27 czerwca 2019, czwartek

Gostyńska 36

Remont




Budzi nas remont ulicy. Pod naszym oknem robotnicy nie mówią tylko wrzeszczą, bezceremonialnie spluwają na ziemię i są zainteresowani wszystkim, tylko nie robotą. Będą się tym zajmowali do końca dniówki.


- Powiedz im coś – żądasz.

- Wtedy musiałbym się do nich odezwać – ostrzegam.


- A, to nie – rezygnujesz.


Spoglądam na zegarek; słońce wzejdzie dopiero za czterdzieści minut, rozlega się rumor, ciężka wywrota wysypuje tony pokruszonych kamieni parę metrów od naszego łóżka, tyle że za murem sypialni, odpala silnik wielkiej koparki na gąsienicach, robotnicy rozsypują się w tyralierę, atakują wszystkim, co mają pod ręką, kilofem, łopatą, szlifierką, kafarem, brakiem matury, zębów, nieczytaniem, zaraz tu wejdą i nas zjedzą.

- Zwariuję... - zakrywasz głowę poduszką.


Wstaję z prędkością pocisku, moment, i łapię w lustrze odbicie człowieka ubranego w dres, adidasy i ochraniacze na ręce, widać, że gość jest gotów zabić.


- Pojedźmy stąd gdzieś, w jakieś lepsze miejsce – zatrzymuje mnie twój głos.


Przyglądam ci się; kołyszesz się teraz na łóżku, splecione dłonie obejmują kolana podciągnięte pod brodę, buzia uśmiechnięta, rozbawiona: - Dobra, spójrzmy na to tak: to są robotnicy, którzy mają na szóstą, więc nie pojmują, że ktoś może nie mieć na szóstą. W ogóle nie zrozumieją dlaczego zaraz wybijasz im zęby. Wrócą do domu, a tam synek się spyta, tatuś, a czemu nie masz ząbków, a bo mi taki jeden łobuz wybił, a czemu ci wybił tatuś, bo mu chciałem ulicę wyremontować, żeby miał ładnie przed domem – wstajesz, przeciągasz się. - Pojedźmy gdzieś.


Śniadanie jemy w innym, cichym skrzydle domu. Biorę kluczyki z parapetu. Jest już jasno, ale pada. Nie leje, tylko pada, za to deszcz ze śniegiem. Siadamy wygodnie w naszym ciepłym aucie, odprowadzają nas zazdrosne, złowrogie spojrzenia moknących robotników. Posyłasz im całusa przez szybę, na dobry dzień. Udają, że tego nie widzą. Świat ludzi, którzy mają na szóstą, i tych, co nie mają, to są dwie różne planety. Nie ma czego zazdrościć tym, co mają na szóstą. Dlaczego ktoś to dla nich wymyślił, dlaczego im to zrobił? Oj, nie był to Piotruś Pan ani Pipi Langstrumpf.


Dojeżdżamy do oranżerii. Na parkingu stoją luksusowe auta, naprawdę wypasione limuzyny. Co robią ich właściciele, na takim odludziu? Znajdujemy wolne miejsce, parkujemy i wysiadamy, do butów przykleja się mokra, śnieżna breja. Dzwonimy, drzwi otwierają się, bucha gorąca fala tropiku. Krok przez próg i ze środka zimy wkraczamy w centrum lata. Witają nas Kali i Mea. Nie są już młodzi, jak w Pustyni i w puszczy, ale wciąż wyglądają na takich, co jeszcze wszystko potrafią zrobić wkoło siebie sami. Kali zaprasza do chaty z suszonego błota, ogrodzonej zeribą z kolczastej akacji, Mea częstuje marynowanymi nóżkami gnu. Do picia mają tylko wodę, za to do woli. Daktyli nie mają, skończyły się; Mea tłumaczy, że ich ojciec Sienkiewicz, po Noblu za Quo vadis w ogóle trochę jakby o nich zapomniał. Zlatują się papużki, które Kali przepędza packą na muchy. Rozlega się ryk lwa.


