16 września 2019, poniedziałek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Red.Nacz.

Mazurek dla dwóch nieboszczyków



Do czytania w tramwaju, w autobusie i pociągu – doskonale wyabstrahowuje czytającego z otoczenia. Można otworzyć w dowolnym miejscu, aż nie nabierze się ochoty na całość. „Mazurek dla dwóch nieboszczyków” napisał Camilo Jose Cela. Nobla dostał w 1989 roku.

 


 




"Mazurka..." przetłumaczyła Elżbieta Komarnicka, wydał go w 1990 roku PIW.

Tak się kończy ta historia:
(str. 238 i dalsze)

 

Wuj Cleto wybiera się z wizytą do panienki Ramony, robi wrażenie jeszcze bardziej obdartego i rozkapryszone­go niż zazwyczaj, idzie zygzakiem, żeby nie nastąpić na żadną krawędź ani skrzyżowanie płyt chodnikowych, wuj Cleto śpiewa La Madelon i wykańcza każdą strofę głośnym pierdnięciem, wuj Cleto śmieje się, marszczy nos i mruży oczy, wygląda jak Chińczyk, wuj Cleto jest brudniejszy i czyściejszy niż zazwyczaj, to trudno zrozu­mieć, ale tak jest, widać, że coś go trapi, wuj Cleto jest bardzo przewrażliwiony na punkcie higieny, wszyscy o tym wiedzą, bardzo dba o czystość osobistą, wystrzega się chorób, zużywa dużo alkoholu na dezynfekcję, ale jednocześnie chodzi jak ostatnia łajza, nigdy nie zmie­nia bielizny, wyrzuca ją, kiedy z niego spadnie z brudu i starości,  wuj   Cleto jak  się  nudzi,  to  wymiotuje, wymiotuje do miednicy albo za meble, a równie dobrze i na ścianę, czasami wymiotuje na siebie, bo właśnie sie­dzi w jakiejś wygodnej pozycji i nie chce mu się ruszać, ta wizyta wuja Cleto u panienki Ramony miała miejsce mjakiś czas temu, jak tylko rozpoczęła się wojna.

-   Przeżywamy straszny okres, Moncha, i walą nam się na głowę ogromne problemy, którym trzeba będzie stawić czoło, gdzie pochowamy Jesusę? Wszyscy nasi są już pochowani, każdy ma swoje miejsce, ale do grobowca nie wciśnie się nawet szpilki, i tak dobrze, że zostawiłem biedną Lourdes w Paryżu, ty sobie wyobrażasz, do czego mogłoby dojść, gdybym nie zostawił biednej Lourdes w Paryżu? Następny problem — mówię ci, same proble­my — którędy wyniesiemy ciało Jesusy? Emilita chce ją wynieść głównymi drzwiami, ot i masz, wiesz, jaka jest Emilita, zawsze miała pstro w głowie, w takim przypadku trzeba by było wszystko tam wysprzątać, bo brud jest potworny, aż strach pomyśleć, że od piętnastu lat nikt nie przychodzi i nie czyści ani podłogi, ani ścian, nic, myszy zalęgły się w meblach, a skorki i stonogi gnieżdżą się w najlepsze za obrazami, w tej stęchliźnie, która jest za obrazami, bo w Albaronie panuje straszna wilgoć.

-    A nie możemy wynająć kogo? 

-    Tak, tak, oczywiście, ja się tym zajmę, zarządzę i przyjdzie jakiś mężczyzna i uprzątnie wszystko z holu, paki, papierzyska, ten największy bałagan, wszystko spali się na ognisku, potem wejdziesz tylko ty i nikt więcej.

-    Dobrze. 

 

Śmierć jest zwykłą bzdurą, obyczajem, który stopnio­wo traci swój prestiż, stare rasy gardzą śmiercią, śmierć jest tradycją, ciekawe, że kobiety świetnie czują się na pogrzebach, wydają polecenia i udzielają rad, kobiety na pogrzebach są w swoim żywiole. Ojciec Santisteban, jezuita, mówi o śmierci z wielką poufałością, może upoważnia go do tego zawód, w Biblii mówi się, że więcej wart jest żywy pies niż martwy lew, to na pewno jest prawda, więcej jest warta żywa dżdżownica niż nawet najpiękniejsza nieżywa kobieta, co z tego, że się podbije świat, kiedy straci się duszę? to stwierdzenie też jest prawdziwe, wuj Cleto gra na perkusji uderzając pałeczką to o stół, to o szklankę, to o butelkę, to o nocnik, to o ramę okienną, każdy przedmiot ma swój dźwięk, rzecz w tym, żeby wydobyć ten dźwięk w odpowiednim czasie, a nie za wcześnie ani nie za późno, ciotka Jesusa już nigdy nie będzie mogła słuchać popierdywania wuja Cleto, do nieba nie dochodzą dźwięki tak niegodne, ciotka Emilita została bardzo osamotniona.

