23 września 2019, poniedziałek

Merynos

Dorotka & Company

Merynos, cz. 21

 

 

 

 

 

Gruba, niepublikowana jeszcze książka dla nastolatek i ich rodziców - fragment dwudziesty pierwszy Klick!!!

 

Ilustracja: Kasia Leszczyc-Sumińska


 

 

 

Cz. 21

 

 

 

rano

 

Gramy w piłkę na plaży, kąpiemy się i znów gramy. Merynos przegryza piłkę, więc teraz leżymy na słońcu i odpoczywamy. Zjawia się Patyczak. Wszyscy wpadamy na pełnym gazie do morza. Potem znów leżymy na gorącym piasku. Merynos zaczyna szczekać.

 

- On coś ma! – Julka pokazuje na psa, który wynosi z wody... rękę.

 

- Merynos, chodź tu zaraz! – wołam i podrywam się na nogi, żeby wypatrzeć płetwę rekina czającego się gdzieś tuż pod powierzchnią morza.

 

Merynos posłusznie podbiega i zadowolony z siebie kładzie na piasku przed Patyczakiem rękę. Na szczęście to nie jest ręka żadnego z nas, tylko kawałek jakiejś wielkiej plastikowej lali. Autentycznie oddychamy z ulgą. „Szczęki IV" w Sztutowie zakończone. Ale jakoś do obiadu nikt nie kwapi się z wejściem do wody. A potem jest czas na obiad. Umawiam się z Patyczakiem za dwie godziny.

 

 

 

 

później

 

Czekam, aż miną te dwie długie godziny

 

- Wiecie, że komary są największą armią drapieżników na świecie? – pyta Staś zaraz po obiedzie. I nie czekając na odpowiedź popisuje się swoją wiedzą dalej: - Przelały więcej krwi niż wszystkie rekiny, wszystkie lwy i wszystkie armie świata.

 

- Więcej niż armia Stanów Zjednoczonych? – pyta mama z uprzejmym zaciekawieniem. I nieczekając na odpowiedź rozkłada swoją poobiednią gazetę.

 

- O tak! Dużo więcej – zapewnia Staś. – W mojej książce jest napisane, że komarów jest tak dużo, że nikt nigdy nie zdołał ich policzyć.

 

- Jejku, Stasiu, a gdyby tym wszystkim komarom przyszło do głowy w tej samej chwili, żeby przylecieć w jedno miejsce. Na przykład do naszego domu? – mówi nagle przejęta Julka. I nie wiadomo czy jest bardziej przerażona, czy bardziej zachwycona swoim odkryciem.

 

- Nie martw się Julka – uspokaja Krzyś. – One tu nigdy wszystkie nie przylecą.

 

- A ty, Krzysiu skąd masz taką pewność? – mama unosi oczy znad gazety. I tym razem wygląda na poważnie zainteresowaną.

 

- Bo przecież by się tu nie zmieściły wszystkie. W naszym domu – odpowiada rzeczowo Krzyś. – To przecież nie przylecą.

 

- Pewnie, że by się nie zmieściły. Bo tu już są przecież bakterie – mówi Staś.

 

- W naszym domu są bakterie? – interesuje się mama.

 

- Tak, całe mnóstwo i komary się już nie zmieszczą.

 

- Stasiu, widziałeś w naszym domu bakterie? Całe mnóstwo? – pytam zaniepokojona.

 

- Ale ty jesteś niemądra – irytuje się Staś. I daje popis swojej wiedzy biologicznej:- Przecież bakterie poznaje się po tym, że ich nie widać. One są naprawdę tu wszędzie. Wszędzie gdzie ich nie widać.

 

- A czy one nas nie zaatakują – pyta Julka.

 

- Nie, bo bakterie jedzą tylko drobiny – wyjaśnia Staś.

 

- To dobrze Stasiu. Dobrze, że ty to wszystko wiesz – mówi uspokojona Julka.

 

 

 

 

minęły dwie godziny

 

Siedzę z Patyczakiem na skraju plaży i lasu. Obserwujemy wielki czerwony balon z koszem. W którym na pewno są jacyś ludzie. Balon powoli nadpływa z głębi lądu i kieruje się w stronę morza. Czyli w naszą stronę.

 

- Chciałabyś polecieć balonem? – pyta Patyczak.

