21 lipca 2019, niedziela

Czytelnia człowieka dla ludzi

Jerzy Pilch

Pilch w przekroju













Dziennik Jerzego Pilcha w tygodniku "Przekrój" 23/2010

fot. Hubert Sobalak




27 maja

Czy frustrat może być szczęśliwy? Od razu wyjaśniam, że nie ma w tej kwestii żadnej – zwłaszcza doraźnej – kąśliwości, żadnej jadowitej aluzyjności, żadnego ironicznego poczucia wyższości. Ostatni przypadek wcale i w najmniejszym stopniu. Wręcz przeciwnie. Lubię frustratów. Może to za dużo powiedziane, ale gdybym miał, dajmy na to, do wyboru: spędzić parę godzin z frustratem lub szczęśliwcem, to – ma się rozumieć – wybrawszy w pierwszym odruchu samobójstwo, w drugim wybrałbym frustrata. Czyli nie tyle lubię, ile wolę. „Wolę frustrację/jest bliżej krwiobiegu” – że sparafrazuję zapomniany wierszyk Stanisława Grochowiaka.

Sam za frustrata się nie uważam, ale mam się za pesymistę; stanowczo nie tylko wolę, ale w sensie ścisłym lubię pesymistów, zachwyca mnie pesymizm, kręcą czarne myśli – siłą rzeczy jestem więc trochę frustratem, w każdym pesymiście musi być przynajmniej odrobina frustrata.

Frustrat z kolei musi być chyba pesymistą całą gębą? Możliwy jest frustrat niepesymista? Istnieje frustrat optymista? Czy frustrat może być szczęśliwy? A jeśli tak, to kiedy? Ma uniesienia na modłę masochistyczną? Jak ma takie uniesienia ergo spełnienia, przestaje być frustratem – niespełnienie jest jego zasadą i jego konstytucją. Permanentne niespełnienie jest tak nieodzowne, że ono szczęście daje? Raczej jest warunkiem istnienia – niespełnienie jest dla frustrata jak powietrze, gdy coś się spełnia, gość zaczyna się dusić.

Kiedy przeto jest szczęśliwy? W masie? W tłumie innych frustratów? A skąd! Frustrat w tabunie jemu podobnych czuje się, owszem, pobudzony, i to nieźle pobudzony, ale szczęśliwy nie jest. Głównie zżera go niepokój, że inni frustraci przebiją go swą frustracją; frustraci trzymają się razem, ale wyniszczająco rywalizują na swe frustracje – frustracja jest jak depresja: każdy ma najgłębszą.

28 maja
Kto brawurowo i przekonująco napisze monolog frustrata naszych czasów, trafi w dziesiątkę, a prawdopodobnie nawet w setkę, może zostać wyniesion, kto wie jak wysoko.

Rzecz trudna, by jej sprostać, trzeba być autentycznym frustratem i posiadać wybitny talent literacki – koniunkcja z definicji niemożliwa i tylko na wyjątkach – na przypadkach rzadkich i wyłącznie najwyższych – oparta. Frustrat przeważnie jest frustratem, bo nie ma talentu, a i to jest, wbrew pozorom, pół biedy. Od czystej niemocy smutniejsze są tylko dolne rejony stanów średnich. Od frustracją podszytej i frustracją napędzanej rasowej grafomanii smutniejsze są tylko bezbarwne i językowo nieporadne protokoły użalań nudnych jak flaki z olejem. Jedynie gigantycznie odjechani tytani się tu sprawdzają, a i to nie od razu. Słowem: jeśli bierzesz się do monologu albo tylko autobiografii prawdziwego frustrata naszych czasów, jeśli bierzesz się do jakichś dzisiejszych notatek, może nawet nie z podziemia, a choćby tylko z – dajmy na to – Krakowskiego Przedmieścia, jeśli do takiego projektu się przymierzasz, a nie nazywasz się ani Fiodor Michajłowicz Dostojewski, ani nawet Franz Kafka, zachowuj wzmożoną ostrożność. Bóg ci już wybaczył.


Jerzy Pilch,  Przekrój 23/2010

 

fot. Hubert Sobalak

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.