-   Na samo dno jeziora Antela nikt jeszcze nigdy nie dotarł, ten, kto przepłynie jezioro Antela, traci pamięć i skazuje się na wieczne potępienie, a ci, którzy utracą pamięć, nie mogą być zbawieni, bo Bóg i święci pańscy przywiązują do pamięci wielką wagę, z pamięci rodzi się cierpienie, ale również otucha.

Don Claudio Blanco Respino nie przepada specjalnie za donią Argentiną Yidueira, wdową po Somozie, kobie­tą, która mówi więcej, niż potrzeba, plotkarstwo jest to brzydki nałóg, który sprowadza na społeczeństwo wiele nieszczęść, o kurczę, ale frazes! plotkarstwo może nawet spowodować wojnę, epidemię i inne katastrofy, don Claudio, szwagier jąkały Vagamiana, siedzi zamyślony, a dookoła panuje taka cisza, że można by usłyszeć przelatującą muchę, jezioro Antela jest pełne moskitów, żab i węży wodnych, a zmarli z Antiochii proszą o przebaczenie bijąc w dzwony w noc świętego Jana, dzwony bardzo dziwnie brzmią spod wody.

Co za myśli! Widać gryzie mnie sumienie.

Don Bregimo Faraminas, ojciec panienki Ramony, grał na banjo z dużym zacięciem, szkoda tylko, że umarł, Roquino, ten niedojda, który przez pięć lat nie wychodził z blaszanej skrzynki pomalowanej jaskrawo w wężyki i meandry, dostaje lanie od swojej matki, Secundina pali, kiedy nikt nie widzi, myje niedopałki w occie i przyrządza świetny tytoń, holu w domu wuja Cleto nie czyścił żaden tam mężczyzna, tylko Secundina, naraiła ją Remedios, szefowa z knajpy Rauca.

To kobieta prymitywna, ale pracuje dobrze, a nie­dojda nie przeszkadza, bo wciśnie go w jaki kąt i ten siedzi cały czas jak trusia, czasami nawet nie oddycha.

Panienka Ramona powiedziała do wuja Cleto:

-    Remedios mówi, że żadnego mężczyzny nie.ma, ale za to Secundina dobrze to wysprząta, może przyjść zaraz jutro wczesnym rankiem. 

-    Dobrze, niech przyjdzie jutro punktualnie o dwu­nastej, ale nie wcześniej. 

Matka panienki Ramony utopiła się w rzece Asneiros, niektórzy topią się nawet w niedzielę, matka panienki Ramony była kobietą bardzo dystyngowaną i uducho­wioną, należała do tych kobiet, co to ciągle chcą umierać.

-    Pamiętam,  że zawsze podobały jej  się wiersze Becquera. 

-    Nic dziwnego.

 

W domu wuja Cleto wszystko jest popsute i powywra­cane do góry nogami, pękła pompa tłocząca wodę ze studni, prawie wszystkie szyby są porozbijane, w oknach zamiast nich tektura i blacha tak samo jak na siedzeniu wiklinowego fotela, nie ma światła, telefon wyłączony, a pajęczyny stają się coraz gęstsze, suka Wespora zdechła wyjąc, suka Wespora wyła, gdyż wyczuwała podwójną śmierć, ciotki Jesusy i swoją własną. Secundina z pak i papierów, jak również z żakietów, butów i ceraty, która miała chyba z dziesięć metrów długości, zrobiła stos i podpaliła go, ale wtedy kiedy jej kazano, nie wcześniej, jedni wierzą w zabobony, a inni nie, to kwestia gustu, jedni wierzą w cuda i w sanatoria, a inni nie, być może zależy to również od poziomu wykształcenia, są bogowie subtelni i dobrze wychowani, jak brodaty Sucellus i jeleniorogi Cernunnus, i bogowie prostaccy i źle wycho­wani, samo wspomnienie ich imion przynosi nieszczęście, fala ignorancji zalewa nas wszystkich, a my nie możemy temu zapobiec, nie potrafimy jej również ominąć, Robin Lebozan ostrzegł tamtej nocy panienkę Ramonę:

Ten zalew ignorancji sprowadzi bardzo przykre konsekwencje, Moncha, a ja nie znam lekarstwa na tę truciznę.

Ani ja, Robinie, miejmy nadzieję, że nas nie za­garnie.

Raimundo z Casandulfów nuci Serce Jezusa, kiedy się goli, serce Jezusa będziesz nam królować, serce Jezusa ty nas zawsze prowadź.

Nie umiesz nic innego?

A tobie nie wszystko jedno?

Raimundo z Casandulfów nuci również hymn Falangi Twarzą do słońca, karlistowski Oriamendi gwiżdże, bo nie zna słów, tak samo republikański Hymn Riego, z tym trzeba raczej uważać, bo komuś może się nie podobać, Raimundo z Casandulfów nie zapomina o białej kamelii dla panienki Ramony, widać, że smutek nie osłabił mu pamięci.

-    Weź, Moncha, to jest jak odwieczny przywilej, żebyś wiedziała, że zawsze o tobie pamiętam.

-    Nie, Raimundińo, ja wiem, że to jest odwieczny przywilej, tak jak mówisz, o odwiecznych przywilejach nie pamięta się, podobnie jak o oddychaniu, ja jestem dla ciebie jak oddychanie, to smutne, ale prawdziwe, a może to nawet nie jest smutne.

