13 grudnia 2019, piątek

Teatr i jego ludzie

Karina Piwowarska

Ono (2)

Czy cała literatura klasyczna się już nie nadaje do niczego i nie sprawdza, czy to tylko charakterystyczne dla Polski, czy Fredro to taki niezdolny Molier, czy on był idiotą, czy czasy były idiotyczne, czy sto lat temu naprawdę nie mówiło się „kurwa” tylko wierszem? Czy konieczne jest udawanie, że nie mówi się wierszem, właśnie gdy tekst jest napisany wierszem?


Przestraszone Ono nie wie, w czyim imieniu ma pisać: jest absolutną, jednoosobową mniejszością seksualną i ani nikogo nie urodziło, ani nie spłodziło, nie jest, niestety, gejem ani lesbijką, ani Żydem, dlatego nie wspiera go żadna większa mniejszość ani też nie tępi, co dawałoby powód dla stworzenia alternatywnej grupy; mniejszościowej wyznaniowej, bo w głowie ma niedoprecyzowany miks religijny; intelektualnej nie – bo w żadnej szkole niczego się nie nauczyło; nie narkotyzuje się ani nie pije, więc nie wspiera go żadna grupa wsparcia; nie ma tatuażu; wyróżnia się tym, że do niczego nie pasuje, ani nie przystaje, co też wcale go nie wyróżnia. Jest mu niewygodnie, jest przezroczyste, idący z naprzeciwka przełażą przez nie, jak przez moro, a gdy Ono krzyczy, bo dzieje się mu lub komuś niesprawiedliwość, nikt nie podnosi oczu. Ono nie wie, czy inni są głusi, czy ono nieme.
Ono jest tylko przebrane za człowieka. Co rano obleka się w kości i mięśnie, i skórę, wprawia sobie oczy, żeby było łatwiej czytać, a co wieczór rozpada się i rozpływa w zaświecie, który najbardziej kocha i gdzie czuje się najswobodniej, którego, niestety, już rano nie pamięta.
Ono jak najlepiej chciałoby udawać człowieka, dlatego czyta Szekspira, Czechowa, Słowackiego, albo przynajmniej ma zamiar czytać, słucha Mozarta, popija whisky, siada na krześle, je z talerza, dobrało sobie dzwonek, kupuje za pieniądze, szanuje zieleń. Od czytania współczesnej dramaturgii polskiej robi mu się niedobrze, jak i od kina czeskiego – z czym Ono uparcie walczy od lat, bo wie, że nie ma racji i kogoś krzywdzi. Dlatego Ono leci do teatru, gdzie wie, że spotka postacie najbardziej podobne sobie: udające ludzi szekspirowskich, czechowowskich, fredrowskich.
Potem, gdy wyjdzie z teatru, od razu dostaje w łeb, jakby wlazło z jednego wymiaru w jakiś inny, bez kompresji. Kto tu udaje: ci wewnątrz czy tamci na zewnątrz?
Ono żyje nadzieją, że komuś, lub Onu samemu uda się kiedyś zrobić Szekspira, Czechowa lub Fredrę. I gdy wyjdzie z teatru, to nie dostanie od razu po mordzie rzeczywistością. Lub gdy wejdzie do teatru, to nie dostanie w łeb Szekspirem.
Dzisiaj dostało w łeb Fredrą, cios był potężny, bo narodowy. Prawdę mówiąc, Ono nie wytrzymało do końca.
Czy to tekst dla starszych ludzi z przedwojennymi manierami, którzy wymierają bądź jeżdżą do Zaiksu i sanatoriów?
Czy tęsknota starszych ludzi za niewinną młodością, która nie wiadomo dlaczego zapamiętała im się niewinna? Czy to jakieś wciskanie kitu młodym, czy to jakiś skansen, czy wszystkie teksty klasyczne są niemożliwe do zrobienia, bo teraz jest tak bardzo inaczej? Czy współczesność przekreśla przeszłość, czy synchronia wyparła przyczynowość, i czy to źle? Czy cała literatura klasyczna się już nie nadaje do niczego i nie sprawdza, czy to tylko charakterystyczne dla Polski, bo ta papuga i paw, tak bardzo stara się być czymś innym, kimś nowoczesnym – jak samo Ono, że już niczego nie przypomina, tylko mieni się barwnie jak pięknie oświetlone śmietnisko?
Czy Fredro to taki niezdolny Molier? Czy on był idiotą, czy czasy były idiotyczne, czy to jakaś Idylla? Czy sto lat temu naprawdę nie mówiło się „kurwa” tylko wierszem? Czy konieczne jest udawanie, że nie mówi się wierszem, właśnie gdy tekst jest napisany wierszem? Może ten wiersz i ta mowa – wzięłyby wszystko w odpowiedni nawias i tak bardzo nie brakowałoby ożywczego „kurwa”? Tak jak samurajowie Kurosawy najlepiej tłumaczą publice Makbeta. Wtedy Klara nie musiałaby biegać w gumiakach po prawdziwej trawie, mogłaby nosić niemodną sukienkę szlachcianki na deskach sceny.
Ono nie ma pojęcia. Ono zachodzi w głowę, czy powinno nadal konsekwentnie przebierać się za człowieka, czy aktor powinien przebierać się w postać, czy zostać sobą i tę postać nagiąć do siebie. Wziąć ją w niezdarne łapska i uformować na nowo na swój obraz i podobieństwo, po swojemu, z błędami. Może ta niezdarność nadałaby postaci charakter. Miałaby nowe – świeże, chamskie, nuworyszowskie, nowobogackie, hurtowniano-wysypiskowe, chłoporobotnicze – rysy, z krową, srającą kaczką, kałużą, rzężącym fiatem, pijaczkiem, snopkiem gdzieniegdzie i Chopinem w tle. Takie właśnie rysy ma nasz krajobraz. Nie udawajmy, że wszystkich szlachetnych ludzi nie wykosiła rewolucja, dwie wojny i poprzedni ustrój, że wszędzie będą autostrady. Przecież wszyscy faceci z wąsami wyglądają w najlepszym razie jak bracia Marx lub bractwo kurkowe, które z kolei wygląda w najlepszym razie jak przebierańcy, a nie jak Maciej Raptusiewicz i Rejent Milczek. Może postacie narysowane w ten sposób, niewprawną ręką, ale grubą krechą: jak u Henriego Rousseau lub Nikifora, byłyby z krwi i kości. Może trzeba mocować się z postacią, jak Jakub z Aniołem, kosztem wywichniętego biodra, lub zniekształconej gęby. Może w ten sposób stworzyli w „Miłości na Krymie” swoje postacie Jan Frycz, Anna Seniuk i Janusz Gajos?
Może takie postacie miałyby dostateczną siłę, by przeciwstawić się nieznośnemu ciśnieniu z zewnątrz. Murzyński, czarny Bóg, może byłby bardziej przekonujący w swej roli niż siwy, nudny, nieogolony od XV wieku Europejczyk pomysłu Michała Anioła. Tak jak Ofelia na pewno byłaby cenna, gdyby namalował ją Picasso – z pokrzywioną mordą na niebiesko.
Ono wraca pod wiatr, przeskakując psie kupy i wymijając przelatujące woreczki, uskakując z drogi przechodniom, szpalerem neonów oświetlającym banki, i myśli, że coś wie, mimo to go nie ma.


Karina Piwowarska


Karinę sfotografował Mariusz Stachowiak.
   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.