- Tu nie być lew – uspokaja Kali i pokazyje na głośniki rozwieszone na baobabie. - My puszczać rano i we wieczór – wyjaśnia – tak mieć w umowa o dzieło.


Pytam o Tadeusza.


- Bwana Tadeusz być w inny sektor, wy musieć iść dalej – instruuje Kali. - Dać paciorki dla Mea i iść dalej.


Wyjmujesz z włosów wsówkę i podjesz Meii, a ona pokazuje palcem na twoją broszkę, więc broszkę też dajesz Meii.


- Dobre ludzie – uśmiecha się Kali i razem z Meą zaczynają macać, obracać w placach, wąchać, badać paciorki. Możemy już sobie iść.


Jesteśmy w szklarni. W wielkiej oranżerii Tadeusza, którą kazała wybudować dla niego mama, żeby Tadziu mógł w spokoju ćwiczyć pasaże na trąbce. Krótko przed wojną, mama ukończyła konserwatorium w Wiedniu i dorobiła się pozycji kobiety zjawiskowej. Zgromadziła fortunę komponując dla wiedeńskich filharmoników. Jeden z nich uczynił ją mamą Tadzia. Szklarnia miała najpierw wielkość ogrodu i rosła w niej łąka z kwiatami kolorowymi latem i zimą, a Tadziu przechadzał się boso po trawie ćwicząc pasaże na trąbce, z dala od zgiełku, śniegu, kolegów i innych pokus. Szyby oddzielały go od innej koncepcji pojmowania rzeczywistości niż ta, którą wymyśliła dla niego mama. Potem dobudowano oszkolone skrzydło z sadzawką i wodospadem, później następne, z tropikiem, palmami i papugami, a jeszcze później z piramidami, murem chińskim i tak dalej. Tadziu przechadzał się, zwiedzał rozrastający się świat. Z czasem stał się dużym Tadeuszem, a szklarnia rozrosła się do wielkości osiedla pod szkłem. Zarzucił granie na trąbce, bo zarządzanie tak wielką oranżerią wymagało coraz więcej czasu, aż w końcu pochłonęło go całkowicie.


- To oni?... - nie dowierzasz, gdy dochodzimy do basenu z palmami i leżakami. Diego Maradona i Mike Tyson wczasują się w cieniu kapelusza parasola z trzciny cukrowej i grają w makao. Diego pali cygaro, osobiście przesłane jeszcze przez Fidela Castro, a Mike nie pali.


- To wy?... - pytam.

- I wciąż jesteśmy bardzo sławni – chełpi się Diego, nawet nie próbując wciągać brzucha, taki się czuje sławny.


- Co ty wiesz o sławie, nie rozśmieszaj mnie. Makao! - Mike pozostaje z ostatnią kartą i rozdziawia w złym uśmiechu paszczę tak, żeby słońce padając na złotą jedynkę porażało odbiciem oczy Maradony.


Diego rzuca karty i wrzeszczy coś w gwarze argentynskiej chuliganerii z przedmieść slumsów.

Kłócą się kto więcej milionów dolarów przepuścił na uciechy, czyli o to, kto lepiej żył. Krzyczą na siebie z zajadłością starców, którzy mają już za sobą wszystko, a przed sobą nic wartościowego do stracenia.


- Mogłabym żyć w luksusie i wcale by mnie to nie zepsuło – objawiasz mi na ucho, gdy oni kłócą się o to, czyje życie było lepsze.

- I chciałabyś, żeby faceci umierali dla ciebie? - pytam zdumiony.


- Skąd?! Wolałabym żeby dla mnie żyli – prostujesz moje myślenie.


Tyson doskakuje do Maradony, ale noga zaplątuje mu się w szlauch i zamiast znokautować, zwala się tylko na grubasa. Obaj lądują w basenie. Dwie stare, zużyte pokraki, które strawiły życie dla uciechy innych, teraz w lazurowej wodzie. Natychmiast pojawia się Renia Kowalczyk z Plichtowa i rzuca im ratunkowe kółko.