Baldomero Marvis Casares, Flakarz, ojciec Gamuzów, zawsze powtarzał, że tak samo trudno jest stracić jak i zyskać, trzeba iść przez życie mocno stąpając po ziemi, tak, ale nie należy przy tym robić zbyt wiele szumu i deptać bliźniego, deptanie bliźniego może źle się skończyć, czasami błyskają ostrza, a nie każde ciało dobrze się goi, niektóre całkiem źle, Nuncina Sabadelle chciała poznać świat, a dojechała tylko do burdelu, człowiek sobie myśli, że musi zjeść wszystko, co mu dadzą, ale potem widzi, że nie, że nie uszczknie nawet kawałeczka, i musi spuścić głowę, żeby go nie zatłuczono batem, nie jest łatwo przegrać i dzielnie się trzymać, żaby z księstwa Tipperary nie mają czego zazdrościć żabom z jeziora Antela.

-     Dostał pan list od doni Argentiny?

-     Tak, opowiada mi w nim o tych pilotach, proszę posłuchać: Jest to szkoła im. Vedrinesa, gdyż tak nazywał
się słynny pilot, którego organizatorzy festynów anga­żowali po to, by w nocy pokazywał tysiące powietrznych akrobacji na swoim aeroplanie przystrojonym koloro­wymi żarówkami, już panu o tym mówiłem. Cóż to było za widowisko! Za składane krzesełko płaciło się dwa­dzieścia pięć albo pięćdziesiąt centymów, w zależności od miejsca, reszta publiczności, głównie dzieciarnia, stała dookoła. Nie nudzę pana?

-     Nie, nie, proszę czytać.

 - Dobrze. Kobiety były ubrane niezwykle elegancko, w wielkie kapelusze ozdobione kwiatami i ptakami i suknie do kostek. Nazwiska pilotów... nie, tego już nie będę czytał, bo pan to zna.

Historia pędzi jak spłoszony koń, jak chart za zającem, jak stonoga, białe i żółte kartki kalendarza spadały jak zielone i złote liście figowców, jak zwiędłe liście figowców, z których ani jeden nie został na drzewie, a ludzie wymyślili sposób zapładniania krów na zimno bez wła­żącego na nie byka, jak miało to miejsce zawsze, odkąd Pan Bóg wynalazł krowy i byki, historia pędzi nie zważając na czas, niektóre wydarzenia zachodzą nie w swoim czasie, na przykład dlaczego słonie Hannibala nie wyszły z Arki Noego? Norberto Somoza Donfrean wnuk doni Argentiny, jest weterynarzem nowo­czesnym.

-   Tak, tak, ja wiem, że to najnowsze osiągnięcia nauki, ja tego nie neguję, ale Norberto jest świntuchem, jeżeli wdał się w to sztuczne zapłodnienie, mnie tam nikt nie przekona, kiedy patrzę, jak służy do mszy z takim namaszczeniem, pytam się, co mu to da, skoro żyje z macania krów.

Jeszcze potrzeba trochę czasu, żeby taka sytuacja mogła zaistnieć, historia nie zawsze jest świadkiem wie­ków, światłem prawdy, życiem pamięci itp., w tym dużo jest czczej gadaniny.

-     Nie mogę nic robić, pragnę usłyszeć huk petardy, dopóki nie usłyszę huku petardy, nie będę mógł nic robić, zresztą nie mam też zbyt wielkiej ochoty, dasz mi jeszcze trochę koniaku?

-     Proszę.

Ciotka Jesusa i ciotka Emilita zawsze dużo płakały, przynajmniej pół życia przepłakały, wuj Cleto nigdy nie zwracał na nie uwagi, ale też chyba i nie było warto, że lubią płakać? to niech płaczą, płacząc nikomu nie prze­szkadzają, no może czasem przeszkadzają, ale to i tak wszystko jedno, ciotka Jesusa najpewniej dalej płacze teraz w czyśćcu.

-     Albo w niebie.

-     Nie, w niebie się nie płacze.

Kiedy Dzikowi doniesiono, że Vicente Chabro z Xilmendreirosów znajduje się w szpitalu w Orense, powie­dział „niech go wykończą, zanim wydobrzeje", i dalej palił swoją porcelanową fajkę z wizerunkiem Johna Bulla, Vicente Chabro następnego dnia został uduszony poduszką, to znaczy dwóch go przytrzymało, a jeden siedział na nim tak długo, aż ten wyzionął ducha, i nikt nie wystrzelił nawet racy, po prawdzie to Vicente Chabro nie odgrywał większej roli, żałosny wieprz, który nawet nie był podły.

-     Jak pan sądzi, ile może być wart nieżywy kozi bobek, choćby i z rodzinnych stron?

-     Nie wiem; chyba niewiele, może nawet rozdają je za darmo.

Pada na rozstajne drogi w Arenteirifio i na strumyk w Ricobelo, ten sam, gdzie lisice chłodzą żar rui, podczas gdy wóz Toupollistana albo Kurdupla, najzdolniejszego tresera dzikich zwierząt, ciągnięty przez woły pod górę do Mosteiron, skrzypi bolesnym krzykiem osiek.

