czy golenia. Trzeba jednak przyznać, że pani Irena była w sytuacji dziwnej. Sytuacji nowej. W końcu poznała faceta jej syna. Trzeba przełamać wstyd, obrzydzenie i jakoś się z tym wszystkim zmierzyć. Postanowiłem przejąć inicjatywę. Postanowiłem wrzucić granat do klozetu. Nie do końca zdawałem sobie sprawę, z tego, jak ta operacja się zakończy, ale przecież na tym polega cała przyjemność.


- Widzę, że bardzo interesuje się pan polityką - zwróciłem się do ojca Seby.


- Nie za bardzo. Wkurwiają mnie za to pedały i geje, którzy sprzedają Polskę razem z Żydami z Unii Żydopejskiej. Siedzę i rejestruję, jak daleko się posuną tego dnia. Każdego dnia patrzę im na ręce, zapamiętuję ich złodziejstwo, za które kiedyś odpowiedzą. Przed narodem polskim odpowiedzą.


- Geje i pedały? - a jakaż jest pomiędzy nimi różnica? - zainteresowałem się życzliwie. - Jest w ogóle jakaś? Mnie się wydaje, że to chyba to samo.


- Geje się ładniej ubierają. Nie wiedział Pan? Wypachniają, ulizują. Stroją. Zupełnie jak baby.


- Nie wiedziałem. A pedały? Oni się nie wypachniają? Nie ulizują? Nie stroją?


- Mniej. Pedały mniej. Bardziej przypominają normalnych ludzi.


- To znaczy jakich? - zainteresowałem się znów. - Normalnych bardziej, jak pan, czy bardziej jak ja?


- Pierdołami się pan zajmuje. To nie ważnie do kogo podobni. Nauczyłem się ich rozpoznawać. Zresztą to nie trudne. Wystarczy posłuchać, tego co mówią. Chcą się kryć, ale nie potrafią. Z każdego słowa wyłazi, co planują zrobić.


- Rozprzedać Polskę? - podsunąłem życzliwie.


- Pan kpi. Myśli pan, że tego nie zauważam?


- Nie wiem, czy pan zauważa. Trochę kpię. Prawda, ale już przestaję. Obiecuję. Bóg mi świadkiem. To porozmawiajmy poważnie. Mnie te geje i pedały interesują. Jak ich pan odróżnia? Zresztą to nie ważne. Najciekawsze jest inne pytanie Co pan ich tak nie lubi? Krzywdę kiedyś panu zrobił jakiś? Krzywdę w dupę, że na takie mocne wyrażenie sobie pozwolę. No więc, szanowny panie, co te pedały i/lub geje panu i ojczyźnie takiego złego robią?


- Jak to co złego? Jak to? No jak to? Pan się pyta? Kpiny. Znowu kpiny - stary dziad zrobił się cały czerwony.


- Nie, nie kpię. Naprawdę nie rozumiem. Bóg mi świadkiem. Niech pan oświeci. Co takiego złego robią te pedały?


- Wbrew naturze robią. Grzmocą się ze sobą. To robią. Pytasz pan jak dziecko.


- Prawda. Grzmocą. Facet faceta, jak się pan wyraził grzmoci, a może grzmota? Pani Ireno, która forma byłaby tu bardziej stosowna? - Pani Irena nie odpowiedziała, pytałem więc dalej - Grzmocą się faceci, co jest wbrew naturze. Co to jednak przeszkadza panu i jak to szkodzi całej ojczyźnie? Może mi pan to wyjaśnić?


- WON - ryknął ojciec Seby. - WON. Wynocha mi z domu w tej chwili. Wypierdalaj.


 
Zerwał się z krzesła i ściągnął ze stołu obrus. Potem rozglądał się chwilę po pokoju i w końcu złapał za to samo krzesło, na którym siedział.


Seba błyskawicznie stanął między mną a ojcem i powiedział do mnie:

- Chodźmy stąd. To bez sensu. Niepotrzebnie się z nim drażnisz.


Matka Seby skamieniała z sernikiem w ręku, ja nie przestawałem się uśmiechać ironicznie, ale dałem się Sebie wyciągnąć do korytarza, a potem za drzwi. Wybiegliśmy na zewnątrz. Ostatni raz czułem się tak w dniu, w którym proboszcz gonił mnie po schodach swojej willi, gdy przyłapał mnie na podrzucaniu mu pod drzwi obrazków z gejowską pornografią. I tak mnie potem dopadł. Z ambony.


Gdy weszliśmy do auta, zobaczyłem, jak bardzo Seba jest blady.


- Mam ruszać z piskiem opon, jak na filmach? - spytałem ze śmiechem.

- No co ty. Nie dowlecze się tu za sto lat. Jest przecież w połowie sparaliżowany.


- Buty - puknąłem się w czoło. - Zostawiliśmy tam buty.

- Ja nie wracam - powiedział stanowczo Seba.

- Nie bądź pizdą. Ja idę.

- Daj spokój. Matka i tak dość dzisiaj oberwała.

- To nie moja sprawa - powiedziałem odpinając pasy.


Niepotrzebnie. Właśnie podeszła do nas matka Seby. Blada jak kreda. Z naszymi butami w rękach.  Opuściłem okno.


- Zapomnieliście butów. To chyba pana panie Jonaszu, a to twoje Sebuś.

- Może pani wsiądzie na chwilę - zaproponowałem. Chciałem, żeby nie zabrzmiało to ironicznie, ale sytuacja była od nas silniejsza.

- Nie, nie, dziękuję. Niepotrzebnie się wdawał pan z nim w rozmowę. Prowokował. Wiem, że pan się czuje tym wszystkim obrażony, ale niech pan pamięta, to tylko słowa. Nic nie znaczące słowa.


- Tylko słowa, pani Ireno?

- Tak. Tylko słowa.

 

 

Maciej Dobosiewicz

Grafika:  Andrzej Bobrowski

 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.