18 sierpnia 2019, niedziela

Gostyńska 36

Poniedziałek. Gorąco i lepko

Jest dobra pora na początek dnia. I jest dzień, dobry do rozpoczęcia.

Gorąco, nawet różowa pelergonia zasłania się liściem przed słońcem, a ten liść próbuje się zasłonić innym liściem, jednak tamten nie daje się na to namówić.


Jemy lody w ogrodzie; lody są zimne, ale tylko przez chwilę.


- Może pojedziemy na wieś? - podpowiadam.

- Tam, gdzie prości ludzie przykuwają łańcuchami psy do budy? A na wyborach głosują na Kaczyńskich? Nie mam ochoty – odstawiasz niedojedzony puchar lodowy, zdejmujesz ciemne okulary, przecierasz je serwetką i zakładasz z powrotem.


- Nad jezioro?...

- Już byliśmy nad jeziorem, wczoraj – patrzysz na mnie wyczekująco, ale nie mam innych propozycji.


Sięgasz po loda, dojadasz, odstawiasz pusty puchar:

- Dobrze, możemy pojechać nad to jezioro – stawiasz mnie w sytuacji człowieka dostępującego łaski zawiezienia cię nad jezioro.
- Pójdę po kluczyki i papiery – wstaję i idę po kluczyki i papiery, które leżą na parapecie w kuchni.


Samochód nie odpala. I nic nie wskazuje na to, żeby zmienił zdanie.


- Pojedziemy moim – decydujesz.


Jedziemy nad jezioro autem bez klimatyzacji. Gorąco.


Przez ulicę przetacza się pijany człowiek. Kiedy ztrzymujesz się, on także staje na środku jezdni, unosi rękę z całym piwem i zaczyna wygrażać – drugiej ręki, z otwartym piwem, nie unosi – przeklina, wrzeszczy. Machasz do niego, posyłasz uśmiech i całusa. Wtedy baranieje i toczy się dalej. Wkrótce dobrnie do drugiej strony ulicy, potknie się o krawężnik i przewróci tłukąc obydwa piwa, ale my już tego nie zobaczymy.


Gorąco i lepko.


Gorąco. Na dodatek lata mucha. Jest wielka, czarna, tłusta, chociaż mogłaby być ładna, opalizująca zielono-niebieskim złotem, a najlepiej gdyby wcale jej tu nie było. Jednak jest, obija się o szyby jak wściekła, przypomina pocisk bijący rykoszetem. Otwieram okno, żeby wyleciała, ale nie wylatuje, tłucze łbem w zamknięte okna, z uporem omijając to otwarte. Może wietrzy jakiś podstęp; najczęściej najłatwiejsze wyjścia wydają się podejrzane, z powodu oczywistej łatwizny właśnie. Gdybyśmy mieli na lusterku zawieszony różaniec, mogłaby połazić po koralikach od stacji do stacji, z góry na dół i z powrotem i to by zajęło jej ładnie czas. Ale nie mamy różańca służącego do zbijania czasu, więc rozbija się po całej kabinie, nie wiedząc co ze sobą zrobić. W końcu skupiam się i łapię pocisk w locie. Uwalniam go za oknem i zaraz je zamykam.


Zwalniasz, bo na poboczu pojawia się dający znaki autostopowicz. Uśmiecha się zachęcająco, a mimo to wygląda jak bandzior napakowany agresją. I ujmuje cię egzotyka tej postaci jak z filmu Tarantino o złych ludziach. Patrzę na ciebie znacząco, a ty odpowiadasz spojrzeniem pod tytułem: Ale o co ci chodzi?... i dalej zwalniasz.

- Nie chce mi się gadać o piłce nożnej! – oświadczam, wtedy przyspieszasz, bo też nie masz ochoty na rozmowę o piłce nożnej. Na pełnym gazie przelatujemy obok bandziora, unikając ględzenia o piłce. Pokazuje nam gestem jak bardzo źle nam życzy, i to jest wszystko, co może. Szybko maleje w lusterku do rozmiarów kropki i znika.