-   Słyszał pan o tych pięciorgu dzieciach powieszo­nych w Mosteirón?

Rzęsisty deszcz pada na grzeszników i na cnotliwych, na mądrych, na głupich i na przeciętnych, na nas, na Leontyńczyków i Portugalczyków, na mężczyzn i na kobiety, na zwierzęta, drzewa i rośliny, i na kamienie, pada na skórę, na serca i na dusze, na dusze również, pada na trzy przymioty duszy

-   Pamięta pan, jak piorun zabił te dwie dziewczynki w Marańis, za lasem w Formigueiros?

Panienka Ramona, Raimundo z Casandulfów i Robin Lebozan, każde pod swoim parasolem, spacerują powoli w strugach deszczu, może zwyczajnie lubią moknąć.

-    Mógłbyś mieszkać w kraju, gdzie nie pada?

-    Tak,  dlaczego  nie,  do  wszystkiego  można  się przyzwyczaić, popatrz na Anglików i Holendrów, w kra­jach, gdzie nie pada, też ludzie żyją i kochają, wprawdzie z trudem mogę to sobie wyobrazić, ale tak jest, jestem pewien, że tak jest.

Śmierć Vicente Chabro z Xilmendreirosów jest faktem bez znaczenia, pierdołom i ględom nie daje się ostatnich sakramentów i nawet nie robi im się sekcji zwłok, po co? chociażby zmarli uduszeni wierzgając nogami, nie ma takiego zwyczaju, zresztą i czasy nie po temu, nikt nie ma chwili do stracenia, szubrawcom wystarczy, jak się ich wrzuci do zbiorowego dołu i odmówi jedną zdrowaśkę za dwóch. Vicente Chabro to był zły człowiek, zły nawet niechcący, i musiał za to zapłacić.

-   Zawiadomiono krewnych?

-   Nie, i niech pan nie myśli, że będą go żałować.

Robin Lebozan mówi o samotności, panienka Ramona i Raimundo z Casandulfów słuchają, wszyscy troje idą przemoczeni i powściągliwi, są też spokojni, a może nawet czują coś w rodzaju szczęścia. Robin Lebozan jest jakby takim lokalnym filozofem, który od czasu do czasu odblokowuje się i zaczyna mówić.

Samotność nie jest zła, Bóg jest samotny i wcale nie potrzebuje towarzystwa, jasne, że człowiek to nie Bóg, wiem o tym. Pismo Święte mówi, że samotność jest zła, ale ja w to nie wierzę, samotność odświeża duszę, a towa­rzystwo ją bruka, często bywa tak, że ją bruka, demon szuka miejsca w duszy samotnika, ale nietrudno go też wypędzić, wystraszyć, w ciszy mieści się więcej radości niż w zgiełku i samotnikowi zawsze towarzyszy spokój, czyż nie jest tak, że naprawdę samotni jesteśmy tylko w niepożądanym towarzystwie, człowiek ucieka przed samotnością, kiedy boi się samego siebie, kiedy nudzi się z sobą, taki onanista, przepraszam cię, Moncha, nie może mieć wyrzutów sumienia ani nudzić się w samotności, onanista powinien z dumą głosić swoją samotność niezależną i chlubną. Machado mówi, że samotne serce nie jest sercem, to ładne, więcej, genialne, ale nic poza tym, to nie jest prawdziwe, teraz nie można mówić o Machado, o Antonio Machado, o tym drugim można, sekret polega na tym, żeby żyć plecami do wszystkiego, to stan trudny do osiągnięcia, to musi być niemal szczęście, są tylko dwie możliwości, że samotności się pragnie i szuka albo że samotność przeraża i spotyka nas nawet wbrew nam samym, w pierwszym przypadku to nagroda, w drugim cena, cena niezależności, najwspanialszym bło­gosławieństwem, jakim bogowie mogą obdarować czło­wieka, jest niezależność, darujcie, że wam tak truję.

Przez drogę przechodzi Tanis Gamuzo ze swymi czte­rema sukami, Florą, Perłą, Strzygą i Wolworetą, wy­prowadza je na spacer, żeby im się mięśnie rozruszały, nie ma zwyczaju wypuszczać ich na wilka, bo warte są krocie, psy są odporniejsze, taki Sułtan, Morus, Lew, Bosman (Car ma złamaną nogę), no może nie zawsze odporniej­sze, po prostu są tańsze, ale to nie byłby jeszcze problem, psów nie można wyprowadzać na spacer, bo się gryzą, psy potrafią się skoncentrować wyłącznie wobec wroga, są wierne i spokojne, ale czasami, jak je co najdzie, z nudów rzucają się na siebie i gryzą, wtedy mogą być groźne, bo mają nieprawdopodobną siłę, psy Tanisa wa­żą po osiemdziesiąt kilogramów i więcej, Bosman chyba dobija setki, coś koło tego, suki ważą mniej, ale różnica nie jest znowu taka duża.

