23 kwietnia 2019, wtorek

Teatr i jego ludzie

Karina Piwowarska

Ono (3)

Od czego zacząć? Może pokazać palcem, co ładne, a co brzydkie, co kupa, a co kwiatek, i sprawdzić, czy rzeczywiście „mamy” to samo na myśli. Co złote, a co pozłocone, jak może wyglądać Bóg, a jak wygląda cielec, czym różni się muzyka od decybeli, a jaskrawość od kolorów. Jak wyjaśnić, że głos może być zarówno śpiewem, jak i wrzaskiem?




Znarowione Ono–Mallory wsiada na upasionego, zaskoczonego Rosynanta: bardzo chciałoby powalczyć do krwi, marzy mu się mordobicie, wojna, pot, smród, jakiś opór, jakieś napięcie, któremu można by dać ujście, wybijając w czymś otwór. W czyichś zębach najchętniej (tu Ono ma kilka pomysłów). Choćby, czemu nie – czołem. Ono nie widzi przeszkód. Nie bardzo wiadomo, jaki tu panuje freestylewalki, gdzie jest wróg, gdzie ring, kto jest zgnębioną ofiarą, gdzie są kraty, gdzie kończy się arena, a zaczyna widownia, kogo uratować, może wszystkich naraz?
Ale, stop, zaraz, zaraz: właściwie wszystko jest w porządku. Chwała Bogu, że jest ciepło, to już szósty miesiąc wiosny, rosną zielone listki, leje się strumień piwa.
Cisza przed burzą? Nie. Jest dobrze? Nie. Jest źle? Nie? "Niech się dzieje wola nieba – z nią się zawsze godzić trzeba"?
O nie! Ono–Natural Born Killer, literacko marząc sobie o filmowym geście obsikania olimpijskiej pochodni w Pekinie, waży w jednej dłoni cegłówkę, w drugiej ściska żyletkę i gotuje się w nim krew do skoku. Ma oczy do patrzenia i uszy do słuchania, a pomiędzy tym mózg, więc rozgląda się, nasłuchuje i zastanawia. To takie wyjątkowe?
Może jakby się dobrze zamachnąć i rzucić w kierunku na chybił trafił, to się coś rozbije, walnie się w jakiś splot słoneczny, w goleń lub w jaja Golema, w jakieś niewidzialne szkło. (Puk! I po chińskiej wazie!) Może pęknie kapsuła wokół Ono? Zarysuje się to znieruchomienie, z wizgiem pękającej struny, jak lód na jeziorze. Może odezwie się jakieś echo w tej niemocie, drgnie jakaś lawina, jakiś chochoł okaże się różą? Może ktoś się obudzi!? Może rzucić w powietrze jakimś glutem i zdemaskuje się jakiś maszkaron?
W prawo czy w lewo?
Na rozstajach jak zwykle kapliczka. W lewo kino, w prawo teatr.
Wiatr toczy pomiętą, ciężarną mądrością, błotem i rosą Gazetę Wyborczą, a w niej recenzje kinowe i program XXVIII warszawskiego festiwalu najlepszych sztuk. Zachęcone recenzją Ono w kieszeni chowa cegłówkę na później, pędzi na lewo, do kina, na Braci Cohen, bo zgadza się z myślą przewodnią rozmazanego tytułu: "To nie jest kraj dla normalnych ludzi". Na szczęście trafiło do multipleksu, więc ma jakiś wybór i może sobie zmienić salę. Nic nie rozumie z tego, co obejrzało. Mocno podejrzewa, że chyba sobie ktoś w Ameryce zrobił z Ono w Polsce niecny żart: albo scenarzysta pokłócił się z reżyserem, albo bracia byli pijani, albo prędzej naćpani, albo recenzent oglądał tylko początek, albo odwrotnie. Najpewniej doszło do jakiegoś nieporozumienia.
