23 października 2019, środa

Czytelnia człowieka dla ludzi

Ludwik Cichy

Odlot Amy

 

To opowiadanie o Amy Winehouse napisałem w lipcu 2008 roku. Miała 24 lata, przed sobą jeszcze trzy...

 Zastanawiałem się wtedy dlaczego, dokąd i z kim przepadła? 



(opowiadanie Klick!!!)




Człowiek musi mieć źle w głowie, że pisze te wszystkie piosenki. A potem jeszcze musi je śpiewać na koncertach… – zahaczyła o coś obcasem i zachwiała się – …to takie dołujące. Zdjęła wysokie obcasy i parę metrów niosła je w ręce, trzymając za paski, pijąc z odchyloną w tył głową półlitrowego ballantinesa w papierowej torbie. Weszła na ławkę. Gdy rzuciło nią do przodu, szyjka butelki walnęła ją w ząb. Cholera, kto u diabła stawia ławkę w środku parku! Co za idiota! – wyrzuciła daleko od siebie wysokie obcasy. – Kto takie gówna wymyśla! Jak w tym w ogóle można chodzić!? Roztarła stłuczone kolano. Otaczają mnie sami kretyni! Opadła na ławkę i sprawdziła językiem bolący ząb. Wyczuła ostrą krawędź pęknięcia w górnej jedynce. Ale ten świat jest do dupy. Pociągnęła ostrożnie z butelki metodą bezdotykową: uniosła ją nad głowę i nasikała w otwarte usta, trochę rozlewając. Zakrztusiła się i trafiła strugą w oko. Na szczęście zdążyła je zamknąć, i teraz wachlowała oko dłonią, żeby wódka szybko odparowała. Ale do dupy, a teraz jeszcze będę ślepa. I bez zęba. Najbrzydsza kobieta świata – splunęła, prosto na kolano, ale nawet tego nie zauważyła. Najbrzydsza na świecie… – wypiła łyk, normalnie – …i nie będę już mogła wciąż gdzieś zostawiać samochodów i nie dotrzymywać terminów. Koniec. Koniec ze mną…Nagle poczuła, że nie jest na ławce sama, że ktoś obok niej siedzi, a właściwie, że to ona usiadła obok kogoś.

– Ej, jesteś tam? – zwróciła głowę za swoim głosem.

– Cześć, Amy.

– Znasz mnie?

– Wszyscy cię znają. I kochają, i podziwiają, Amy.

– Akurat – usiłowała usiąść porządnie, ale dała spokój. – Chcesz się napić?

– Każdy się chce z tobą napić, Amy.

– Poważnie? – zarechotała. – Ale jakbym tak z każdym piła, to… – odbiło jej się – tobym się upiła, cha, cha, cha… no nie? Przepraszam, odbiło mi się, a to niegrzecznie, jak się odbije w towarzystwie nieznajomych – znów spróbowała usiąść porządnie, i tym razem jej się udało. – Tak między nami, kto ty właściwie jesteś?

– Ptak Dodo.

– Ptak! Cha, cha, cha… To będziesz chciał mnie zaraz przelecieć, nie? I porwiesz na mnie odzież, i te wszystkie tam… tak ci będzie spieszno?

– Nie obraź się, ale nie chcę cię przelecieć.

– Ciota?! Poważnie? Nie ma sprawy.

– Nie ciota, ale nie obraź się, nie chcę cię przelecieć.

– O kurde… – zsunęła się po oparciu ławki, przyjmując niedbałą pozę. – To aż tak widać, najbrzydsza kobieta świata, koniec ze mną…

– Wcale nie jesteś brzydka – z zamyślenia wyrwał ją jego głos.

– A co to w ogóle za pomysł, żeby podsłuchiwać czyjeś myśli? Co?! – wypiła kilka łyków. – Pieprzyć to, pieprzyć to wszystko, muszę się przespać, jak się zaraz nie prześpię, to się upiję. Zamknęła oczy. Obudziła się, gdy poczuła, że butelka wysuwa jej się z dłoni. Zacisnęła palce i otworzyła oczy.

– Jesteś tu jeszcze?

– Jestem, Amy. Nic ci nie grozi.

– I jak, mówisz, się nazywasz? Ptak Dupa…?

– Dodo.

– Dodo. I nie chcesz mnie przelecieć, bo jestem za brzydka…

– Nie jesteś brzydka.

– Co ty chcesz ode mnie właściwie?

– Przy mnie jesteś bezpieczna i…

– Ty mnie chcesz ratować!… Ty też. Nie! – gestem dłoni nie pozwoliła mu się odezwać. – Nikt ci nie powiedział, że ludzie dzielą się na ratowanych i… tych, no… ratujących? Więc jak ty mnie chcesz ratować, to ja muszę być ratowana, żebyś ty mógł być po tej lepszej stronie, tych ratujących, kapujesz? O to ci chodzi. Nie pomyślałeś, jakie to dla mnie upadlające?! – splunęła, a potem zaraz wypiła. – Jak już tak chcesz, to se zrób ze mną ten dobry uczynek. – Znowu splunęła. Tym razem kawałkiem zęba. Pochyliła się do przodu, żeby go podnieść z ziemi, i poleciała na twarz. Podniósł ją i usadowił z powrotem na ławce. Trzymała ząb w palcach i wpatrywała się w niego, mrużąc raz jedno, raz drugie oko.