-     Kiedy usłyszymy petardę?
Tanis Kaduk uśmiecha się.

-     Już niedługo, dziewczyno, niedługo.

Tanis dobrze pilnuje swoich brytanów i ma do nich serce, odpowiednio je karmi, czyści i wyjmuje im klesz­cze, szczepi, kiedy trzeba, wyprowadza, żeby rozprosto­wały kości, psy Tanisa wzbudzają podziw, a także zazdrość i dumę w całej okolicy, w promieniu wielu mil nie ma takich drugich ani nawet podobnych.

-   Ile kosztują twoje psy, Tanis?

   - Po co ci wiedzieć, jeśli ich nie sprzedaję?
Adega odkopała trupa umrzyka, który zabił jej nie­boszczyka męża, pomogła jej córka Benicja, która ma sutki jak kasztany, aż przyjemnie patrzeć na taki biust, na razie ten umrzyk jeszcze nie umarł, ale na pewno umrze, nie ma pośpiechu, petarda może wybuchnąć w najmniej spodziewanym momencie, im pewniej będzie się czuł, tym lepiej.

Don Camilo słucha opowiadania Adegi, nie jest zresztą jedynym, który o tym wie.

-   Pan, don Camilo, pochodzi z Guxindów, tak jak mój nieboszczyk mąż, ja wiem, pan jest Moranem, teraz
zostało niewielu Moranów, widać poumierali, to najbar­
dziej prawdopodobne. Umrzyka, który zabił mojego
nieboszczyka męża, odgrzebałam ja sama własnymi rę­kami i motyką, którą poświęciłam, żeby się do niej nie przypętała zaraza, pomagała mi moja córka Benicja i nikt więcej, wiem dobrze, że Bóg mi wybaczy kradzież tego jednego trupa, wszystkie trupy należą do Pana Boga, ja wiem, ale to był specjalny trup, on był bardziej mój niż Pana Boga, poszłam nocą przed dniem świętego opata Sabasa na cmentarz w Carballino i wywiozłam go na wozie pod wiązkami janowca, które przepięknie pach­niały, długo mi zeszło, zanim go wygrzebałam, więcej niż trzy godziny, z trupa wypadały robaki i walił smród jak od zgniłego potępieńca, te trupy, co mają dusze w piekle, gorzej śmierdzą, rzuciłam ścierwo wieprzowi, którego
potem zjadłam, był pyszny, że palce lizać, tu łopatka, tu kiełbaski i głowizna, szyneczki dobrze uwędzone dymem z paleniska, schab, smalec, nie zostało ani kawałeczka, kiedy przypominałam sobie trupa i nachodziło mnie
obrzydzenie, starałam się myśleć o czym innym, o Panu Jezusie na krzyżu to znów o moim bracie Gaudencju w mundurku seminarzysty albo już ślepym, grającym na akordeonie, wszystko jedno o czym, i pociągałam łyk wina, część wieprza rozdzieliłam pomiędzy rodzinę, żeby wszyscy skorzystali, zajadali się, tylko jednej panience Ramonie powiedziałam o tym, co zrobiłam, nie odezwała
się, tylko zapłakała, pocałowała mnie i dała mi uncję złota.

Panienka Ramona uśmiechnęła się nieco melancholij­nie i powiedziała do Adegi parę słów, które nie były znowu żadnym wielkim odkryciem.

-   Naszych mężczyzn nie wolno tknąć, Adego, wi­dzisz, jak kończą ci, którzy chcą naruszyć prawo gór

Rauco, ten od knajpy, w rozmowie z policjantem Fausto Belinchonem Gonzalesem tłumaczy mu, że Gaudencjo grał mazurka Mapetite Mariannę tylko dwa razy, na Joachima w 1936 i na Andrzeja w 1939.

-    A ja słyszałem, że na Marcina w 1936 i na Hilarego w 1940.

-    To źle pan słyszał, ludzie naumyślnie wszystko przekręcają, widać mają swoje powody.

Toupolistan, czyli Kurdupel, ze swym sterczącym wą­sem i wyglądem dobrodusznego i lękliwego lisa, schodzi zboczem od Foxino i podśpiewuje.

-    Nie widziałeś nikogo?

-    A kogo miałem widzieć?

-    Kogokolwiek. Nikogo nie widziałeś?

-    Nie, proszę pana, nikogo.

-    Przysięgnij.

-    Niech umrę!

Toupolistan, czyli Kurdupel, domyśla się, że Guxindowie są na stopie wojennej, chodzą milczący i naszpuntowani, kiedy Guxindowie nic nie mówią, lepiej jest zejść im z drogi, a jeżeli stoją za nimi Moranowie, wtedy lepiej w ogóle nie wychodzić z domu, bo świat się wali.

-    Jak długo już nie pijesz wody ze źródła w Bouzas do Gago?

-    Przynajmniej z miesiąc, przez ten czas bywałem raczej w okolicach Xirei i Santa Marina, ostatniego wilka
widziałem w San Pedro de Dadin, zniknął w skałkach przy Las Cobas, w kierunku Valduide.

-    W porządku.

