14 października 2019, poniedziałek

Teksty i nadteksty

Redakcja

Msza za nazistów

Artykuł Jarosława Dudycza, Gazeta Wyborcza, 3 września
Grafika: Noma Bar "Hitler"

Mój znajomy – wcale nie prowokator spod znaku portalu Racjonalista.pl, tylko wierzący teolog – próbował, by zbadać temat, zamówić intencję mszalną za spokój duszy Adolfa Hitlera i jego nazistowskich wyznawców. Chodził do kościołów, rozmawiał z duszpasterzami, z uporem pytał, czy odprawią mszę. Zdaję sobie sprawę, że metoda mojego znajomego może się wydać mocno kontrowersyjna, że redukuje Eucharystię do roli eksperymentu, mimo wszystko jestem mu za ten eksperyment wdzięczny. Wydaje mi się, że za jego przedsięwzięciem kryje się jakaś chrześcijańska intuicja. Księżom, z którymi rozmawiał, tej intuicji zabrakło.

W pierwszym kościele znajomy został wyproszony z zakrystii, kapłan w ogóle nie zamierzał podejmować rozmowy, poczerwieniał ze złości, słysząc o możliwości odprawienia mszy za nazistów. W innym kościele duszpasterz agresywnie zapytał, po co modlić się za wrogów, za takie kreatury, które na pewno są w piekle. W kolejnym bardziej elegancko i stonowanie starał się wyperswadować znajomemu jego pomysł, mówił, że taka intencja nie ma sensu, Kościół ma inne potrzeby, innych zmarłych bardziej godnych uwagi. I tak w wielu kościołach, od wielu księży: wstyd, czerwienienie się, podniesiony głos, dąsy, prychnięcia, uśmieszki. A w jednej parafii rozbrajająca szczerość: „Mój ojciec zginął przez Hitlera, są granice modlitwy". W jeszcze innej młody ksiądz wykazał się pragmatyzmem: intencję przyjął, owszem, ale zaznaczył, że przedstawi ją w trakcie mszy jako „Bogu wiadomą". Dlaczego? „Bo to wstyd i niebezpiecznie mówić głośno o Hitlerze. Ludzie zareagują nerwowo". Pewien młody kapłan, dopiero po święceniach, miał powiedzieć: „Nazwisko Hitlera w czasie mszy nie przejdzie mi przez gardło. Bałbym się je powiedzieć".
Dalej Klick!!!


 

 

Księża skoncentrowali się na powierzchownych odczuciach, na stereotypie. Postać Hitlera to dla nich zjawisko nieprzenikalne, nie do poznania, zaklęte, nieludzkie. Jakby nie narodziło się z tej ziemi, z tych tutaj ludzi, z tych postaw i lęków, frustracji, które znamy, z tego antysemityzmu, który wciąż odczuwamy, z tego, co nasze, co jest wynikiem grzechów bardzo powszechnych, ale z czegoś obcego, czego nie trzeba rozumieć i przeżywać, co wystarczy jako obce odsunąć.


Ja wiem o eksperymencie znajomego, czytelnicy mogą sobie przypomnieć słowa i gesty własnych proboszczów i wikarych, ich zdania o nazizmie z rekolekcji czy katechez. Każdy z nas ma przed oczyma sztampowe kościelne kazania o traumie Powstania Warszawskiego czy obozów. Wyraźnie widać – w eksperymencie mojego znajomego chyba najpełniej – że duszpasterze nie potrafią ująć zmysłem wiary hitleryzmu i hekatomby Holocaustu, umieścić tej rzezi w ramach Ewangelii, ocenić przez pryzmat Zmartwychwstałego. Nie potrafią nieść nadziei na to, że Chrystus i nazistom, i ich ofiarom może dać pokój i udział w swoim Królestwie. Nadziei na to, że to jest pojemne Królestwo, z wieloma mieszkaniami, ułożone według innych kryteriów niż nasz ludzki świat, ograniczony do polityki, do szukania wrogów, do myślenia w kategoriach katów i ofiar. Nazizm, zamiast również podlegać Bożemu miłosierdziu, zdecydowanie wystaje z Kościoła, jawi się jako świat nieodkupiony. Nie jest jak każdy inny nasz błąd, który trzeba ogarnąć i przemodlić, ale jest, w najgorszym pojmowaniu tego słowa, niemiecki, cudzy, jest złem, które łatwo napiętnować, nie prowadzi do namysłu, pozostaje w polskim Kościele poza religijną akcją.


