15 października 2018, poniedziałek

Ludwik Cichy

Nina

Opowiadanie
Ilustracja: Giuseppe Mastromatteo

Nina

Zrodzona jestem z matki Józefy, ojca Józefa, na imię mam Antonina, ale wołają mnie Nina. Matka jest najgrubszą kobietą na całym osiedlu, a ojciec jego pośmiewiskiem. Na osiedle mówią Pańskie Chałupy, bo wygląda jak pańskie chałupy. Na matkę wołają Najtęga, na ojca Jósku. Nic o tym jeszcze nie wiem, nasz dom to cały mój świat i ten świat mi się bardzo podoba.



Aż poszłam do przedszkola. Tam pani zapytała dzieci, co jest najładniejsze na świecie, a ja się zgłosiłam i powiedziałam: moja mama! Wszyscy wybuchli śmiechem (pani też) i zaczęli we mnie rzucać papierkami (pani nie). To nie był najszczęśliwszy dzień mojego życia - nie wszystkim podoba się moja mama!!!
Wkrótce dotarło do mnie, że ojciec nigdy nie wychodzi z mamą, bo się jej wstydzi; chociaż wołali na niego Jósku, w dodatku na osiedlu Pańskie chałupy.

Kiedy my wychodziłyśmy gdzieś z mamą, zewsząd rozlegały się śmiechy, kpiny, docinki ubrane w najbrzydsze słowa, i zawsze śledziły nas wścibskie oczy, których wzrok ośliźle nas obklejał i spływał jak gęsta ślina obleśnego sadysty. Mama zaczęła wszędzie nosić wielki parasol i wyobrażałyśmy sobie, że te śliniaste ślepska spływają po nim a nie po nas.

Pod tym parasolem fajnie śpiewało się piosenki, a kiedy śpiewałyśmy to zaśliniony świat nie miał do nas dostępu. Moja gruba mama śpiewała pięknie (dzisiaj wiem, że jak Sara Vaughan i Nina Simone, z tym że nie miała na imię Sara ani Nina, a Józefa, i nie nazywała się Vaughan czy Simone, tylko wołali ją Najtęga, czasem Szafa).

Uczyłam się dobrze, a nawet najlepiej ze wszystkich, ale na olimpiady wysyłano dziewczynki lepszych rodziców. W niedziele wszyscy jeździli z rodzinami na festyn za miasto na Wyspę Konwaliową.

Marzyłam o takim wyjeździe, marzyłam, marzyłam i marzyłam, aż pewnej niedzieli powiedziałam do mojej mamy: - Tak bym chciała kiedyś też pojechać na Konwaliową mamo. Ale wcale nie musimy, bo jak pozwalasz mi pomagać przy prasowaniu to przecież czas przyjemnie płynie i czuję się taka pożyteczna.
(matka utrzymywała rodzinę z prania i prasowania koszul & galotów tych, co się nią brzydzili i obśmiewali)
Mama spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, a potem swoim maminym i przytuliła mnie. Tej niedzieli naznosili wyjątkowo dużo koszul i galotów. Po pracy byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się już marzyć o czymkolwiek.
- Też jesteś zmęczona mamo? - zapytałam, chociaż nie musiałam, bo było widać że jest.
- Ale tylko na buzi – uśmiechnęła się i jakoś udało się jej wyciągnąć mnie na spacer.


Szłyśmy za miasto, minęliśmy rondo przykorkowane samochodami z przyczepami z łódkami, motorówkami, surfingami – miasto było w drodze na festyn na Wyspie Konwaliowej – dotarłyśmy na wzgórze, skąd widać było kawalkadę szczęśliwych pojazdów.


- Jesteś już duża – powiedziała mama wpatrując się we mnie, jakby chciała się upewnić, że to co powiedziała jest prawdą, a potem wzięła mnie na ręce.
- Musisz mi coś obiecać.
- Co mamo?

- Cokolwiek się teraz stanie, nie możesz mnie puścić, rozumiesz?
- Rozumiem mamo – potwierdziłam i wczepiłam się w ogromne, ciepłe ciało.
Mama ugięła nogi w kolanach i odbiła się od wzgórza.


- Mamo!... - wrzasnęłam
- Pamiętaj, co obiecałaś – powiedziała mama.
Patrzyłam jak miasto oddala się, staje się obrazkiem na mapie.
- Mamo! Ty latasz...?!
- Pamiętaj, co obiecałaś – usłyszałam głos mamy.


Miasto skurczyło się do rozmiarów kropki, pierwszy raz widziałam ocean choć z bardzo wysoka, potem poczułam że opadamy. Zatrzymałyśmy się na poziomie samolotów. Zajrzałam przez okno do wnętrza airbusa i zobaczyłam wielu eleganckich ludzi, wszyscy spali – jak oni mogli spać?! Jednak po prostu sobie spali, znużeni i znudzeni lataniem w niebie.

Wylądowałyśmy na samym brzegu Wyspy Konwaliowej, w oddali majaczył rzędy drzew, zza których dochodził zgiełk rozpędzonego festynu.
- Dlaczego tutaj? - byłam zawiedziona, bo chciałam, żebyśmy opadły prosto z nieba w samym środku zabawy i żeby wszyscy prześladowcy teraz oszaleli z zachwytu na nasz widok.

- Dlaczego, mamo?
- Bo oni nie potrafią latać – usłyszałam głos mamy. - Wyobraź sobie, co by się stało, gdybyśmy tam wylądowały; nic nie byłoby już jak dawniej. Naprawdę tego chcesz?
Wyobraziłam sobie: reporterzy, wozy telewizyjne, ekipy radiowe, fejsbuk, cały świat oklejony naszymi buziami oczekuje na to, co chciałby usłyszeć żebyśmy mu powiedziały i zobaczyć to, co chciałby żebyśmy mu pokazały; wolno nam być tym, czego chce świat popijający piwem bekonowe czipsy przed telewizorem.


- Wolę, żeby było normalnie mamo – powiedziałam.
- Jesteś już naprawdę duża – stwierdziła mama i byłam szczęśliwa czując, że jest dumna ze mnie, a potem wzięła mnie za rękę i podreptałyśmy w stronę festynu. Na samym brzegu zabawy kupiła mi duże lody i usiadłyśmy w cieniu, patrząc na ludzi kłębiących się wokół kiosków z muzyką. Ja i moja mama, która umiała latać, o czym wiedziałam tylko ja i ona.


Zrodzona z matki Józefy, ojca Józefa, na imię mam Antonina, ale w dzieciństwie wołali mnie Nina. Matka była najgrubszą kobietą na całym osiedlu, a ojciec jego pośmiewiskiem, osiedle nazywali Pańskie Chałupy. Nasz dom to był cały mój świat. W wieku lat siedmiu mama nauczyła mnie latać. Dzisiaj jestem dorosłą osobą, potrafię dolecieć dokąd chcę i kiedy chcę, i nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać.

- Nikt, mamo. Nauczyłaś mnie latać i nikt mnie już nie zatrzyma.


Ilustracja: Giuseppe Mastromatteo, Klick!!!


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

(0)~sejna, 2013-12-30 15:08:00

Morele! Ale się cieszę, że Was widzę. Pobędziemy jeszcze?

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.