W lesie zbaczasz do Raju Pedałów – tak nazywają to miejsce tutejsi, mówią, że w deszczowe niedziele przyjeżdżają tu homoseksualni i tańczą w strugach wody spadającej z nieba. Teraz nie ma tu nikogo. Jest za to chłodny cień produkowany przez bukowy starodrzew. Wysiadamy z auta na leśny plac, omijamy śmieci, podrzucane przez porządnych ludzi ceniących porządek wokół własnych domów z trawnikiem, przystrzyżnonym na dwa centymetry. Dochodzimy do czeremchowych zarośli, nad którymi góruje wiekowy dąb. Jego solidne konary odstają poziomo od pnia tworząc wielką, zieloną czapę liści. Rozlega się rumor; coś ciężkiego ucieka w zarośla. Nie jest to zając ani sarna, dzik chyba też nie, może żubr? Podchodzimy do dębu, żeby sprawdzić tropy. Z konaru zwisa solidny sznur z pętlą na końcu... Przeszkodziliśmy komuś w wieszaniu się. Czy uratowaliśmy mu życie? Całkiem możliwe; jeśli ktoś zawstydza się nagłą obecnością świata, z którym zamierzał się rozstać, to znaczy że ten świat nie jest mu jeszcze obojętny. A jutro... jeśli nawet nie będzie chłodniej, to jutro będzie inaczej.

Nie idziemy dalej. Wdrapuję się na wiekowy dąb, odwiązuję sznur, zabieramy go ze sobą, na wszelki wypadek, gdyby desperat zamierzał tu zaraz wrócić; wtedy będzie musiał postarać się o nowy sznur, pojechać do miasta, wykazać się aktywnością pójścia do sklepu, zmienić obrazek przed oczami, znaleźć się w innym miejscu niż jest teraz. Wrzucam sznur do bagażnika.


Z końca gałęzi sosny skapuje kropla żywicy, rozmaśla się na źdźble trawy i nie wsiąka w ziemię. Możliwe, że przyklei się do niej mrówka, jak do muchołapki, a my jej nie uratujemy, bo wyjeżdżamy z lasu.


Nie ma już sosen, świerków, brzóz. Po lewej faluje zielony ocean zboża, po prawej habrowe bławatki, żółte plamy mniszków, rumianów, czerwień maków, słodka woń kwitnących lip i jaśminów, w powietrzu wibruje ton skowronka. Jedziemy równolegle do ścieżki rowerowej. Chodzą po niej panie z kijkami, pocą się biegacze, są panie na rolkach, rowerzyści; wszyscy w ciemnych okularach, słuchawki na uszach – nic nie widzieć, nie słyszeć nic! Zaliczyć kilometry i potem nagroda: grill, karkówka, lody, chłodne piwko; jeść i chudnąć, oto czego chce świat.


W oddali majaczy wieś. Jakaś pani macha jak autostopowiczka, unosi w górę torbę i wskazuje na nią, jakby tam było coś niezmiernie ważnego. Zatrzymujemy się, ona otwiera drzwi i bezceremonialnie sadowi się na tylnym siedzeniu.


- A wiecie jakie macie szczęście? Jestem córką Jadwigi Staniszkis – obwieszcza, sprawdzając jakie zrobiła wrażenie. - A jeszcze mogę wam tanio puścić ogon prawdziwego bobra, o! - wyciąga z torby szare ochydztwo, a ty zaczynasz krzyczeć, bo boisz się pająków, szczurów i bobrów widać też, odruchowo wciskasz gaz, żeby być jak najdalej stąd, ale bóbr nie zostaje w tyle, jest wciąż za tobą, na tylnym siedzeniu, więc przyciskasz jeszcze mocniej. Nie rozbijamy się, bo ona chowa ogon z porotem do torby i wszystko wraca do normy.

- Nie, to nie – jest zdegustowana twoją reakcją. - Nawet w telewizji mówili, że to jest najlepszy afrodyzjak.
- I to się je? - pytam.
- Lepiej uderzyć w pupę, jak paskiem. Żadna się panu nie oprze.
- Aha.