– Nie czuję z nim żadnego związku. Biały kamyk, kapujesz? Jeszcze przed chwilą był kawałkiem mnie, kapujesz? Był mną. A teraz? Jest obcy, nadążasz? Kurde!? A może to ja od niego odpadłam i jestem tym obcym kawałkiem, a on jest tą dawną mną…

– Amy, uspokój się! To tylko ząb ci się złamał; ty to cały czas ty, a to jest zwykły kawałek zęba…

– Nie! Nie dotykaj mnie! Zabierz te łapy! – krzyknęła, gdy wyjął jej z palców ząb. – Nie dotykaj mnie! – wyrwała mu ząb z dłoni. Wpatrując się w niego, powiedziała: – Czy to, co teraz ze mnie zostało, może być dalej takie bardzo wymagające i realizować projekty, o jakich inni nawet nie marzą? – przyłożyła butelkę do ust, ale była pusta. – Cholera, wszystko wypiłeś!

– Ja?!

– A kto? Ja? Jakbym tyle wypiła, tobym była pijana, nie? Wy, faceci! Każdy po czterdziestce to alkoholik. Tylko że jeden ujawnia to codziennie, a inny rzadziej. Chyba że chory. Powiedz, jesteś chory?

– Ładną masz sukienkę, Amy.

Spojrzała na niego, mrużąc lewe oko, i powiedziała po dłuższej chwili:

– Jak nie chcesz, to nie mów.

– Powiem ci, co myślę. Wszystkim się podoba twoje nieokrzesanie. Też mógłbym się na to nabrać, tyle o tobie piszą w kolorowych gazetach…

– To wiesz, że brałam udział w morderstwie wróbla, i to w biały dzień, i na oczach policji, siedząc na przednim siedzeniu forda obok nawalonego Mulata?

– Wszystko można o tobie napisać i we wszystko można od razu uwierzyć…

– Nie mów mi o gazetach! Dosyć! – wyjęła papierosa.

Podał jej ogień i sam też zapalił.

– Czułam, że będę miała sławne życie, i bliskość wielkich ludzi będzie uszlachetniała wszystko, co robię, i będę miała coraz większe wymagania. Nie przewidziałam tylko jednego. Że to wszystko jest takie przypadkowe! Nie ma żadnej przyczyny, że ktoś przeżyje, a ktoś umrze… – przez chwilę paliła w milczeniu. – Chcesz, kupię ci wyspę. Chcesz wyspę? I będziesz miał wszystko. Ale teraz chodźmy gdzieś się napić, co?

– Naprawdę mówisz jak Amy Winehouse.

– Daj spokój. Czasem też mi się wydaje, że nią jestem. A ty, przypomnij mi, jak się nazywasz?

– Ptak. Ptak Dodo.

– Fajnie. Mów mi Maria.

– Maria, i co dalej?

– Maria Matkaboska. Może być?

– Brzmi jak twoje piosenki.

– I pamiętaj – nie lubię brokułów!

– Musisz mi to często przypominać.

Usiłowała mu się głęboko przyjrzeć długim wzrokiem spod opadających powiek, a potem powiedziała to, co zawsze:

– Chodźmy gdzieś stąd, może mi się spodobasz?...

– Tak między nami – pół życia spędziłem po pijanemu. A drugie pół to bym też chciał tak spędzić; zmiany są dobre dla kobiet.

– Mówisz jak człowiek i zachowujesz się po ludzku. Wierzę ci. Nie wiem dlaczego, ale ci wierzę – zaciągnęła się i odrzuciła niezgaszonego papierosa. – Nawet jeżeli teraz wstaniesz i odejdziesz, to ja i tak jutro wstanę lepsza – bez zająknienia wygłosiła wygłaszaną już wiele razy wcześniej formułkę. Dalej mogło być tylko tak, jak zwykle. Ale nie było.

– Zamówiłem taksówkę powietrzną. Czeka.

– Tylko żeby nie była na ropę. Jej ceny są bardziej przygnębiające od dźwięków wydawanych dla pieniędzy przez Madonnę.

– To hybryda.

– To dobrze. Nie wiem, co to znaczy, ale brzmi dobrze. No i nie jest na ropę.

Odlecieli.

Na rozdaniu Grammy Amy nie pojawiła się. Oficjalna wersja mówi o tym, że jej nie wpuścili do Anglii, ze względu na narkotyki, i że poszła na odwyk. O Ptaku Dodo też słuch zaginął, i to akurat nie powinno dziwić, bo nie należy do frajerów, którzy dają swoją twarz na okładkę, i jeszcze potrafią się z tego cieszyć. Jeżeli, jakimś cudem, udało wam się poznać ciąg dalszy tej historii, zadzwońcie, albo lepiej napiszcie do „Moreli”.

 

(Dzisiaj, 23 lipca 2011 roku znamy już całą historię. Żegnaj Amy.)

Ludwik Cichy

Rysunek Andrzej Bobrowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.