Ślepego Gaudencja wyrzucono z seminarium, kiedy zaczął ślepnąć, widać obawiano się ciężaru litości albo tego, że przyczepi się do nich jak śmierć do kila.

-   Nikt nie jest księdzem, dopóki nie odprawił mszy,
a ten odprawił? nie, więc niech idzie do diabła! semina
rium to nie przytułek, a łódź Kościoła musi żeglować swobodnie, bez żadnego balastu.

Tak, don Jimeno.

Don Jimeno był prefektem w seminarium posoboro­wym San Fernando w Orense, don Jimeno słynął ze złej woli i braku miłosierdzia, śmierdział też czosnkiem i zwykł używać słów łacińskich, don Jimeno był dosko­nałym łacinnikiem, szczególnie podobała mu się przej­rzysta doktryna anielskiego doktora świętego Tomasza z Akwinu, w Summa contra gentiles zawarta jest cała mądrość średniowiecza, teraz krążą teorie demoniczne i eufemistyczne, głoszą swoje myśli masoni i pederaści, ślepy Gaudencjo miał szczęście, doprawdy, nie może narzekać, Bóg by mu nie wybaczył, gdyby narzekał, jako że umie grać na akordeonie i z natury jest uczynny, znalazł kąt u Szlai, dona Pura to dobry człowiek, żyje wbrew przykazaniom Bożym, ale w gruncie rzeczy to dobry człowiek.

- Nie zostanie przecież na ulicy, prawda? umie grać na akordeonie? więc niech gra na akordeonie, zawsze to weselej.

Anunciación Sabadelle ma więcej słodyczy niż Marta Portugalka, obie mają słabość do ślepego Gaudencja, ślepota bardzo pomaga w stosunkach z kobietami, Bricepto Mendez, właściciel firmy „Studio Mendez", zrobił chyba ze dwa tuziny artystycznych zdjęć Szlai za młodu, pozowała nago, owinięta w swoją chustę z Manili, szko­da, że Gaudencjo nie może ich obejrzeć, ślepcy nie mogą się rozochocić za pomocą wzroku, ale od tego mają słuch, węch, smak i dotyk, głównie dotyk, dzisiejsze kobiety to prostaczki w porównaniu ze Szlają w chuście z Manili i z jedną piersią ujętą z boku i nieco pod światło, co arty­sta to artysta, dziś to się tylko kręci pełno hochsztaple­rów, Visi zalicza więcej klientów niż Fermina, prawie dwa razy tyle, ja tego nie rozumiem, ale tak jest, ludzie są bardzo dziwni, don Teodosio ma zwyczaj chodzić do Visi, ona zna wszystkie jego łgarstwa i dziwactwa i don Teodosio wraca do domu zadowolony i szczęśliwy.

Daj już spokój z tą anyżówką, Gemma, mówiłem ci, że od tego świerzbi w kiszce stolcowej.

- Zamknij się!

- Jak sobie chcesz, to ciebie będzie świerzbiło.

Florian Soutullo Dureixas, policjant z posterunku w Barco de Valdeorras i specjalista od gry na dudach, znachorskich praktyk i sztuk magicznych, został zabity na froncie teruelskim, przyjechał i ciach! dostał kulkę między oczy i gotowy, Florian Soutullo nosił baczki w kształcie siekiery i przycięte wąsiki, te pół paczki papierosów, których nie wziął ze sobą do grobu, wypalił kapelan.

-   Requiem aeternam dona eis, Domine; et lux perpetua luceat eis.

Jeśli chodzi o wojny i śmierć, to rozdziela się je za darmo i tu kto pierwszy, ten lepszy, kapral Pascualino Antemil Cachizo dostawał skręty i czekoladki, mimo że został zabity, Szalona Bazyliszka nie wiedziała, że Pas­cualino już nie żyje, sądziła, że o niej zapomniał, zawsze może zjawić się jakaś lepsza, Szalona Bazyliszka była więc zwolniona z obowiązku, bardzo często nie zna się prawdziwej sytuacji, a na wojnie tym bardziej, jedni umierają wcześniej, drudzy później, a niektórzy pozo­stają, żeby o tym opowiadać, tytoń i czekoladki poległych zawsze komuś się przydadzą, tu nic się nie zmarnuje.

Czy pan wie, która jest godzina?

 - Nie i nigdy nie wiedziałem, to jest rzecz, która w ogóle nie ma dla mnie znaczenia.

Kocur, kiedy go zabito, nie zostawił po sobie ani żalu, ani chwały, żadna z dziewczynek od Szlai nie uroniła po nim nawet jednej łzy, przeciwnie, wszystkie się ucieszyły, jedne mniej, drugie więcej.

- To był taki sam skurwysyn jak don Jesus Manzanedo?

- Obaj byli dobrzy, Kocur był inny, ale tamtemu nie miał czego zazdrościć.