Dojeżdżamy do wsi i tu, żeby dojechać do jeziora, trzeba skrcić w prawo, skręcamy w prawo.


- Pani Joanna, prawda? - upewniasz się.

- Nie, Patrycja. Ale możecie mi mówić Pat.


- Dziwne, profesor Staniszkis ma jedną córkę, Joannę – przypominasz sobie.

- Możliwe, ale ja jestem Patrycja, Pat po prostu.


- A nie chciałaby pani teraz wysiąść?

- Tutaj? - rozgląda się po mijanych wiejskich obejściach. - W sumie, czemu nie – przystaje na twoją propozycję. - Nie chcecie ogona, nie podoba wam się moje imię... - zatrzymujesz auto na poboczu, a ona wysiada bez pożegnania, ale też bez trzaśnięcia drzwiami.
- Warto odróżniać poczucie humoru od bycia idiotą – konstatujesz i wrzucasz bieg.


Zwalniamy przy stadninie na końcu wsi. Przez jezdnię przejeżdża jeździec na koniu. Widząc nas, podcina ogiera, ten zrywa się do galopu, gubi podkowę na bruku. Jeździec tego nie zauważa, koń też nie, ale my tak. Zatrzymujemy się, podnoszę podkowę, zabieramy ją ze sobą, bo przynosi szczęście, a ludzie wolą przeważnie być szczęśliwi, niż nieszczęśliwi, i pod tym względem się od nich nie różnimy. Każdy ma swój sposób na szczęście, my mamy teraz podkowę.


Już wsiadamy do auta, gdy chodnikiem, jadąc zakolami zbliża się do nas anioł na deskorolce. Zatrzymuje się, chwyta deskę prawą ręką, ustawia pionowo przy nodze, podpiera się na niej i bezceremonialnie nam się przygląda. Anioł jest dziewczyną, może mieć już prawie tyle lat, co Ariana Grande i zupełnie tu nie pasuje. Mógłby nam się wydać naturalnym na przykład może w Paryżu, mógłby tam pochodzić z zamożnej rodziny, by przez całe życie być atrakcyjnym próżniakiem, ale na tej wsi zaskakuje, po prostu wmurowuje.


- Przyjechałaś tylko na wakacje, czy jesteś tutaj królową? – odzyskuję głos.

- Jestem królową – informuje zupełnie niespeszona dziewczyna.


- Chcesz pojechać z nami nad jezioro? - słyszę twój głos.

- Odwieziemy cię za godzinę, dwie – dorzucam, bo podoba mi się pomysł wyprawy nad jezioro z aniołem.


- Raczej wolę być tu – wskakuje na deskorolkę i woła kogoś: - Paszcza! Do mnie! - z przydrożnego zboża wyskakuje pies, nie jest wielki jak lew - takim mi się tylko wydaje na początku, z powodu czarnej grzywy – zatrzymuje się przy aniele, sięgając mu powyżej łokci, anioł lapie go za kudły, a on rusza galopem rozpędzając deskorolkę. Potem gna znowu w zboże, a anioł utrzymuje pęd stosując zakola na chodniku.


- O ja bitte!... - wyrywa ci się, a ja się uśmiecham.


Gorąco. Na końcu wsi sklep.

- Macie mineralną? - pytam.
- A skąd! W taki upał?!


- Nie macie wody?! - w twoim głosie słychać wyraźną nutę przygany.

- Mówię, że za gorąco! Wszystko od rana już dawno wykupione – sprzedawczyni patrzy na nas jak na kosmitów.


- A co macie?

- Papierosy, gumy wybielające... - sprzedawczyni rozgląda się po półkach. - Sól mamy.


- Sól w taki upał?!

- No ale za to ma dobry terminem ważności.


Zapada milczenie, słychać tylko szum lodówki.


- Proszę pani – zaczynasz tonem cierpliwego terapeuty – sól leży sobie od sześciu milionów lat, i może sobie poleżeć jeszcze parę milionów lat i się nie zepsuje, bo jest słona ta sól, więc termin ważności nie powinien być tu używany w przekazie marketingowo-handlowym, rozumie pani?...

