22 września 2019, niedziela

Merynos

Dorotka & Company

Merynos, cz. 29

 

 

 

Gruba, niepublikowana jeszcze książka dla nastolatek i ich rodziców - fragment dwudziesty dziewiąty
Klick!!!

Na zdjęciu - Merynos


 

 

 

Cz. 29

 

tego samego dnia

Krew leje się strumieniami! Drętwieję z przerażenia i wciskam się w fotel. A mama ziewa. Krew jest zielona. I żółta też jest. Predator załatwia Obcych. Jednego po drugim. Chcę, żeby ich zabił jak najwięcej. Pragnę, żeby ich posiekał na kawałki, rozerwał na strzępy, a te strzępy żeby jeszcze smażył na patelni, i jeszcze zalał je kwasem solnym! Nienawidzę obcych! Nienawidzę! Przez Obcych zginęło tylu wspaniałych, niewinnych ludzi. Wszyscy umierali w straszliwych męczarniach. Rozrywani przez larwy, które wylegały się z jaj złożonych w ich ciałach. Brrrrrrr… ciary! - Załatw ich! Załatw drani! – zagrzewam Predatora w myślach. A może na głos? Scena finałowa – Obcy zostają załatwieni. Uff… Wybaczam Predatorowi, że był taki okrutny na początku, nawet to, że jest taki brzydki; po prostu wszystko mu wybaczam. Najważniejsze, że Obcych już nie ma. Na sali zapalają się światła.

- Perfekcyjnie sfotografowana bzdura – słyszę głos mamy. – Jaki był tytuł tego filmu?

- „Obcy kontra Predator”, mamo.

- Właśnie, nie miałam pojęcia, że teraz robią takie filmy dla dzieci.

- Nie bałaś się ani przez chwilę?

- Bałam się. Przez cały czas. Czy dobrze robię pozwalając ci oglądać taką rzeźnię.

- Świetny film, mamo. I taki wzruszający.

- No widzę. Jeszcze jesteś blada.

- Ale tylko na buzi, mamo – mówię i zmieniam temat: - A może byśmy coś zjadły?

- A może ty jesteś głodna?

- Zjemy coś mamo?

-A może byśmy coś zjadły? – mówi mama i wybuchamy śmiechem. Bo obie znamy ten kawał o sowach: dwie stare, kompletnie głuche sowy siedzą tygodniami w milczeniu wysoko na czubku sosny. I nagle jedna obraca siwą głowę do drugiej i mówi: A, pocałuj ty mnie w nos! Po dwóch dniach druga sowa obraca się do pierwszej i odpowiada: A ty mnie w nos!

- A ty mnie w nos! – mówię rozbawiona.

- A ty mnie w nos! – krzyczy mi do ucha mama. I wychodzimy z kina.

Rano ruszamy na wyprawę. Cieszę się na te wagary. Wspólne z mamą. I nastawiam się na wszystko. „Naprawdę na wiele mnie stać…” – przelatuje mi przez głowę kawałek Myslowitza.

 

 

jutro

Za szybami samochodu przelatują ośnieżone krajobrazy i sceny. Mijamy wsie i miasteczka, a potem znów jakieś wsie. Wydaje mi się, że to świat za szybą pędzi a my stoimy w miejscu. Na jakiejś zwariowanej taśmie z gnającym do tyłu światem. Taśma podaje drogę pod nasze koła, potem skrzyżowanie, jakąś nową drogę, która za chwilę przejdzie w następną i znów kolejną, narysowaną na planszy, którą ktoś kręci wielką korbą do tyłu. Co jakiś czas są efekty specjalne: sypnie śniegiem, zaświeci słońce, znów trochę śniegu, teraz śniegu z deszczem. Już kiedyś miałam podobne wrażenie. Gdy jechałam pociągiem. Na stacji przez moment nie mogłam się połapać, czy to ja jadę czy za oknem świat ruszył z miejsca.

Świat zatrzymuje się w miejscowości Piła. Aktualnie, z efektów specjalnych dostępne jest słońce. Mama zakłada ciemne okulary. Ja też zakładam ciemne okulary. Wyglądamy jak Sharon Stone, gdy idzie na filmie obrabować bank. Merynos nie zakłada okularów.

 

 

zaraz potem

Wchodzimy do jakiegoś pasażu handlowego. Po jogurcik i drożdżówy z budyniem. Najbardziej lubię z budyniem. Potem z serem. Z dżemem nie, a z makiem wcale nie. Jakiś wielki, w czarnym kombinezonie wrzeszczy nagle na Merynosa:

- Gdzie!!! – i zaraz na mnie: - Gdzie z tym bydlakiem!? Co?

Podchodzi mama. Nie zdejmuje okularów. I nie przestaje się uśmiechać.

- Nie można z bydlakiem? – pyta mama.

- Nie wolno!

- A skąd pan wie?

- Jak to skąd?! Ja tu pracuję na ochronie, nie widać!?

- A gdzie pan ma identyfikator ze zdjęciem? Jest pan w pracy, czy tylko wpadł tu pan na spacer trochę porozrabiać? Dokumenty proszę, ale już! – teraz mama przestaje się uśmiechać. – No już, legitymację poproszę, dowód tożsamości! No ma pan dowód?! Nazywa się pan jakoś, czy jest pan nikim?!

Wielki w czarnym, grzebie w kieszeni i podaje mamie kartonik w folii.

- Zdjęcie jest nieprawidłowe, powinien być lewy profil, gdzie znajdę szefa, macie tu jakieś biuro?

- Na zewnątrz, na lewo i drugie drzwi po prawo – mówi wielki. – Zara, zara! Moja legitymacja! – mama chowa zafoliowany kartonik do swojej torebki.