Lazaro Codesal został zabity, zanim jeszcze przestał rosnąć, czasami śmierć pospieszy się nader skutecznie i gorliwie, Lazaro Codesala zabił Maur w kampanii pod Rifem, ołów nie jest ani mauretański, ani chrześcijański, ołów jest okrutny i nie rozróżnia, jest też ślepy, prawie wszyscy ślepi grają bardzo dobrze na akordeonie, kiedy zabili Lazaro Codesala, linia gór zatarła się i nikt już jej nigdy nie zobaczył, nawet wilki ani sowy, ani nawet orły, Lazaro Codesal miał włosy koloru marchwi, a oczy błękitne i tajemnicze jak turkusy, jaka szkoda, że ten sukinsyn go trafił, nikt nie wie, kim był ten Maur, nawet on sam tego nie wie.

-     Chcesz kawy? 

-     Nie, bo potem nie mogę zasnąć.

Robin Lebozan czyta to, co napisał, ma w pamięci całe akapity, pamięta nawet skreślenia, Lazaro Codesal był pierwszym nieboszczykiem w tej prawdziwej historii, zaraz na samym jej początku jest powiedziane: Robustiano Tarulle zginął w Maroku, w twierdzy Beni Ulixek, we­dług wszelkiego prawdopodobieństwa zabił go Maur ze szczepu Beni Urriaguel, Robustiano Tarulle świetnie potrafił majstrować dzieci dziewczynom, to znaczy robił to z dużym talentem, nie brakowało mu też zamiłowa­nia itp. Ostatni nieboszczyk jeszcze nie umarł, zawsze jest w tej nie kończącej się historii jakiś zaległy nieboszczyk, to jest tak, jakby cały niezmiernie długi łańcuch nieboszczy­ków poruszany był siłą inercji, Lazaro Codesal Grovas to być może to samo co Robustiano Tarulle Grovas, a może i nie, tamta wojna skończyła się już bardzo dawno temu, po jednej stronie byli chrześcijanie, a po dru­giej mahometanie i sprawa była jasna, wtedy wiado­mości docierały późno i ludzie nie byli tak przestra­szeni i tak przesiąknięci jadem, było więcej chorób, ale nie przelewano tyle krwi bez powodu, przelana krew, to nie sprawa ilości, ale proporcji, już ja wiem, co mówię.

-     Wiesz, że się tu kręci?
Tak?

-     Chcesz wiedzieć gdzie?

-     Chcę.

Policarpo od Melasy nie ma trzech palców u ręki, odgryzł mu je młody ogier, Policarpo od Melasy potrafi oswajać dzikie zwierzęta, i te groźne, i te łagodne, takie, które stają dęba i gryzą, i takie, które chowają się i uciekają, Policarpo od Melasy zniża głos.

     -Więc jest w Veiga de Abaixo, w domu Minosa z Marrubio, jutro idzie do Silvaboa.

-     Skąd wiesz?

-     Od Unxii, córki Mingosa, chyba jej ojciec ją do mnie przysłał.

-     Możliwe.

Tanis Gamuzo ma siłę byka, jedną ręką jest w stanie powstrzymać muła, brytany Tanisa Gamuzo są wierne i łagodne, silne, odważne i spokojne, kiedy się nudzą, gryzą się między sobą, o tym wszyscy wiedzą, Sułtan i Morus wystarczą, żeby przegonić wilka z Zacumeiry albo dzika z Val das Egoas, który wspinał się na dęby i zjadał żołędzie, Sułtan i Morus czują z daleka cechy skurwysyna, dziewięć znaków szczególnych skurwysyna, niektóre z nich nie mają określonego zapachu, tak naprawdę to prawie żaden, to znaczy dwa mają swój zapach, spocone ręce i ohydna wydzielina krokowa, ale węch jest węchem, Sułtan i Morus to są psy nieza­wodne i opanowane, a kiedy chcą, zamieniają się w bestie, prawie nigdy tego nie potrzebują, bo siłę mają niespotykaną.

-     Co chcesz zrobić?

-     A tobie co do tego?

Tanis Gamuzo wygląda jak półprzytomny, Tanis Ga­muzo, zawsze taki sprytny, teraz wygląda jak półprzy­tomny, widać myśli mu się kłębią jedne w głowie, drugie w sercu, a jeszcze inne w gardle, myśli powolne i zwiędłe, także wspomnienia tłuką się o siebie jak osy wspomnienia zdradzieckie i zwiędłe.

-     Czy to prawda, że bolą cię szczęki?

-     Kto ci to powiedział?

-     Czy to prawda, że bolą cię uszy?

-     A tobie nie wszystko jedno?

Tanis Gamuzo próbuje doprowadzić do porządku swoje myśli i wspomnienia, a także swoje pragnienia, obowiązki i swoje zachowanie, strach jest jak ten wołek zbożowy, który nadgryza kości skokowe duszy, być może już od wielu lat nadgryza delikatne kości skokowe duszy, a nikt o tym nie wie, krok, który trzeba zrobić, robi się ot tak, po prostu, a jeśli trzeba, choćby z zamkniętymi oczami i człowiek nie może nawet zadać sobie pytania, ponad człowiekiem stoi prawo Boskie, prawo, które nami rządzi, to tak jakby Pan Bóg nas podglądał przez lufcik otwarty między dwiema chmurami, Bóg zawsze trzyma w ręku piorun.

