18 września 2018, wtorek

Dariusz Łukaszewski

Okno (opowiadanie, premiera)



Foto: Erik Johansson

Któregoś dnia, gdzieś między zimą a wiosną, wiatr nadął się i wydmuchał mi szybę z okna sypialni. Obudziłem się kompletnie zziębnięty. Wyjrzałem przez okno, którego nie było, ale nie dostrzegłem szyby; musiała pognać z wiatrem do innej dzielnicy, możliwe że teraz ktoś inny spogląda przez nią na świat.

Po śniadaniu zauważyłem, że z oknem w sypialni było jednak bardziej przyjemnie niż bez, więc postanowiłem kupić nowe okno. Na pętli autobusowej za rondem wsiadłem do czwórki, która dowiozła mnie do wielkiego sklepu „Wszystko dla domu”, ale okien nie mieli; były automatyczne odkurzacze - roboty oraz wszystkie inne rzeczy potrzebne dla domu, ale okien nie mieli. Kupiłem papierosy, piwo i wyszedłem z wielkiego sklepu.

Ta sama czwórka, ale jadąca w druga stronę, dowiozła mnie do secondhandu pod miastem.

- Macie okna? - zapytałem obsługę przeglądającą gazetę.
- O, tak! - obsługa ożywiła się, odłożyła gazetę i pokazała palcem w głąb magazynu, gdzie pomiędzy wielką używaną palmą a różowym fortepianem stało okno. - To jest okno z domu z widokiem na morze.

- O! - ucieszyłem się, bo lubię morze.

To było ładne okno, więc od razu mi się spodobało. Miało drewnianą ramę z pozłacaną klamką, zawiasy i szybę, która była duża i cała. Zapytałem o cenę – nie przekraczała moich możliwości płatniczych.

- Mamy też ładną ścianę do tego okna – poinformowała z nadzieją obsługa, ale nie byłem zainteresowany, bo miałem już swoją ścianę i uznałem, że druga, to byłaby jednak przesada.
- Szkoda – zafrasowała się obsługa. - Gdyby wziął pan też ścianę, to dorzuciłabym panu różowy fortepian za pół ceny. To naprawdę duża oszczędność – kusiła, jednak dalej pozostałem niezainteresowany. Kupiłem tylko okno.

Zapłaciłem, i zapakowano mi okno tak, że mogłem bez problemów powrócić autobusem do domu, nie zwracając zbytnio na siebie uwagi; wyglądałem po prostu jak zwykły człowiek powracający z zakupów Picassa w muzeum narodowym.

Zainstalowałem nowe okno w sypialni.

Przemwam jeszcze sprayem Mr Muscle, wysuszam ścierką, przecieram gazetą lokalną, spoglądam przez szybę i... faktycznie, widzę morze.


Ale co to?! Przecież to nie jest nasze morze! Tylko jakiś tropikalny krajobraz plażowy, na którym rozgrywają się dziwaczne fabuły. Już mam dzwonić z reklamacją, gdy nagle ktoś macha do mnie z plaży, jakieś znaki daje w języku tetralnym?... filmowym?... Nie, no przecież to jest Johnny Depp! Przecieram oczy, otwieram, a tu wciąż Johnny Depp. Są jeszcze inni, długowłosi aktorzy przybrudzeni błotem, odgrywający rolę trupów machających szablami. Dociera do mnie, że dom z widokiem na morze, z którego pochodzi moje nowe okno, stał na plaży, gdzie kręcono zdjęcia do Piratów z Karaibów.

Johnny Depp podchodzi, stuka w szybę, więc otwieram. Pyta, czy mi nie będzie przeszkadzało, że trochę pokręcą pod moim oknem sceny batalistyczne. Odpowiadam, że nie, bo akurat wychodzę z psem na spacer. Johnny sprawia wrażenie człowieka, któremu kamień spadł z serca, a ja wychodzę na spacer z psem.

Pies obwąchyje moje ślady. Nad jednym zatrzymuje się dłużej, ogląda go i z zadowoleniem merda ogonem. Widać, że ten ślad mu się podoba. Faktycznie, to jest bardzo ładny ślad.
Potem pies obwąchuje zachłannie słupek latarni, a ja mówię do niego ironicznie:
- Fajne siuśki, co?!

A on spogląda na mnie z miną pod tytułem: - Nic o tym nie wiesz, zwyczajnie nie znasz się na tym, więc nie pierdol i poczekaj minutkę, daj trochę pożyć.
Daję trochę pożyć.

Wracamy, patrzę w okno i widzę, że wciąż kręcą Piratów z Karaibów. Kiwam na Johnnego Deppa, a on natychmiast rzuca wszystko i podbiega do okna, które uchylam. Cała ekipa filmowa zamiera w oczekiwaniu na wynik naszej rozmowy.

- Już wróciłem ze spaceru z psem – informuję Johnnego.
- Ach tak – Depp wygląda na stropionego.

- I co teraz?!...
- Trochę się jeszcze musimy pokręcić pod pana oknem – mówi tonem winnego – Ale będziemy się zachowywać cicho, w ogóle nie będziemy krzyczeć; okrzyki bitewne i śmiertelne jęki dorobimy sobie na montażu – próbuje łagodzić konfliktową sytuację.

- No, nie wiem... - powątpiewam.
- To może być ciekawe dla pana – ożywia się Jonny Depp. - Nawet bardzo ciekawe, bo teraz kręcimy sceny, które zostaną wycięte i nie wejdą do filmu; te, co wejdą już dawno skończyliśmy, więc nikt nigdy nie zobaczy tego, co tu kręcimy, tylko pan, jeden jedyny na świecie.

- No dobra, niech będzie, popatrzę trochę na te głupoty – rozładowuję atmosferę, a Johnny obraca się i pokazuje ekipie uniesieony triumfalnie w górę kciuk. Ekipa wiwatuje radośnie i podejmuje przerwane na chwilę kręcenie. - Ale!... - zawieszam teatralnie głos i Johnny patrzy na mnie z niepokojem graniczącym ze strachem – Do wieczora chcę tu już mieć spokój – stawiam warunek.
- Spoko! - Depp odzyskuje pewność siebie – Uwiniemy się do obiadu.

Trochę gapię się przez okno na to, co się za nim dzieje, a potem idę do drugiego pokoju, siadam wygodnie na fotelu i włączam pilotem telewizor, bo zaraz będzie ulubiony serial mojego psa. Pies już leży na dywanie u moich stóp. Odcinek nie jest dzisiaj ciekawy i zasypiam. Kiedy otwieram oczy, jest już wieczór, w telewizorze trwa orędzie prezydenta, a pies chrapie. Wyłączam więc telewizor i wychodzę z psem na spacer. Gdy wracamy, jest ciemna noc. Nie chce mi się jeść kolacji, bo nie jestem głodny; zjem ją jutro na śniadanie. Zasłaniam okno w sypialni i idę spać; rano zobaczę, czy Johnny Depp dotrzymał słowa. Zresztą teraz jest ciemno i nic nie widać, a nie chce mi się oglądać niczego.

Foto: Erik Johansson Klick!!!




   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.