- Zabieram ją do weryfikacji. Coś się panu nie podoba? Krzywda się panu dzieje? To niech pan wezwie ochronę – mówi i znów się uśmiecha. – Chodź Dorotko, chodźcie bydlaki, idziemy do biura.

- Ja nie mówiłem do pani córki, tylko… - tłumaczy wielki, ale mama mu przerywa:

- Ale poczułam się osobiście dotknięta! A nie lubię. Zresztą nie muszę z panem rozmawiać, nie ma pan już legitymacji, więc nie jest pan teraz w pracy, tylko pan tu sobie stoi, więc niech pan lepiej stoi cicho i czeka, i nie pogarsza swojej trudnej sytuacji.

Wychodzimy z pasażu i podchodzimy do samochodu.

- Wsiadamy - mówi mama.

- Jak to, nie idziesz do biura?

- Nie mam czasu na szkolenie pracowników ochrony. Zresztą jednego już i tak przeszkoliłam. W czynie społecznym.

Wsiadamy. Mama ogląda zalaminowany kartonik: - Agencja Ochrony BLASK. Józef Klapa, numer ewidencyjny… – mama przerywa czytanie danych i zastanawia się. – Hmmm… Józef Klapa… Zastanawiam się jak on się teraz czuje, ten Klapa. Zachował się jak ostatni cham, i nie miał prawa, bo dobrze obejrzałam wejście do pasażu i nie było tam zakazu wprowadzania psów, ale z drugiej strony… Dojeżdża pewnie codziennie godzinę zatłoczonym autobusem do tej pracy, z jakiegoś Kołaczkowa. I tłoczy się w autobusie, żeby wrócić po dwunastu godzinach do domu, w którym czeka żona, trójka małych dzieci, dziadek, babcia, a może i teściowie. I wszyscy żyją z tej jego pensyjki ochroniarza… hmmm… Poczekajcie na mnie. Pójdę i oddam mu tę legitymację.

- Ale on powiedział na Merynosa bydlak, mamo!

- Myślę, że Merynos mu to wybaczy. Zresztą Klapa dostał już za to nauczkę. Pomyśl, jakie on teraz musi przechodzić katusze. Przecież wie, że może stracić tę robotę. Wracam za dziesięć minut. Pa.

Patrzę na mamę jak odchodzi. A po paru minutach patrzę jak nadchodzi.

- I co, mamo?

- Pozwoliłam mu się pocałować w dłoń. Szkolenie zakończone. Koniec misji. Ruszamy.

Wyjeżdżamy z parkingu.

- Nie chciałabym być twoim wrogiem, mamo – mówię co myślę.

- Ja też bym nie chciała być moim wrogiem – uśmiecha się mama. – Na szczęście wciąż lubię siebie najbardziej spośród wszystkich sześciu miliardów ludzi na świecie. Zaraz po tobie i po tacie. Więc nie jestem dla siebie niebezpieczna.

-Wyglądasz jak Sharon Stone, mamo. W tych ciemnych okularach. Jak idzie sobie obrabować jakiś bank. Na jakimś fajnym filmie. Kinowo jest trochę, mamo. Nawet fajnie.

- Czasem w życiu jest jak w kinie. Tylko, że z tego seansu nie można sobie wyjść. Na przykład, na kolę, albo do ubikacji.

- Przy tobie jest tak, że można. Bezpiecznie jest z tobą. I kinowo.

 

 

zaraz potem

Stoimy na czerwonym. Merynos ogląda społeczeństwo poganiające chodnikami w sprawach. I sam też jest oglądany. Bo jego wielka głowa musi być dobrze widoczna przez szybę auta. Jakiś chłopczyk liże wielkie czerwone słodkie serce na patyku. Nagle zaczyna machać do Merynosa rączką z lizakiem. Wielkie serce odpada i ląduje w śniegu. Chłopczyk patrzy zdumiony na pusty patyk w rączce i zaczyna płakać. Mamy zielone i mama rusza ostro i skręca w prawo.

- Stój mamo! Stój! – krzyczę i patrzę jak chłopiec znika mi, zasłonięty narożnikiem kamienicy.

- Tutaj nie mogę. Ale co dzieje?!

- Proszę cię stań – proszę.

Mama zjeżdża na pobocze i włącza awaryjne.

- Wracam za minutę! – trzaskam drzwiami i już pędzę z powrotem. Mijam kiosk. Nie ma kolejki.

- Poproszę największego lizaka – szukam w kieszeni pieniędzy.

- Nie mamy lizaków – mówi sprzedawczyni.

- To czekoladę! Dużą!

- A może być batonik?

- Może być! Ale duży – mówię.

I porywam batona nie czekając na resztę. I dobiegam do tego miejsca. Ale malca już nie ma. Rozglądam się, ale go nie widzę. W szarej śnieżnej breji leży słodkie, wielkie i czerwone porzucone serce.

Wlokę się do samochodu.

- Wszystko dobrze? – pyta zaniepokojona mama.

- Jedźmy już z tego miasta, mamo. Do jakiegoś lepszego miejsca – mówię i zatrzaskuję za sobą drzwi.

Mama włącza radio i rusza. Taśma z makietą świata przesuwa się za szybą coraz szybciej do tyłu. Radio gra „The Streets” – „Blinded by the lights”. Piosenka „Streets” wciąga mnie teraz coraz bardziej. Kurczę, jeśli to hip-hop, to lubię hip-hop. I nic na to nie poradzę. Pędzimy przed siebie, a czerwone serce rozpuszcza się samotne w brudnym śniegu. Coraz dalej od nas. I też na to nic nie poradzę.

 

Cdn.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.