-   Już wszystko mam przemyślane, niech Bóg mi wy­baczy, ale już wszystko mam przemyślane, teraz muszę tylko to przeżyć tak, żeby zaczęło gryźć mnie sumienie, najpierw trochę, potem coraz więcej, a w końcu aż do bólu szczęk i uszu, od tego momentu już wszystko pójdzie jak po maśle, nie szkodzi, że trochę bolą mnie szczęki i uszy, no więc tak, bolą mnie bardzo, ale nic nie szkodzi, to przejdzie.

Tanis Gamuzo jeszcze w ciemnościach dociera do wzgórza w Laminas między Silvaboa, Folgosa i Mosteirón, ludzie śpią, a psy wyją do porannego chłodu, Tanis Gamuzo ma ze sobą tylko dwa psy, bo więcej trudno utrzymać, kiedy dopadną mięsa, podobno wzrok im się mąci i wariują, psy przestają słuchać pana, kiedy jest ich więcej niż trzy i coś im odbije.

-   Jeżeli zechcę, dam sobie spokój, teraz pada, wpraw­dzie zawsze pada, teraz bardzo mnie bolą szczęki i uszy,
ale to pewnie nie ma znaczenia, zlecono mi to, co mi zlecono, ale nie było powiedziane, że to ma być we wtorek, w środę czy czwartek, o terminie w ogóle nie było mowy, jeżeli zechcę, mogę to zostawić, rzecz w tym, że nie chcę.

Pada na ziemię w górach i na wodę w kałużach i źródłach, pada na janowce i na dęby, na hortensje, na sitowie przy młynie i na cmentarne powoje, pada na żywych, na zmarłych i na tych, którzy wkrótce umrą, pada na mężczyzn i na zwierzęta drapieżne i łagodne, na kobiety i na rośliny dzikie i ogrodowe, pada na wzgórze Sanguińo i na źródło w Bouzas do Gago, w którym pije wilk, a czasem też jakaś zbłąkana koza, która już nigdy się nie odnajdzie, pada tak, jak padało przez całe życie, a nawet przez całą śmierć, pada jak podczas wojny i pod­czas pokoju, przyjemnie patrzeć, jak pada, kiedy nie widać końca, możliwe, że koniec deszczu oznacza koniec życia, leje jak z cebra, jak wtedy, kiedy jeszcze nie wynaleziono słońca, pada monotonnie, ale i miłosier­nie, pada, a niebo ani się zmęczy tym ciągłym pada­niem.

Tanis Gamuzo i jego dwa psy idą w deszczu, otuleni czujną i milczącą chmurą, Fabian Minguela maszeruje ścieżką w kierunku Silvaboa, przechodzi rzekę Oseira w pobliżu Veiga de Riba i czuje strach, od jakiegoś czasu boi się i chodzi z pistoletem.

-   Jeśli jakiś skurwysyn zastąpi mi drogę, to go zabiję, jak Bóg na niebie, że go zabiję.

Tanis Gamuzo siada na kamieniu mając jednego psa po jednej ręce, a drugiego po drugiej, Tanis Gamuzo zwija skręta i zaciąga się głęboko, żeby się uspokoić.

- Czy skurwysynów można zabijać jak lisy, bez uprzedzenia?

Zaczyna się rozwidniać, kiedy Puszczyk Carroupos za­trzymuje się u źródła w Bouzas do Gago, żeby napić się wody, Tanis Gamuzo podchodzi.

-   Oznajmiam ci, że cię zabiję, ostrzegam cię, chociaż na to nie zasługujesz.

Puszczyk wyciąga pistolet, a Tanis wytrąca mu go kijem, Puszczyk klęka, płacze i błaga, Tanis Gamuzo mówi:

-   To nie ja cię zabijam, to prawo gór, nie mogę pominąć prawa gór.

Tanis Gamuzo cofa się, a Sułtan i Morus wbijają w tamtego zęby precyzyjnie i tyle razy, ile potrzeba, ni mniej ani więcej.

-   Dosyć!

Sułtan i Morus puszczają trupa i kręcą ogonami z widocznym zadowoleniem, Fabian Minguela zginął nie­chlubną śmiercią, a wkrótce potem, za jakieś dwie godziny, rozległ się huk petardy, która poszybowała wy­soko w górę.

Panienka Ramona uśmiechnęła się.

-   Bogu niech będą dzięki!

Tej nocy ślepy Gaudencjo, akordeonista z burdelu o duszy czystej jak lilia świętego Józefa, zagrał mazurka Ma petite Mariannę ze szczególnym upodobaniem, grał go aż do świtu.

-     Nie znasz nic innego?

-     Nie.

Don Candido Yelilla Sanchez, komiwojażer, zapytał ślepego akordeonistę:

   - Proszę mi powiedzieć, pan się cieszy, że tamtego zabili?

   - Tak, pewnie, cóż pan chce!

   - I byłby pan zadowolony, gdyby Pan Bóg skazał go na dodatek na męki piekielne?

   - I owszem.

 


 

Ilustracja: Andrzej Bobrowski

 

 

 

 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.