Zwabione drugim tytułem, pasującym do jego aktualnego nastroju, Ono wybiera: "Aż poleje się krew". Jest przytłoczone obrazem, muzyką, skalą i treścią filmu o bankructwie duchowym nafciarza milionera i jego walką na próżno, i tym, że walka wręcz prowadzi donikąd, i że życia nie da się wziąć siłowo. Przerzuca w pamięci kadry filmu i jest zdumione: nie chodzi o to, by być w siłowym zwarciu ze światem, w energii agresji, przemocy. Świat jest silniejszy niż pojedynczy gniew – na solowy pisk odpowiada łoskot orkiestry. W tej samej tonacji i częstotliwości, natychmiast, ale ze zmiatającą mocą, wtłaczając pisk z powrotem do gardła. Tak więc Ono tylko może samo siebie udławić. To novum podcina nogi, z ręki wytrąca broń. Chwiejnie, samo nie wiedząc jak, Ono bez żadnego planu awaryjnego znajduje się w Teatrze Dramatycznym. Akurat trafiło na "Oresteję". Od razu ściąga czapkę w nabożnym szacunku, bo całe tłumy, jak i samo Ono, były wychowywane na szarych, pluszowych krzesłach krakowskiego Starego Teatru. (Niestety, ktoś wyrzucił krzesła i cała nauka poszła w las). Jeszcze nigdy nie widziało takiej rozedmy Ego. Ściska w kieszeni cegłówkę, kruszy w dłoni żyletkę, przełyka łzy litości, przepycha się przez wgapiony w scenę, zahipnotyzowany tłum, i przywołując erynie, wymyka się rozpaczy, korzystając z wielkiej mgły panującej na widowni i scenie. Przechodząc korytarzami, ogląda od progu szczecińskie "Wesele", gdzie jakieś inne mega-Ego pościągało z postaci ludowe stroje, zlikwidowało jedną z dwu izb bronowickiego dworku i kazało wszystkim naraz podskakiwać a cappella w czarniawych T-shirtach.
W innej sali, całkiem bez błyskawic i gromów, znaków i archanielskich trąb i gwiazdek szeryfów z Gazety Wyborczej i z Przekroju trwa "Pakujemy manatki. Komedia na osiem pogrzebów" z Torunia: można się przesiadać, jest sporo miejsca, aktorzy grają jak u Felliniego, na widowni panuje błogość, czas już nie płynie, ale kołysze Onem jak Atlantyk łódeczką.
"O czym to było? Przecież nic się nie działo?", mówi ktoś komuś. Ono w odpowiedzi usiłuje zebrać myśli, jakoś zaprzeczyć, coś wytłumaczyć, usprawiedliwić swój zachwyt, przeszukać jeszcze raz swoje wrażenia, delikatnie wyprzeć się ślepej wiary w Oscara i Nobla, więc w skutku kręci tylko głową, potrzepuje pokaleczonymi rękami, gubi to, co ma po kieszeniach i coś bełkocze.
Od czego zacząć? Może pokazać palcem, co ładne, a co brzydkie, co kupa, a co kwiatek, i sprawdzić, czy rzeczywiście "mamy" to samo na myśli. Co złote, a co pozłocone, jak może wyglądać Bóg, a jak wygląda cielec, czym różni się muzyka od decybeli, a jaskrawość od kolorów, bicie od czułości, szarpanie od cięcia, kształt od formy. Jak wyjaśnić, że głos może być zarówno śpiewem, jak i wrzaskiem. I że ceniony jest śpiew, nie same struny głosowe. Z tego wszystkiego Ono samo się dławi, bark mu słów, bark powietrza. Jeszcze przed chwilą najchętniej poszłoby drogą na skróty, po swojemu, i dało komuś w ryja, nawet przygodnej postaci, od biedy. Teraz stoi naprzeciw armii cieni lub na rozstaju, lub wśród tańczących chochołów, pośrodku bezmiaru, jak samotna wysepka opływana nurtem bezmózgiej rzeki, zmierzającej w stronę podejrzanego leja. Najgorsze jest, że nikt nawet nie zapyta, skąd się ten lej nagle wziął.
Ono w jednej ręce waży cegłę, w drugiej mnie gazetę. Wygląda śmiesznie. Nec Hercules contra plures? Miałoś, chamie, okazję zobaczyć najlepszy oscarowy film, najlepszą inscenizację teatralną i co? Czapkę wicher niesie, róg huka po lesie.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.