Rozlega się ryk lwa, bardzo naturalnie i z bardzo bliska, więc oni za nic nie chcą wyjść z wody.


- Nie ma się czego bać, to tylko Kali podpuszcza lwa przez głośniki – uspokajam, ale oni trzymją się środka basenu kurczowo zacumowani do kółka Reni.


Do opuszczonego stolika zlatują papużki i wyjadają z misy orzeszki oraz suszone bakalie. Renia odpędzą je packą na muchy. Po chwili ptaki wracają i Renia znów je odpędza. Sytuacja stabilizuje się: papużki przylatują i odlatują, Renia macha packą z przerwami, Diego i Mike niezmiennie tkwią na środku basenu zacumowani do kółka. Nuda.


- Chodźmy sprawdzić, co będziemy robić w jakimś ciekawszym miejscu – proponujesz.


Mijamy polankę, na której Krystyna Pawłowicz trzepie głową do rapowej wersji Let"s Dance Bowiego, przy niej trzepie Marszałek Terlecki, ale on do Maanamu trzepie. Każde ma na głowie swoje słuchawki, więc każde może trzepać po swojemu. Łączy ich mocna wiara granicząca z przekonaniem, że nikt tego nie zobczy, bo po to tutaj najpewniej przyjechali, więc my nie chcemy ich widzieć, żeby nie psuć im chwili bycia sobą; drobimy dalej cichym truchtem.


Dalej też nie ma Tadeusza. Jest preria u stóp Gór Skalistych, i jest Winnetou. Stoi oparty o skałę, obgryza paznokcie, jest nieogolony. Słynną strzelbę nabijaną złotem odstawił pod krzak opuncji. Na nasz widok mobilizuje się, wyszarpuje tomahawk zza pasa oraz zardzewiały nóż.


- Zdąć wam skalpy z głów, blade twarze?! - oferuje indiańską usługę tonem oprawcy pewnego swych racji.

- Chyba dawno nikt pana nie spoliczkował, panie Winnetou – stwierdzasz i popychasz mnie przed siebie.


- I co teraz? - pytam.

- Tylko żartowałem – Winnetou mięknie. - Żarty muszą być, mam to w umowie o dzieło.


- Zaraz, zaraz... pan tu się nie oczyszcza z balastu złogów rzeczywistości jak przystało na gwiazdę umęczoną sławą, tylko wynajmuje się za pieniądze dla atrakcji, jak reklamowy banan?

- W sumie robota jak każda, idzie wytrzymać, a tam, za szybą, wiadomo... dobry Indianin, to martwy Indianin. Po co mam się pchać tam, gdzie mnie nie lubią, skoro wszyscy pchają się tu, żeby mnie polubić? I jeszcze dają napiwki... - Winnetou zawiesza wrok na mnie


- Dać panu pięć złotych?...

- Wolałbym dziesięć – zwierza się Apacz.


- Dam piątkę, za to w gotówce – daję monetę Winnetou.

- Jak w gotówce, to nawet może i być – bierze piątkę, nagryza, sprawdzając czy nie fałszywa i chowa do woreczka z lekami. - Nie idźcie tą drogą, bo prowadzi do muru chińskiego, a tam trzymają smoka z Komodo. Teraz śpi, a gdy go obudzicie, to nic go nie zatrzyma, bo ma mózg jaszczurki, nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, żadne pięć złotych. Skręćcie tu, w prawo, to obejdziecie głupie bydlę.


Rozlega się ryk lwa. Raz za razem. Właściwie lew wrzeszczy bez przerwy. Winnetou wsuwa do uszu zatyczki. My nie mamy zatyczek. W końcu ryk milknie.


- Albo Kali się znów upił, albo mu się taśma zacięła – Winnetou wyjmuje ztyczki, patrzy na nas badawczo. - Daliście mu coś?