Polski Kościół katolicki czci polskie ofiary, wielbi martyrologię, stawia pomniki. Jest więc tu często orędownikiem nie sprawy duszy ludzkiej, ale prostych i pełnych uprzedzeń podziałów narodowych, orędownikiem dychotomicznych, pozwalających uniknąć autorefleksji rozumowań, w których jedni to nieskazitelni bohaterowie, bo Polacy, a drudzy – to tylko kaci i okupanci, o których nic innego powiedzieć się nie da. Dokonuje się w tym miejscu kłamstwo o człowieku, znika gdzieś Jezusowa antropologia, w której nie osądza się bliźniego, miłuje nieprzyjaciół i szuka przede wszystkim belki we własnym oku. Kościół traci tym samym swoją powszechność. Logikę Eucharystii zamienia na logikę okopów. Myśli nie orędziem zbawczym, ale rokiem 1939, co gorsza, próbuje wmówić ludziom, że takiego myślenia chce Bóg. Pomija się najchlubniejszą kartę polskiego Kościoła, znakomity list biskupów polskich do niemieckich zainicjowany myślą biskupa Kominka: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.


Naziści zdają się w tym porządku uchodzić za potępionych, choć nie człowiekowi o tym decydować, odbiera się im nadzieję, dlatego że atakowali Polaków, a jak się zakłada, polskość to w naszej mitologii świętość bezwzględna, wybraństwo. W opinii wielu ludzi Kościoła podnieść rękę na Polskę to podnieść ją na Chrystusa. Ubzduraliśmy sobie, że mamy w Europie misję, niesiemy Boga, tylko my go znamy. To właśnie z tej racji funkcjonowanie nazizmu w praktyce modlitewnej polskiego Kościoła wypada karykaturalnie, trzyma się nazistów z daleka od Zbawiciela, powątpiewa się, czy mógłby im pomóc. Traktuje się Zbawiciela jak podporządkowanego polskiej dykcji, Polacy często chcą Jezusowi dyktować, jak ma zbawiać świat. Robili to ostatnio na Krakowskim Przedmieściu, a od dawna w sprawie oceny nazistów czy także nacjonalistów ukraińskich i komunistów. Chcą rozporządzać łaską, rozumieć ją na swój sposób, czynić niewolnikiem polskiej historii. Nazizm to wielka zbrodnia, ale po to jesteśmy chrześcijanami, żeby się ponad tę zbrodnię wznieść, nie tkwić w jej matni, uwolnić się od niej 70 lat po wojnie. Dostrzec przy tym, że każdy z nas jest kaleką. To zabrzmi jak herezja, ale tu tkwi sęk walki z własnym egocentryzmem: naziści nie byli wcale gorsi od nas, prawda o duchowości każdego z nas może być równie brutalna, w niczym nie możemy się czuć lepsi. Każdy z nas potrzebuje Zbawiciela w równym stopniu. Tym bardziej powinniśmy się za nazistów modlić, odprawiać msze w ich intencji.


Jednocześnie na wszystko inne jest w polskim Kościele miejsce. Można się modlić za to, żeby określony kandydat wygrał wybory, za nasze zdane egzaminy, żeby nasza sprawa w sądzie wypadła pomyślnie. Czasem nasze intencje mszalne naruszają intencję Jezusową: „aby byli jedno”. Forsują jakiś porządek, który jest w głowie wyłącznie składającego intencję, a nie ma go wcale u nikogo innego, nie ma go obiektywnie; wprowadzają podziały. Modlimy się często na złość światu, robimy z liturgii własny folwark, próbujemy za wszelką cenę modlitwą dopiąć swoje interesy na ostatni guzik. Wprowadzamy do liturgii głównie siebie, naszą rodzinność i lokalność, swoje podwórko: ciotki, babki, ukochanych mężów, piękne żony, najmądrzejsze dzieci, umęczoną ojczyznę.


Wprowadźmy wreszcie tych, których wprowadził Jezus: prostytutki, morderców, złodziei. Największych zwyrodnialców. Zmarłych, o których nikt nie pamięta. Swoich nieprzyjaciół. Ale konkretnie to zróbmy, wprost, a nie poprzez asekuranckie, rozmyte: „módlmy się za grzeszników” czy „módlmy się za wszystkich zmarłych”. Tak jak mamy potrzebę po imieniu przywołać zmarłą babcię, tak po imieniu, na głos, przywołajmy zmarłego, który kiedyś wyrządził nam wielką krzywdę. Przywołajmy wrogów swojego państwa, swojego domu.


Polski Kościół katolicki potrzebuje dziś powszechności. Czytelnego odniesienia do Jezusa.



Jarosław Dudycz prowadzi blogpowszechny.pl (blog „Przeglądu Powszechnego”), współpracuje z czsopismami społeczno-religijnymi.


Noma Bar, Graphic Designer, jego prace publikowało wiele renomowanych mediów, m.in.: Time Out London, BBC, Random House, The Observer, The Economist and Wallpaper

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.