- Ja tam wiem, że nasza sól jest dobra. Wszyscy ją kupują i nikt nie umarł, każdy sobie chwali, więc na pewno jest świeża.


- Ale mineralnej nie macie?

- A gdzie tam! W taki upał?! Nawet muchom się nie chce latać.


- A możemy już sobie pójść?

- Róbcie co chcecie, to jest wolny, piękny kraj, przecież – sprzedawczyni powraca do przeglądania obrazków w telefonie, a my do samochodu.


Nad jeziorem nie ma już miejsc parkingowych. Auta stoją na dziko, oblepiając drogę dojazdową. Dwóch utrudzonych policjantów przesuwa się od jednego dzikusa do drugiego i wypisuje mandaty za nieprawidłowe parkowanie. Niektórzy kierowcy protestują, a inni nie, bo kąpią się właśnie jak należy w jeziorze, pod pachami też. Tych omija kontakt z policją.

Przez dłuższą chwilę patrzymy jak ludzie na plaży pracowicie wypoczywają.


Gorąco. Lepko. Zawracamy.


Na środku ronda w naszym mieście nieoczekiwanie słabnie i pada na klomb szef funduszu inwestycyjnego, w dodatku we własnej osobie. Wszyscy się cieszą, że to nie oni zasłabli; wiadomo, nic tak nie raduje jak nieszczęście innego człowieka, a takiego, to już podwójnie. Najbardziej cieszy się jeden typowy, sympatyczny, tutejszy człowiek, któremu zawsze wydawało się, że jego życie może mieć jakiś nadzwyczajny sens i znaczenie, a teraz zyskuje dowód, że jego życie ma większe znaczenie niż samego szefa funduszu, który właśnie żyć przestaje i nie może już nic, choćby nawet bardzo coś chciał, ale przecież nie chce, bo nie żyje, więc nic mu się chcieć nie może, więc nie ma już żadnego znaczenia, co to by mogło być. A on, wciąż żywy, ma przed sobą wszystko. I chociaż dzisiaj miał urwanie głowy w pracy, to mu jej przecież nie urwało, i teraz wciąż nosi tę nieurwaną głowę. Zaraz zaniesie ją do dobrego sklepu U Ulki na piwko, i na zeszyt weźmie, bo go tam znają i szanują. Szef funduszu wziąłby pewnie za pieniądze prawdziwe, co naskładał ile wlezie, ale już nie weźmie, a on owszem, i to nie jedno, bo gorąco bardzo, że jednym się przecież nie napije.


Skręcasz w lewo, w prawo, znów w prawo i zatrzymujesz auto przed naszą bramą. Wysiadam, żeby ją otworzyć, parzę palce o rozgrzane słońcem pręty. Wjeżdżasz, gasisz silnik. Radio gra jeszcze przez chwilę, głos znanego prezentera ostrzega przed burzą, gradem, błyskawicami, biczami wodnymi, wszystkimi strachami, jakie niesie z sobą oberwane chmury. Brzmi to tak nierealistycznie, że oboje wybuchamy śmiechem.

- Nie będzie mrozu już w tym kraju; będzie tylko lato, będziemy nosić kąpielówy i tatuaże zamiast odcisków od odśnieżania – mówię to, albo coś w tym rodzaju, albo tylko wydaje mi się, że mówię. Ty zachowujesz się tak, jakbym nie powiedział nic. Minęły niecałe dwie godziny i znowu jesteśmy w tym samym miejscu. Jest tak samo gorąco, gorąco i lepko. Wciąż jest dobra pora na początek dnia. I jest dzień, dobry do rozpoczęcia. Znowu nie powiem ci tego czego chcesz, za to ty powiesz mi to czego nie chcę. Świat niekoniecznie trzyma się kupy, a człowiek nie zawsze trzyma się świata. Zwłaszcza, gdy jest gorąco i lepko.

Grafika: Andrzej Bobrowski


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.