- Tylko paciorki dla Mei – informujesz.


- Więc znowu taśma. Dawno powinni wymienić mu tego grata na jakiegoś sidika albo cyfrówkę, jak pragnę deszczu, no!

- Spotkamy Tadeusza, to mu to zasugerujemy – obiecujesz.


Skręcamy w prawo, żeby wodzowi Apaczów nie było przykro, a potem idziemy w obojętnym kierunku, jednak za głosem fortepianu, tam, skąd zaczyna narastać. Trudno jeszcze rozstrzygnąć czy w klawisze stuka dziecko, czy naciska je ręka mistrza o wyrafinowanej wyobraźni. Zaraz wszystko się wyjaśni. Z preri skręcamy we francuską alejkę, dorożkarz oferuje podwiezienie, zbyt nachalnie, żebyś zechciała skorzystać. Daję mu na odczepnego pięć złotych, on spogląda na mnie wzrokiem pod tytułem: I co ja se mam kupić za te pięć złotych? Dochodzimy do fontanny w paryskim stylu, przy której ustawiono biały fortepian. Gertruda Stein improwizuje na nim – tak jak ma w zwyczaju – wyłącznie po białych. Ubrane na biało: Lady Gaga oraz Beyonse, słuchają rozanielone, pociągają białe winko, kręcą rytmicznie dupkami i odważnie podśpiewują refreny. Gertruda Stein sprawia wrażenie zachwyconej, że może akompaniować takim fajnym, młodym panienkom ślicznym i obcować z młodymi, a one czują się wyróżnione mogąc podśpiewywać do akompaniamentu takiej zabytkowej intelektualistki. Przyjemnie jest patrzeć na wszysztkie te panie, które schowały się do oranżeri przed wścibskim okiem świata i wyglądają teraz na bardzo zadowolone, świadcząc sobie wzajemnie usługi leczące prywatne deficyty; naprawdę odprężający widok.


Anielski nastrój psuje wtargnięcie Madonny Do Robienia Pieniędzy – wchodzi w podartym podkoszulku i dżinsach z agrafkami wbitymi w szelki. Lady Gaga i Beyonse w białych wdziankach do loży, są zdegustowane, nie potrafią ukryć zazdrości o to, że Madonna też chce pokręcić dupką do akompaniamentu Gertrudy Stein, a Gertruda wyraźnie nie ma nic przeciwko, bo nieprzerwanie improwizuje po białych. Padają ostre słowa, rękoczyny wiszą w powietrzu. Na szczęście pojawia się Alicja B. Toklas i propponuje wszystkim filiżankę herbaty i po bułeczce, za dramo. To rozładowuje emocje. My też dostajemy herbatę i bułeczki. Zwabiona wonią chrupiącego pieczywa zjawia się jeszcze – nie wiadomo skąd – Marry Pickford. W ten sposób wszyscy zjadamy po bułeczce. Alicja nie je z nami; zgodnie z protokołem zje później sama, to co zostanie. Nie narzeka jednak, bo dzięki odgrywaniu służebnej roli jest przecież najsłynniejszą Alicją świata, słynniejszą nawet od Alicji z krainy czarów, ta Alicja B. Toklas. Przynajmniej w pewnych kręgach.


Podjedliśmy, popiliśmy, pożartowalismy z paniami, a do resztek zleciały się papużki, które Alicja B. Toklas odpędziła packą na muchy. Wszystkie znakomitości bardzo chciały dać nam swój autograf, bo byliśmy jedyną publicznością, ale nie mieliśmy na czym go wziąć, więc musieliśmy pozostawić panie niespełnione.


I to już by mógł być koniec tej historii, bo choć idziemy dalej, a potem jeszcze dalej, to nigdzie nie spotykamy Tadeusza. Spotykamy tylko Cruellę de Mon gawędzącą z Ireną Dziedzic na środku tropikalnego bajora. Cruella i Irena siedzą sobie na wielkim talerzu wiktorii królewskiej, czyli amazońskiej lilii wodnej, a ich stopy zanurzone w wodzie organicznej pracowicie obgryzają stada kolorowo egzotycznych rybek. Damy opędzają się od natrętnych papużek packami na muchy i zabijają czas narzekaniem.


