18 października 2018, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Vika Mazurek

Nowy Rok

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak większość, lubił korniszony, kompot z węgierek i miał skłonności do muzyki

 

fot. polishnews.com


 

 

       Na pracowniczych ogródkach działkowych pojawił się mieszaniec. Nikt go nie widział, ale wszyscy wiedzieli, że jest. Po śladach rozpoznawali tę obcą obecność. Zastawiali pułapki, zasadzali się, i nic. Podsypali trucizny do wina, zostawili butelkę rosyjskiej wódki... i też nic.

 

       Nie był specjalnie szkodliwy, ale zakłócał poczucie posiadania na wyłączność, rozwalał komfort spełnionego terytorializmu. Nikt nie czuł się już jak siebie. Nikt nie był pewien, czy w chwili kiedy zaczyna odczuwać odprężającą pełnię bycia samemu na swoim, nie dzieli jej z mieszańcem, który – czego nie można potwierdzić, ale i wykluczyć nie sposób – gdzieś tam może jest, może nawet tuż.

 

       Mieszaniec, jak większość, lubił korniszony, kompot z węgierek i miał skłonności do muzyki. Na ogródkach spędził lato, przeżył jesień, przetrwał zimę, a z wiosną zniknął. W maju dotarło do wszystkich, że go nie ma.

 

       Pod koniec lipca, emerytowany właściciel zielonej altanki obsadzonej topinamburem powiedział wszystkim, że znów jest, że był u niego już dwa razy. Inni zaczęli poszukiwać śladów obecności mieszańca na swoich ogródkach. Niczego nie znaleźli. Emeryt z zielonej altanki znajdował jego ślady u siebie codziennie. I codziennie o tym mówił. Inni zostawiali dobre wino i schłodzoną wyborową, ale bezskutecznie. Ktoś pozostawił korniszony, kompot z węgierek i radio z muzyką, na nic. W sierpniu zaczęto podejrzewać, że emeryt z zielonej kłamie. Na początku września nikt się już do niego nie odzywał. Wysypano mu kosz ze śmieciami na ścieżce, a przy wejściu do altanki ktoś narżnął kupę.

 

       Późną jesienią zrozpaczony emeryt sam zaczął udawać mieszańca. Przemykał się w nocy tu i tam i zostawiał mieszańcowe ślady. Powoli wszystko zaczęło powracać do dawnego szczęścia. Ogródkowicze znowu zaczęli odzywać się do emeryta, a on chętnie słuchał ich opowieści o śladach jakie zostawił u nich ten cholerny mieszaniec. Znów wspólnie obmyślano wyrafinowane pułapki, sposoby i trucizny.

 

       Spadło już sporo śniegu. Gdy w sam dzień Nowego Roku wszyscy zjawili się na działkach, by życzyć sobie wszystkiego dobrego, rozpalono wielkie ognisko i upieczono kiełbaski. Po jednej dla każdego. W powietrze uniosła się przyjemna woń pieczonego mięsa i poczucie szczęścia.

 

       Komuś zapalił się płaszcz z tworzywa sztucznego. Nieszczęsna – bo to kobieta była - zapłonęła jak pochodnia, a przerażenie unieruchomiło pozostałych. Wtedy jakiś kształt wystrzelił zza choinek, rzucił się na płonącą, powalił i ugasił ogień zaspą. Byli zaskoczeni jego istnieniem – co innego napotykać codziennie na jego ślady, a co innego stanąć oko w oko z mieszańcem. Ktoś zaproponował, żeby został z nimi, ktoś zaoferował swoją kiełbaskę, ale on tylko popatrzył na nich wzrokiem sugerującym aroganckie poczucie wyższości i zniknął za choinkami.

 

       Przejeżdżająca akurat policja, zatrzymała się i chciała wlepić mandat za ognisko bez zezwolenia, ale odpuściła, bo mandat w Nowy Rok to jednak oksymoron zbyt okrutny, nawet dla policji.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.