11 sierpnia 2020, wtorek

Podróże teatralne

Błażej Baraniak

Podróży teatralnych cd.


Niestety, znam kulisy – a przynajmniej ich część – dramatu, który rozegrał się w gdańskim Teatrze Wybrzeże, zanim doszło do premiery "Portretu Doriana Graya". I staję przed dylematem: opowiedzieć o tym, co zobaczyłem na przedpremierowym pokazie, czy opowiedzieć o spektaklu, który nie powstał.



Ciekawsze z pozoru są kulisy, tajemnica, to, czego nie widać, ale po kilku krokach w drodze po rozum do głowy jednak muszę odstąpić od wpisania się w zaklęty krąg poszukiwaczy sensacji. Tym bardziej że znam lepiej lub gorzej większość doszłych i niedoszłych realizatorów tej premiery. Przyjmuję zatem, że ważniejszy jest ostateczny wyraz twarzy spektaklu zgotowanego przez Zespół, niźli najbardziej dramatyczne nawet perypetie towarzyszące jej wychynięciu z mroków sceny.
Nowego przekładu i adaptacji dla potrzeb scenicznych tej XIX-wiecznej powieści dokonał Jakub Roszkowski. Nigdy dość nowych tłumaczeń, tym bardziej że Roszkowski poszedł krok dalej, kompilując Portret z innym tekstem przypisywanym Oscarowi Wilde’owi - anonimową a potencjalnie autobiograficzną powieścią Teleny . W swoim wyznaniu zawartym w programie towarzyszącym premierze wyjaśnia coś, co można by, nieco upraszczając, zawrzeć w stwierdzeniu, że najpełniejszym wyjaśnieniem, uwierzytelnieniem czy rozwikłaniem Portretu jest sam jego autor, co pewnie jest prawdą, ale nie do końca. Zatem zastrzeżenie pierwsze: jeśli ktoś nie przywiązuje wagi do preferencji seksualnych pisarza, nie powinien mieć pretensji do autorów gdańskiej premiery powieści Wilde’a o to, że - idąc wiernie za koncepcją tłumacza Roszkowskiego - tym prostym kluczem usiłują wyjaśnić idee, które, moim zdaniem, o wiele głębiej sięgają niźli w sferę zbrodni sodomii.
Sprawy mają się tak: malarz Bazyli (Grzegorz Falkowski) w młodziutkim Dorianie dostrzega ideał modela, w swym niedługim życiu portrecisty spotyka twarz, której nie musi retuszować swym sprawnym pędzlem, wystarczy faceta namalować i z jednej strony osiągnie to, co dla artysty malarza najważniejsze - perfekcję i piękno (dwa w jednym), a z drugiej światu da to, dla czego pełni służbę - perfekcyjny ideał piękna. Tak to mniej więcej w XIX stuleciu było: piękno, dobro i prawda w jednym stali maneżu, i ktoś, kto zachwycił się idealną urodą dajmy na to kozy, nie był ciągany przed sąd jako zoofil, ale ceniono jego subtelny, wyrafinowany smak. Geniusz Oscara Wilde’a polegał na prostym pomyśle: kazał Dorianowi ulec okolicznemu Mefistofelesowi (książę Henryk - Mirosław Baka) i zawrzeć swoisty pakt, na mocy którego to nie ludzka twarz będzie z latami zbydlęcenia brzydnąć, a jej portret. Konsekwencje tego zabiegu są mniej więcej tak przewidywalne, jak plebejskiego przekonania, że gdy sprawiedliwy Bóg chce kogoś napiętnować, przydaje mu garb, ozdabia trądem albo jakimś innym oszpeceniem (vide - znamię na czole Balladyny morderczyni). Inaczej mówiąc: znakiem zła jest przede wszystkim odstręczająca brzydota, a uosobieniem szlachetnej duszy - anielska facjata. Niewielki smaczek kryminalny dla okrasy i dramat (także sceniczny) gotowy. Na szczęście w efekcie roboty gdańskich realizatorów zobaczyć można coś więcej: gdzie są granice sztuki i czy miał rację Wilde, twierdząc, że Nie ma książek moralnych i niemoralnych. Są tylko dobrze lub źle napisane . Bezsprzecznie jego Portret Doriana Graya jest dobrze napisanym moralitetem, a przesłanie inscenizacji tej powieści - to dobrej próby debata o etyce, sztuce i manipulacji ludzkim sumieniem. Oto bowiem Gray (młody, a już bardzo świadomy swej roli Piotr Domalewski), jak co druga współczesna czy historyczna gwiazdeczka napiętnowana/obdarzona hojnie urodą i społeczną pozycją popada w sidła pychy i samouwielbienia - bez liczenia się z niczym i z nikim - sprawdza, doświadcza, jak daleko można posunąć się w bezkarności. Gdyby postać kreowana przez Mirosława Bakę była bardziej mefistofeliczna, pewnie lepiej byłoby widać w metaforze Doriana jego upadek. Nie jest to jednak pretensja ani pod adresem Baki, ani - tym bardziej - młodego Graya (Piotr Domalewski). Może to i lepiej, że jest, jak jest, bo dobrze, że w ogóle jest. I jest nieźle, a zważywszy na możliwości zespołu Wybrzeża - będzie lepiej.


Błażej Baraniak
w Trójmieście, w maju 2008 r.



Oscar Wilde, Portret Doriana Graya , przekład i adaptacja: Jakub Roszkowski, reżyseria: Zespół, dekoracje: Marcin Chlanda, kostiumy: Katarzyna Zbłowska, muzyka: Michał Górczyński; występują: Mirosław Baka, Justyna Bartoszewicz, Grzegorz Falkowski, Maria Mielnikow-Krawczyk, Marzena Nieczuja-Urbańska, Cezary Rybiński, Jarosław Tyrański, Piotr Domalewski; Teatr Wybrzeże, Gdańsk, premiera 1 maja 2007 r.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.