- Coraz więcej rodzi się tych młodych i nic na to nie można poradzić, kochana – utyskuje Irena. - Naprawdę. I to jest taka prawda, że naprawdę, mówię ci...

- I każdy udaje każdego, a wszystko udaje wszystko – mówi po chwili Cruella. - Dzisiaj, żeby być kimś, to trzeba być nikim.


- Skąd ty bierzesz te swoje mądrości? - Irena najwyraźniej rozpoczyna wywiad z Cruellą, bo inaczej rozmawiać już nie umie.

- Cóż, znałam wielu, a w tym takiego jednego, że mówię ci...


- I?...

- Wytworzyliśmy razem wiele pięknych wspomnień, naprawdę każdemu życzę. O, na początku cudnie się z nim wytwarzało wspomnienia.


- I?...

- Musiał być ze mną żonaty, i to długo, żeby okazać się potworem.


- Zdradzał...

- Żartujesz, która by wytrzymała porównanie z Cruellą de Mon?


- Więc co?

- Zdziadział, po prostu zdziadział, nie potrafił o mnie zadbać, zapewnić komfortu luksusu. Zawsze dostrzegał okazję wtedy, kiedy go już ominęła. Doszło do tego, że nawet musiałam zagrać w filmie z psami, wyobrażasz sobie – dla dzieci!!!


- Oni wszyscy w końcu okazują się tacy beznadziejni...

- A żebyś wiedziała, kochana.


- Przepraszam... - wtrącam się – głównie po to, żeby wiedziały, że są przez na słyszane, bo przecież nieładnie podsłuchiwać – nie widziały panie gdzieś Tadeusza?


Irena Dziedzic przygląda mi się czujnie, jakby porównywała z listem gończym, a Cruella przemawia tak, żebym od razu poczuł się winny:

- Gdybyś zapytał mnie o Batmana, to może jeszcze bym miała ci coś do powiedzenia; dlaczego właściwie nie pytasz o Batmana, tylko zadajesz pytanie, na które ja nie znam odpowiedzi?


- Mówiłam ci, rodzi się teraz tyle tych młodych, że nic nie można na to poradzić, sama widzisz jak trudno być dzisiaj kobietą – przypomina Irena Dziedzic.

- Prawda, mówiłaś – potwierdza Cruella i panie powracają do rozmowy, jakby nas tu w ogóle nie było.


- A nie wie pani gdzie jest teraz Batman? - dajesz do zrozumienia, że jednak wciąż tu jesteśmy.

- Nie mam pojęcia! - Cruella łaskawie rzuca jeszcze na nas spojrzenie osoby przekonanej, że inni istnieją na tym świecie wyłącznie po to, żeby podać jej kostkę lodu do łyski.


- A myślałam, że kto jak kto, ale pani będzie wiedziała chociaż tyle – mówisz tonem, w którym wyczuwam żal, że nie ma tu drzwi, którymi można trzasnąć. - Szkoda.


Odchodzimy, czyli ruszamy dalej, ale zdaję sobie sprawę, że wracamy, choć inną drogą. I na tej drodze widzimy Bono. Spaceruje nieśpiesznie, a nad jego głową kołują papużki. Ma ciemne okulary, żeby nic nie wiedzieć, i słuchawki na uszach, żeby nie słyszeć niczego. Nie wącha kwiatków, których nie widzi, ale nas, owszem, dostrzega. A kiedy nas zauważa, próbuje szybko skręcić w jakąś boczną dróżkę, niestety nie ma akurat żadnej, więc udaje, że nas nie widzi, bo takie ważne myśli mu się teraz w głowie myślą, że pochłaniają go całkowicie.