 

- Czy ja wiem, nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. Ale pewnie bym chciała – mówię nie odrywając wzroku od czerwonej plamy na tle błękitnego nieba. – Ciekawe gdzie wyląduje?

 

- A wierzysz w czary?

 

- W czary? No coś ty? Nie jestem dzieckiem, żeby wierzyć w czary - mówię nie spuszczając oczu z balonu. – Raczej wątpię, żebym mogła jeszcze uwierzyć w jakieś czary.

 

- A ja wątpię w twoje wątpię – Patyczak uśmiecha się tajemniczo. – Jak chcesz to tak zaczaruję, że on tutaj wyląduje.

 

- Mówisz serio? – odrywam wzrok od balonu i przenoszę na twarz obok. – Może ty Patyczak byłeś za długo na słońcu?

 

Patyczak podrywa się i biegnie na środek plaży zdzierając z siebie biały t-shirt.

 

- Zakręcę trzy razy magiczną koszulą, wypowiem magiczne zaklęcie i zaraz tu będzie! – krzyczy. I kręci bluzką nad głową i wrzeszczy: - Hej!, heja!, hej! Niech się stanie lądowanie!

 

- Patyczak, ty chora główko! – uśmiecham się podchodząc do niego. I przytulam się. A potem, gdy otwieram oczy, widzę, że ogarnia nas wielki cień. Balon zawisa nad naszymi głowami i powoli opada prosto w dół. Potem kosz dotyka piasku i wyskakuje z niego dwóch gości w czerwonych czapeczkach z daszkami, w czerwonych bluzkach i czerwonych gatkach.

 

- Zapraszamy na pokład – mówi jeden.

 

- Idź! – zachęca Patyczak. – Przypilnuję Merynosa. No idź. Poczekamy tu na ciebie.

 

Trochę nie wiem co się dzieje. Ale wchodzę do kosza. Palnik gazowy strzela płomieniem i... i unoszę się. Powoli, ale coraz wyżej i wyżej. Widzę jeszcze Patyczaka, widzę Merynosa, a potem już tylko dwa punkciki, a potem coś jakby mapę mierzei wiślanej, kawałki lądu dzielące ją od wielkiej plamy morza. Pod nami przelatują mewy. Wydają się na wyciagnięcie ręki.

 

- Boimy się, boimy się bardzo?- słyszę głos jednego z pilotów.

 

- Raczej dziwimy. Skąd wy się tu wzięliście? – mówię oniemiała ze zdziwienia, że to się dzieje naprawdę.

 

- O, to jest krótka historia – odpowiada ten sam pilot tajemniczo.

 

- To znaczy?

 

- Po prostu, trenujemy precyzyjne lądowania do jutrzejszej gali w Stegnie. No i wczoraj przyszedł do nas ten tam czarodziej – pilot pokazuje palcem w dół, gdzieś, gdzie pewnie stoi Patyczak - i tak poczarował, że punktualnie o godzinie czternastej piętnaście wylądowaliśmy w zaczarowanym miejscu. Jak widzisz, historia krótka, a czarodziej wielki. Jakieś specjalne życzenia? Wyżej? W lewo? Niżej? Naprawdę jesteśmy lepsi od Dżina ze staroświeckiej butelki.

 

- A moglibyśmy już wrócić?

 

- Wrócić? Nie ma sprawy. Tylko się nie przestrasz, bo trochę zahałasuje.

 

Rzeczywiście zahałasowało. Silnik z wielkim wiatrakiem zatrzymał nas najpierw w miejscu, a potem zaczął spychać z powrotem. Najpierw dostrzegłam tę samą mapę mierzei, potem Sztutowo, las, plażę, a na niej dwa punkciki, w końcu wyraźnie Merynosa i Patyczaka. Trochę nami zarzuciło i już byłam z powrotem na złotym piasku.

 

- Dzięki panowie, dzięki – Patyczak pokiwał pilotom ręką.

 

- Trzymaj się czarodzieju – odpowiedzieli już z góry.

 

Staliśmy i patrzeliśmy jak się oddalają. A potem przesłoniły ich korony drzew.

 

- Dzięki Patyczak – przytuliłam się do niego. – Jesteś wielkim czarodziejem. Największym jakiego znałam, znam i znać będę. Nigdy nie zapomnę tych wakacji – powiedziałam pewna, że mówię to co myślę.

 

 

Cdn.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.