- Dzień dobry, panie Bono – pozdrawiasz go uśmiechem przechowywanym specjalnie na wyjątkowe okazje.

- Słucham?!... - Bono zrywa słuchawki z głowy i staje w pozie człowieka zaskoczonego, wyrwanego z najgłębszych głębi, do których dostęp mają jedynie wybrańcy.


- Dzien dobry – powtarzasz. - Czy mógłby pan uczynić mi tę grzeczność i coś zaśpiewać specjalnie dla mnie?

- Proszę pani... – Bono robi teatralną pauzę, zdejmuje okulary dla podkreślenia wagi tego, co powie, spogląda na ciebie, potem w górę, i znów na ciebie – do śpiewania, to ja muszę mieć kontrakt, i to bardzo duży kontrakt, inaczej nie potrafię już zaśpiewać – zakłada z powrotem okulary. Odchodzi, a z nim aureola żółtych papużek nad głową, może kanarków.


- Chcę już pojechać do domu – mówisz. - Obejrzeć Pszółkę Maję na dużym ekranie, zrobić makaron na cieplo z bolońskiem, albo zamówić niezdrową pizzę i zapalić w oczekiwaniu na dostawę.

- Naprawdę?


- Albo schabowego. O! Ty wytłuczesz, a ja usmażę, a potem kawa i słodzkie, co?


Rozlega się dzwonek mojego telefonu: Tadeusz.


- Nie ma mnie – informuje jego głosem kawałek plastiku przyłożony do ucha.

- A gdzie jesteś?
- Nie wiem, bo mnie nie ma.


- Chcę do domu – to twój głos.

- Muszę kończyć – zamykam telefon.


- Nudzi mi się. Tu się nic nie dzieje.

- Bo tu się nic nie ma dziać. W tej oczyszczalni pod szkłem wszyscy się oczyszczają, to może spróbujmy też. Wolisz to, co się dzieje poza tym akwarium?


- Wolę do domu. Obejrzymy pszczółkę Maję, zrobię kopytka, może schabowe....

- Zostańmy jeszcze, zajdźmy pod piramidy, albo może do Australii z kangurami, kto wie jacy znani tam się oczyszczają – kuszę.


Nie odpowiadasz od razu, idziemy w milczeniu, wiem że masz rację. Wkraczamy w dziwaczną scenerię, chyba filmową, widzimy Batmana i Spajdermena. Superbohaterzy wymieniają się ciuszkami, więc nie podchodzimy, nie przeszkadzamy. Chcąc nie chcąc łapiemy strzępy wypowiadanych zdań: jaka ładna pelerynka... a twoja maseczka, oj!... te rękawiczki akasamitne takie... leginsy, że pomarzyć... ten kombinezon z czarnej skóry fajny bardzo, mogę dotknąć?...


Parę kroków i Australia. Jest rudy kopiec Kościuszki, ale nie ma kangurów. Może dlatego, że są płochliwe, a po sąsiedzku mają miniaturę amerykańskiego city, po którym przechadza się albinos w marynarce, w taki sposób, że od razu czuje się, że zależy mu by wyglądać na takiego, którego boją się wszyscy, a on nie boi się nikogo, takiego, co może ludziom wszystko, a oni nie mogą mu nic, i w ogóle udaje mu się więcej niż innym, a okazje czekają na niego za każdym rogiem ulicy, jak na zbawiciela.


- Wracamy – decydujesz ze spokojem, z gatunku tych niepodlegających dyskusji, charakteryzujących człowieka pewnego swoich racji.


Wracamy.

 

Wracamy do domu. Robotnicy zakończyli już remont ulicy: posadzili jedno małe drzewko w miejsce czterech wiekowych olbrzymów, jakie wykarczowali z korzeniami. Nie uszkodzili kanalizacji ani rur wodociągowych – jest woda, w dodatku ciepła, w sam raz na oczyszczającą kąpiel.


Rysunek: Andrzej Bobrowski


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.